PublicystykaZestawienia

Co widział Eggers, czyli o inspiracjach do “Lighthouse”

Norbert Kaczała
Lighthouse
Robert Eggers i Robert Pattinson na planie "Lighthouse"

O Robercie Eggersie i jego filmach można powiedzieć naprawdę wiele. Bez względu na to, czy się go lubi, czy jest się w błędzie, należy przede wszystkim uznać jego zaangażowanie w proces przygotowawczy danej historii. Reżyser jest bardzo skrupulatny, jeśli chodzi o research poprzedzający okres zdjęciowy, przez co wszystkie elementy świata przedstawionego mają w sobie ogromną dawkę realizmu i zakorzenienia w naszej rzeczywistości.

Oczywiście nie ogranicza się wyłącznie do lektury zapisków sądowych z procesów w Salem, czy podręcznika dla latarników z XIX wieku, ale także do szukania tematycznych i wizualnych inspiracji. I choć nie dane mi było gościć w najdalszych odmętach umysłu Roberta Eggersa, udało mi się ustalić czym i kim w szczególności inspirował się jeden z moich ulubionych współczesnych reżyserów. Jeśli chcecie zatem tak jak on odrobić swoją pracę domową przed przystąpieniem do seansu Lighthouse (które od kilku dni możecie posiąść na DVD lub Blu Ray), lub uzupełnić swoje doświadczenie o dodatkowe konteksty, rzućcie okiem na to krótkie zestawienie.

–> Polecamy też: Zdjęcia z planu “Lighthouse” wraz z ciekawostkami technicznymi
  1. “The Light-House” – Edgar Allan Poe.

Edgar Allan Poe (1809-1849) / fot. Rex Features

O ironio, zaczynamy jednak od rzeczy, której nikomu z nas nie udałoby się w całości doświadczyć. Nieoficjalnie zatytułowane, ostatnie dzieło Mistrza literatury grozy, prezentowało losy bezimiennego narratora, rozpoczynającego swoją pracę jako latarnika, spisującego wszystkie doświadczenia w dzienniku. Niestety liczył on finalnie tylko trzy wpisy, kończąc się zapisaną datą dnia czwartego.

Choć oficjalnie pracę nad dziełem przerwała śmierć Poego, spekuluje się, że czwartego dnia główny bohater dokonał żywota, zostawiając niezapisaną stronę pamiętnika. Los sprawił, że ponad 160 lat później młody scenarzysta Max Eggers, zaczął snuć fantazję o duchu, zamieszkującym starą latarnię morską, a ja silnie wierzę, że mógł być to duch tego samego narratora.

  1. Tragedia w Latarni w Smalls

Kadr z filmu “The Lighthouse” w reżyserii Chrisa Crowa / fot. BBC FIlms

20 mil od wybrzeża Walii, w roku 1801 na niewielką kamienną wysepkę przybyli Thomas Howell i Thomas Griffith. To już trzeci rok z rzędu, gdy będą musieli wspólnie sprawować pieczę nad latarnią morską, która w czasie zbliżającego się sztormu ma zaprowadzić marynarzy do bezpiecznego portu. Okazuje się jednak, że to właśnie latarnicy potrzebowali pomocy. Wywieszona na szczycie budynku flaga dawała wyłącznie mgliste pojęcie o tym, że wydarzyło się coś złego, jednak rozszalałe morze uniemożliwiało komukolwiek podpłynięcie do wysepki. Dopiero gdy po kilku miesiącach woda uspokoiła się tyle, by można było uratować mężczyzn, jednak okazało się, że na ratunek już zbyt późno.

Griffith po przybyciu do latarni dość szybko podupadł na zdrowiu, co po kilku tygodniach męczarni skończyło się jego śmiercią. Howell, obawiając się bycia posądzonym o morderstwo (Thomasowie nie darzyli się zbytnią sympatią), nie pozbył się ciała. Przesiedział ze stopniowo rozkładającym się truchłem Griffitha kilka tygodni i dopiero gdy odór śmierci stał się nieznośny, sklecił naprędce trumnę, używając desek tworzących ich dotychczasowe schronienie. Pogoda jednak nie ustępowała i wystawiony na zewnątrz sarkofag, nie przetrwał zbyt długo. Przyparty do muru Howell postanowił zatem… zrobić to samo ze zwłokami współpracownika i przywiązał rozpadające się ciało do ściany latarni, gdzie miotane silnym wiatrem, zdawało się regularnie zaglądać w okna i dobijać do straumatyzowanego Thomasa. Mężczyzn zabrano z wyspy dopiero po upływie czterech miesięcy i choć w międzyczasie ocalały Howell dopełniał swoich zawodowych obowiązków, nie miał już zbyt wiele wspólnego z człowiekiem, jakim był przez postawieniem stopy na Smalls.

  1. Jean Epstein i Jean Gremillion.

Kadr z filmu “The Lighthouse Keepers” w reżyserii Jeana Grémillon/ fot. Films du Grand Guignol

Jan Stanisław Alfred Epstein to urodzony w naszym kraju francuski impresjonista, który na równi z twórcami takimi jak Abel Ganc kładł podwaliny tego charakterystycznego nurtu w kinematografii. Jednak z czasem, gdy impresjoniści zdążyli rozgościć się w loży współczesnego kina, Epstein odczuł, że to już nie to, co kiedyś. Zrezygnował ze „zwulgaryzowanego” – jak sam określał – sposobu tworzenia i skupił się na formach o wiele prostszych w odbiorze. Zapoczątkował tym samym nieformalny okres bretoński swojej twórczości, w którym poświęcił uwagę mieszkańcom niewielkich, nadmorskich miasteczek. Aktorzy znajdywani byli na ulicach tychże, a ich rozterki i dylematy, uzależnione było od tego jakiego figla spłata im dziś Matka Natura. To właśnie w tych filmach Epstein ustanowił kanon tego, jak powinno pokazywać się wszelakie motywy nadmorskie. Morze będące zarówno dziką bestią, jak i łagodzącym wszelakie smutki zjawiskiem. Łódki w porcie, zarówno przytłaczające swoim nagromadzeniem, jak i zapowiedzią niezwykłej wyprawy. Niewielkie chatki, w których chce się spędzić całe życie, lub ani chwili dłużej. Wszystko ukazane z dokumentalną starannością, filtrowane wyłącznie przez intencje reżysera i naszą własną wrażliwość.

Przeczytaj również:  "Nie przebaczaj" - western na międzywojennych Kresach [RECENZJA]

Jean Grémillon dostaje jednak od Eggersa hołd o wiele bardziej bezpośredni. W filmie The Lighthouse Keepers z 1929 roku, opowiadającym o ojcu i synu, zajmujących się tytułową latarnią, młodszy z mężczyzn zostaje ugryziony przez wściekłego psa. Podupadając na zdrowiu, siedząc na najwyższym poziomie budynku, spogląda w światło, jakoby miałoby ono odjąć od niego wszelakie cierpienie i troski życia doczesnego. Reżyser pokazuje nam tę scenę za pomocą powolnego zbliżenia, niejako kusząc nas, byśmy sami rzucili okiem na światło, które może odmieni i nasze życie. A jeśli oglądaliście film Roberta Eggersa dość uważnie, możecie zauważyć, że jest w nim wyłącznie jedno zbliżenie. I chyba doskonale wiecie w jakim momencie.

  1. Sacha Schneider

Obraz Saschy Schneidera pt. “Triumph of Darkness” (1896)

Jeśli można za coś pochwalić Lighthouse chociaż powierzchownie, to jest to niesamowita oprawa wizualna. I choć o wartość samą z siebie w przypadku estetycznych ujęć nie musimy się wykłócać, warto zastanowić się, dlaczego film wygląda tak, a nie inaczej. Nie będę tutaj wchodził w dywagacje dotyczące sztuki operatorskiej, ale chcę zwrócić waszą uwagę na kilka symbolicznych motywów, które wymagają od nas chwili pomyślunku i które czerpią garściami ze sztuki bardziej klasycznej.

A konkretnie, z malarstwa Sachy Schneidera, niemieckiego symbolisty. Choć mógłbym wyciągać daleko idące wnioski, dotyczące powiązań skrywanego homoseksualizmu malarza i wątków w filmie Eggersa, pozwolę sobie zarekomendować wyłącznie uważne obejrzenie obrazów urodzonego na terenie Rosji Niemca. Przede wszystkim, waszej uwadze nie może umknąć „Hypnose” z roku 1904, które zostało klarownie zacytowane w filmie o latarni, i które w jednym kadrze ukazuje cały alegoryczny potencjał zarówno reżysera, jak i malarza. Ponadto, „Perseusz i Androemda”, którzy po szybkiej konwersji na czerń i biel, równie dobrze mógłby stanowić wsadzoną w ramę ozdobę samotni latarników, jak i kolejny kadr filmu Eggersa.

  1. Kino Weimarskie

Kadr z filmu “Braterstwo Ludów” w reżyserii G.W. Pabsta / fot. Vereinigte Star-Film Cineldé Associated Cinemas

Jako aktywny słuchacz fakultetu na ten właśnie temat, spieszę z bardzo krótkim i ogólnikowym wyjaśnieniem. Tą nieoficjalną nazwą, opisuje się okres historii Niemiec, od roku 1919 do 1933, w którym po klęsce na frontach Wielkiej Wojny, oraz na skutek rewolucji listopadowej doszło do sporych przetasowań w ówczesnym rządzie. Nazwa republiki pochodzi od miasta Weimar, w którym obradowało zgromadzenie narodowe, co zaowocowało uchwaleniem konstytucji. Dlaczego jednak jest to ważny okres w dziedzinie kinematografii? W dużej mierze, dzięki hiperinflacji.

Przeczytaj również:  Czerwiec w HBO GO. Jakie filmy i seriale czekają na nas w ofercie?

Kolosalny spadek wartości niemieckiego pieniądza umożliwił czołowym wytwórniom filmowym ciągłe inwestycje, zarówno w utalentowanych twórców, jak i imponujące zaplecze realizacyjne. Dzięki temu cenieni reżyserzy pokroju Fritza Langa czy ukochanego przez wszystkich horrorowych geeków F.W. Murnaua nie musieli się martwić o ograniczenia budżetowe przy realizacji swoich imponujących wizji. Dzięki temu światło dziennie ujrzały takie klasyki jak Nosferatu, Gabinet Doktora Calligari czy Metropolis. I choć Eggers chętnie czerpie z dobrodziejstwa wizualnego wielu filmów stworzonych w tamtych czasach, warto zwrócić uwagę na nieco ignorowany w porównaniu do szacownych konkurentów film Georga Wilhelma Pabsta pt. Braterstwo Ludów. To alegoryczny film o pojednaniu wrogich sił – niemieckiej i francuskiej. W tym klaustrofobicznym filmie, w jednej z kopalni dochodzi do wybuchu gazu. Z pomocą zasypanym Francuzom usiłują przyjść Niemieccy żołnierze, jednak na drodze staną im przeszkody nie tylko znajdujące się w zawalonym szybie.

Czemu akurat ten film jest tak istotny? Poza oczywistym konfliktem dwóch odmiennych od siebie sił i charakterów film Pabsta jest też rewelacyjnym dziełem do analizy operatorskiej. Jak mówił sam Eggers, to właśnie Braterstwo Ludu było tak ważne, bowiem robi idealny użytek z własnego formatu. Opanowanie ciężkiej i nieporęcznej kamery w tak ciasnych lokacjach, to niemały wyczyn, ale i spore wyzwanie. A także jakość i efekt, który twórcy Lighthouse sami chcieli osiągnąć.

Oczywiście Robert Eggers nie jest reżyserem, który poprzestałby na pięciu inspiracjach, aby stworzyć swoje dzieło. Znajdziemy tam jeszcze cały szereg naleciałości z Kubricka, Tarkowskiego czy Bergmana, w samych postaciach możemy szukać reprezentantów teorii Junga, a wiele kadrów można by zestawiać z malarstwem Andrew Wyeha, ale to nie o analizę akademicką tu chodzi (na to przyjdzie czas w mojej pracy magisterskiej). Chcę Wam wyłącznie unaocznić jak wiele elementów, składa się tworzenie koherentnej wizji. Z jak wielu źródeł dane jest nam czerpać doświadczenia, lęki i zachwyty. Starajmy się chłonąć jak najwięcej, a nóż, kto wie… Może i my zrewolucjonizujemy kiedyś horror lub dowolną inną dziedzinę sztuki.

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.