Advertisement
KomiksKultura

“Siedmiu Żołnierzy” – Paradoks Stephena Kinga [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Siedmiu Żołnierzy recenzja
Panorama z postaciami "Siedmiu Żołnierzy" dodana do wydania Omnibus.

Moja miłość do historii wymyślanych przez Granta Morrisona znajdowała swój upust na łamach Filmawki już niejeden raz. Doom Patrol, Flex Mentallo,czy niesamowity Animal Man to przykłady postaci drugo-,trzecioligowych, które w rękach magicznego Szkota stawały się najważniejszymi istotami we wszechświecie. Nie inaczej ma się sprawa z Siedmioma Żołnierzami, którzy już wkrótce będą musieli uratować świat przed anihilacją, nie spotykając się przytym ani razu. Jak, tym bardziej przy takiej objętości komiksu?

Tytułowi żołnierze to kolejno: Strażnik Manhattanu, Lśniący Rycerz, Klarion – Wiedźmi Chłopiec, Bulleteer, Frankenstein, Zatanna i Mister Miracle, czyli jak widać, sami najwybitniejsi. I choć część z nich możecie kojarzyć, tak bez wątpienia nie jest to pierwsza liga (Sprawiedliwości). Każdy z tych herosów zostaje w pewnym momencie uwikłany w zawoalowaną i surrealistyczną intrygę, w której co chwilę pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Demoniczni najeźdźcy z kosmosu, wielometrowe pająki, piraci z nowojorskiego metra, purytanie zombie… Czyli zasadniczo to, co na co dzień zamieszkuje głowę Granta Morrisona. I jak to na co dzień bywa, powolutku będziemy próbowali poskładać w całość wszystkie te elementy, licząc na satysfakcjonującą konkluzję. Co jednak nie dzieje się u Morrisona na co dzień, to brak wspomnianej pointy. Choć wraz z upływem kolejnych zeszytów pewne detale zaczynają je wzajemnie uzupełniać, ostatecznie źródło całego fabularnego rozgardiaszu nie zostaje wyjaśnione ani klarownie podsumowana. Możliwe, że to moja nieumiejętność dekodowania subtelnych tropów, ukrytych na trzecim planie niczym główni bohaterowie w komiksowym mainstreamie, ale zakończenie było dla mnie całkowicie niezrozumiałe.

siedmiu Żołnierzy recenzja
Panorama z postaciami “Siedmiu Żołnierzy” dodana do wydania Omnibus.

Morrison swego czasu opowiadał o sposobie pisania „Doom Patrolu”, gdzie losowo naciskane przyciski klawiatury zostały poddane autokorekcie, a ich efekt implementowano do fabuły. Siedmiu Żołnierzy idzie chyba w podobnym kierunku, wymieniając jednak całościowy surrealizm na coś w typie space-fantasy, gdzie efekt może i intryguje, ale nie wiadomo po co. Biorąc pod uwagę niemal 800 stron komiksu, w pewnym momencie zaczynamy wpadać w błędne koło oczekiwania na świetną konkluzję i zmęczenie wydłużonym czasem wspomnianego oczekiwania. To zjawisko, które osobiście nazywam „paradoksem Stephena Kinga”. Kilkaset stron świetnego pomysłu wyjściowego, by ostatnie kilkanaście prowokowało do błyskawicznego ciśnięcia lektury na półkę lub za okno.

Przeczytaj również:  KRÓTKI PODCAST O KINIE #11: "Apollo 10 1/2: Kosmiczne dzieciństwo"

To przykre o tyle, że podejście Morrisona do nowych bohaterów rokuje równie dobrze co pierwsze zeszyty zbiorowej całości. Niemal każda z postaci, jeszcze przed przecięciem się ich losów, stanowi świeżą wizję, która mogłaby i powinna zostać samostanowiącą serią. Tam pojedynczy, nierealny element dopasowany do charakteru, mocy i backgroundu postaci jest osobnym bytem, któremu nie będą wadzić zapowiedzi nadchodzącego crossoveru. To okropna cecha, która toczy środowisko komiksowe od dawien dawna zawsze gdy nadchodzi wielki event, jednak kiedy za opowieść od postawy bierze się tylko jeden twórca, nie wiadomo kto miałby go ograniczyć. Morrison, mając do dyspozycji tyle świetnych konwencji, w ramach których opowiedział naprawdę ciekawe historie, mógłby spokojnie pisać symultanicznie kilka miniserii, których poziom nie powinien spadać do samego końca. Jednak jak widać, nie zawsze koniec musi być równie obiecujący.

Siedmiu Żołnierzy recenzja komiks
Fragment jednej z limitowanych okładek do “Siedmiu Żołnierzy”

Nie kupuję również zupełnie stwierdzenia, że tytułowa grupa żołdaków zgodnie z pewnym proroctwem została do nadchodzącej konfrontacji przeznaczona. Selekcja postaci, które pasują do siebie, jak pięść do nosa może działać w przypadku historii albo intencjonalnie absurdalnych (ponownie, Doom Patrol), albo opowiadających o konieczności wykorzystania swoich różnic na korzyść sprawy. Tutaj protagoniści są wybrani zupełnie przypadkowo i jak z rękawa mógłbym rzucić garścią zamienników dla każdego z nich. A definitywnie nie znam tylu obskurnych postaci DC Comics co Grant Morrison. To nie Suicide Squad, gdzie bohaterowie biorą się za robotę, której nie weźmie nikt inny. Siedmiu Żołnierzy to przypadkowo powołana do życia drużyna, która wielokrotnie mogłaby sięgnąć po pomoc innych herosów, ale nie robi tego wyłącznie dla wątpliwego dobra fabuły. Przez ten upór tkwimy w chaotycznej intrydze przez kilkaset stron, by ostatecznie zapytać niczym zdezorientowana mama na seansie ostatniej części Avengersów, czemu nie zadzwonili po Supermana.

Przeczytaj również:  "Piękna" i wciągająca baśń po nowemu [RECENZJA]

Bez wątpienia „Żołnierzy” można pochwalić za stronę wizualną.  Każda ze składowych wchodząca w skład omnibusu opatrzona została zupełnie odmiennymi rysunkami, które korespondują z tematyką i charakterem konkretnej serii.  Najciekawiej z całego zbioru prezentują się prace Frazera Irvinga (Klarion – The Witch Boy) oraz Douga Mahnke (Frankenstein), które przed nieuniknionym połączeniem się wszystkich historii wyglądają na zupełnie samostanowiące. Świat Klariona kreślony jest za pomocą wyraźnie zaznaczonych cieni, ograniczonej palety barw i niezwykle ekspresyjnych reakcji bohaterów oddający mrok purytańskiej mieściny gdzie truchła wstają z grobów. Istna zbiorcza komiksowa adaptacja filmów niemieckiego ekspresjonizmu, gdzie Wiedźmi Chłopiec idealnie zagrzałby miejsce. Drugi pięknie zilustrowany świat zamieszkuje potwór Frankensteina, dając autorowi możliwość potraktowania czystej kartki jako poligonu doświadczalnego. Statki kosmiczne, demony, marsjańskie cytadele, ponure zamczyska… Cokolwiek wyjdzie spod ołówka Mahnkego, prezentuje się obłędnie. Jego prace akumulują w sobie właściwie wszystko, co komiksowa popkultura kiedykolwiek w sobie zawierała a patrzenie na jej ogrom to sama przyjemność.

Jest mi przykro, i to z wielu powodów. Bo nie odzyskam tych kilku godzin poświęconych na lekturę. Bo nie każda inwestycja w omnibus kończy się czymś więcej niż estetycznym wydaniem na półce. Bo nie dowiedziałem się niczego nowego o interesujących postaciach. I ostatecznie, bo okazuje się, że metoda, której używa Grant Morrison przestała działać. Magia ukrywająca się w szaleństwie Szkota nie zadziałała pomimo wielu wcześniejszych prób, a ja odkładając komiks, poczułem się jak dziecko na pokazie iluzjonisty. Ale jak to nie jest prawdziwa? To skąd ten królik z kapelusza?

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.