Advertisement
FelietonyKomiksKulturaPublicystyka

Steve Rogers – Kapitan na jakiego zasłużyliśmy [ESEJ] – część II

Norbert Kaczała
Fragment okładki pierwszego zeszytu "Secret Empire" (rys. Gabriele Dell'Otto)

 

Mleko się wylało, ekskrementy wpadły  w wiatrak a klamka zapadła. Kapitan Ameryka oficjalnie stanął na czele Stanów Zjednoczonych jako odmieniony umysłowo i duchowo agent HYDRY! A jako że niewiele jest rzeczy tak niegodziwych jak Steve Rogers dowodzący armią faszystów na pohybel USA, cała grupa superbohaterów postanawia powstrzymać go przed… No właśnie, czym?

To druga część felietonu o Kapitanie Ameryce. Część pierwszą znajdziecie tu

Fragment okładki 176 numeru “Captain America and Falcon” (rys. Sal Buscema)

Idea Tajnego Imperium wydaje się banalna w swym ogólnym założeniu: superhero turned bad. Jednakże, jak to często bywa w przypadku historii kontrowersyjnych, nie wszystko jest tak oczywiste jak się wydaje. W głębi audytorium widzę uniesioną rękę, której właściciel zapytuje mnie hipotetycznie: „Ale przecież nazistowski kapitan jest zły dość obiektywnie. Co w tym niejasnego?” I choć to uwaga niezwykle cenna, zawiera w sobie pewien błąd. Kapitan nie został nazistą. Jakim cudem?

Żeby o tym opowiedzieć, musimy wrócić pamięcią do lat 70-tych i prezydentury Nixona. Wtedy bowiem, miało miejsce pierwsze Tajne Imperium a status m.in. Kapitana Ameryki został silnie podważony. Po Stanach Zjednoczonych poniosło się echo Afery Watergate. Richard N. niemal z chwili na chwilę stał się persona non grata, rząd USA okazał się skrajnie niewiarygodny (sic!) a na czele kraju brakowało silnego autorytetu. Na szczęście, w uniwersum Marvela jest ktoś, kto w czasie kryzysu jeszcze nigdy nikogo nie rozczarował.

Oczywiście tak ważna postać jak Kapitan Ameryka nie mogła permanentnie egzystować w próżni, dlatego w roku 1974 Steve Englehart, który pisał serię Captain America & Falcon postanowił zakwestionować wszelakie instytucje władzy również na łamach komiksów. Po raz kolejny dzień w Nowym Jorku musi rozpocząć się od walki wręcz pewnego superbohatera z przypadkowym łotrzykiem. Oczywiście złol dostaje po gębie i wszyscy powinni celebrować tryumf dobra nad złem, jednak chwilę radości przerywa tajemnicza transmisja telewizyjna. Na odbiornikach mieszkańców miasta pojawia się enigmatyczny spot wyliczający kolejno przewinienia i nadużycia władzy w wykonaniu… Kapitana Ameryki. Rzecz jasna, jakość i wiarygodność spotu przypomina raczej coś, co wypluwały z siebie ostatnio nasze komitety wyborcze na czas drugiej tury, jednak intryga nie skończyła się tutaj. Okazało się bowiem, że tajemnicza organizacja, której zasięgi sięgnęły najwyższych biurowców w mieście, zaczęła stopniowo kierować wieloma pomniejszymi podmiotami, aby krok po kroku wrabiać Kapitana w coraz większe przewinienia. Począwszy od krzyczenia na niewinnych obywateli, kończąc na morderstwie wpływowego polityka.

Spisek ten okazał się niestety na tyle wiarygodny, że uwierzyli w niego nie tylko szarzy obywatele, ale również inni superbohaterowie. Dodając dwa do dwóch można śmiało założyć powstanie kolejnego konfliktu wewnątrz peleryniarskiego konglomeratu. Wplątani zostali w to także X-Men, Czarna Pantera, oraz oczywiście ówczesny kompan Kapitana – Falcon. Po drugiej stronie barykady staje jak zwykle tylko wykonująca rozkazy TARCZA, usiłująca powstrzymać wywrotowców, którzy krok po kroku postanawiają ujawnić prawdę o złowieszczym Tajnym Imperium.

Oczywiście z czasem udaje się to zrobić, Kapitan już był w ogródku by witać się z gąską ponownej społecznej akceptacji, ale Englehart postanawia brutalnie przypomnieć czytelnikowi o przewinieniach pewnego prezydenta z dużym nosem. Wszystkie tropy, którymi podążają herosi okazują się prowadzić bezpośrednio do Białego Domu, gdzie zdemaskowany lider organizacji, nie chcąc trafić w ręce sprawiedliwości… popełnia samobójstwo. Na oczach Kapitana Ameryki strzela sobie w głowę, zostawiając wszystkich patowej sytuacji. To wyjątkowo kontrowersyjna scena nie tylko przed nieoczywiste wyjście złoczyńcy z sytuacji. Choć nikt z twórców nie potwierdził tego oficjalnie, nie trzeba sięgać daleko by w postaci samobójcy doszukiwać się osoby Richarda Nixona. Osoba bezpośrednio odpowiedzialna za powołanie do życia organizacji, działającej na granicy prawa, oczerniająca swych niewygodnych oponentów, finalnie uciekająca od roli jaką pełniła odnosi się zarówno do głowy Tajnego Imperium, jak i Komitety Reelekcji Prezydenta.

Przeczytaj również:  4 niepokojące filmy, które trzeba zobaczyć na #AFF2020

Kapitan Ameryka był naocznym świadkiem końca pewnej epoki, po której Stany Zjednoczone nie były już takie same. Figura autorytetu została silnie zakwestionowana, a bohater musiał zadać sobie pytanie, czy bycie „awatarem” kraju tak skorumpowanego ma ma sens. I ku (kolejnemu) zaskoczeniu czytelników, nie miało. Rogers porzucił alias Kapitana Ameryki, stając się bohaterem znanym jako Nomad, a tytułowy bohater serii technicznie rzecz biorąc, przestał istnieć.

Fragment kadru otwierającego 10 zeszyt “Secret Empire” (rys. Steve McNiven)

Wracamy do współczesności. Kraj znowu skorumpowany, despota znów u władzy, superherosi znów muszą walczyć w imię sprawiedliwości. Tym razem jednak u władzy zasiada człowiek, który kiedyś osobiście starał się taką dyktaturę obalić. Co więcej, tam gdzie oryginalna historia Engleharta pozwalała sobie na wiele „komiksowych” skrótów myślowych, Nick Spencer plecie sieć intryg o wiele skrupulatniej. Co warto zaznaczyć (przykładowo, w komiksie zaznacza to nawet sam Kapitan), przejęcie władzy przez Rogersa nie odbyło się na zasadzie wywrotowego zamachu stanu czy wrogiego przejęcia. Steve stopniowo wspinał się po szczeblach władzy równych organizacji, by finalnie stanąć na czele całego kraju. Władza, którą posiadł nie została nikomu odebrana. To sami obywatele mu ją zapewnili, ku nie dziwiącym nikogo aplauzie wielu środowisk.

Żeby odpowiednio podejść do tej historii, musimy postawić się w innym punkcie, niż zazwyczaj. Siła Tajnego Imperium wynika z możliwości obserwowania wydarzeń nie z perspektywy wszystkowiedzącego czytelnika, a zwykłego obywatela świata przedstawionego. Proces dochodzenia Steve’a do władzy wydaje się zupełnie naturalny. Stanął już na czele TARCZY, nieraz uratował kraj i świat, reprezentuje wartości uniwersalnie patriotyczne. Zapewne miał szczery i sensowny powód, aby przejąć władzę. I przy okazji wypuścić na ulicę masę uzbrojonych patroli, czy zbudować szereg obozów karnych. Nawet gdyby porównanie do lat 30-tych i 40-tych w historii Niemiec było dla kogoś szyte zbyt grubymi nićmi, nie trzeba sięgać tak daleko. Czy obecnie nie mamy trwającej dyskusji o państwie policyjnym? Dawaniu mniejszościom zbyt wielu praw? Odgradzaniu się murem „od tych złych”? Szukaniu wszędzie zakłamanych wrogów narodu? Nie ważne czy to czarnoskóry, Meksykanin, homoseksualista czy Inhuman. Zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że komuś innemu należy się mniej.

Aby ostatecznie przyrównać dystopię Nicka Spencera do faktycznych realiów naszego świata, pozwolę sobie przytoczyć pewien segment z wiadomości Fox News. W chwili premiery oryginalnych zeszytów Secret Empire prowadzący serwis informacyjny w krytyczny sposób odnieśli się do antagonistów obecnych w jednym z numerów. Przytoczone fragmenty przestawiały członków Serpent Society – stowarzyszenia współpracującego z rządem Kapitana, celem wyłapywania wszelkiej nielegalnej aktywności i likwidowania ewentualnych zagrożeń.

Na zaprezentowanym kadrze widzimy kilku ludzi ubranych w absurdalne, wężowe stroje mierzących z broni do złapanego Meksykanina. Jak wynika z ich słów, próbował nielegalnie przekroczyć granicę kraju, w którym z oczywistych przyczyn nie chciał już żyć. Odczytana zostaje mu lista przewinień popełnionych pod adresem Rządu Amerykańskiego, za które karą oczywiście jest śmierć. Banalna paralela jednak nie zyskała uznania w oczach prezenterów, którzy stwierdzili, że „współczesnymi złoczyńcami są najwyraźniej konserwatyści”. Pytam zatem retorycznie, czy w świecie pełnym ludzi skorych do takich wniosków, dziwi fakt, że „Nazi Cap” zyskał spore poparcie?

Fragment okładki “Secret Empire: Omega” (rys. Mark Brooks)

I to właśnie obserwacja środowiska, które nie widzi w działaniach Rogersa nic złego jest najciekawszą częścią komiksu Spencera. Ważną częścią całego konfliktu jest również Falcon, który (jak przypominam) nosi obecnie tytuł Kapitana Ameryki. Czy w świecie, który pamięta Rogersa jako ostoję „ich własnych” amerykańskich wartości, jest jeszcze miejsce na kogokolwiek innego podającego się za ukochanego przez wszystkich superżołnierza? Nie godzi się przecież, żeby jakiś czarnoskóry paralotniarz mówił mi co wolno, a czego nie. #NotMyCaptain.

Przeczytaj również:  "Nie mam zamiaru wplątywać w komiks jakichkolwiek kwestii społecznych czy politycznych" - mówi nam Mikołaj Spionek, autor komiksu "Wounded" [WYWIAD]

Społeczeństwo głuche na rzeczowe argumenty nowego Kapitana jest niestety tym samym, które przekreśla całą historię zatytułowaną Tajne Imperium wyłącznie przez fakt, że wywleka ona na wierzch ich ukryte uprzedzenia i przywary. (W anglojęzycznej części YouTuba odnalezienie materiału na ten temat bez „SJW” w tytule, lub zrobionego przez kanał nie zajmujący się „oraniem lewactwa” jest niezwykle trudne) Walka w komiksie Spencera nie sprowadza się wyłącznie do walki na tle Dobry Kapitan vs. Zły Kapitan, ale do konfliktu wewnętrznego w Stanach Zjednoczonych. Która frakcja może rościć sobie prawo do stanowienia o ogóle.

Rzecz jasna, wspomniana bitka dobra ze złem na tu miejsce nie raz i nie dwa. To wszak ciągle komiks o superbohaterach. Cieszy jednak fakt, że zanim dojdzie do nieuniknionego prania się po gębach i strzelania laserami, stawka zostaje wyraźnie określona. Tak naprawdę to właśnie zakończenie jest jedną z niewielu rzeczy, do których mogę mieć jakieś zażalenia. Nie winię jednak w stu procentach samego scenarzysty, bowiem biorąc pod uwagę wzmożone ostatnimi laty tempo wypuszczania w Marvelu eventu za eventem, zapewne nie miał zbyt wiele czasu na domkniecie wątku na swój sposób. Grunt, żeby ciemna strona mocy dostała za swoje, tarczę dzierżył ten, kto musi, a ogólnoświatowy rasizm można było zakończyć na przestrzeni jednego zeszytu. Wszelakie odcienie szarości ustępują czerni i bieli, a dowolny konflikt jaki narodził się w czytelniku przestaje istnieć. Wszystko jest na swoim w miarę konserwatywnym miejscu, tak żeby nikt nie poczuł się narażony na myślenie poza szablonem.

Kadr z ósmego zeszytu “Secret Empire” (rys. Daniel Acuña)

Jednak niczym ostatnie tchnienie niezależności, na końcu wydanego przez Egmont tomu, pojawia się zeszyt opatrzony numerem… omega. Pełniący rolę epilogu element historii, po raz kolejny rzuca cień na konflikt zaistniały w „Tajnym Imperium”. Pomimo usilnych prób zamiecenia całego majdanu pod dywan nadchodzących wydarzeń, Spencer klarownie pokazuje nam, że ten wątek nie został zamknięty. Naród wciąż jest podzielony, Steve Rogers to dla różnych grup zupełnie inna osoba, a macki HYDRY wciąż sięgają wyjątkowo daleko i głęboko. Na tym etapie nie mam pojęcia, co może wyniknąć z tego otwartego zakończenia (o ile coś z niego wyniknie), ale jeśli mogę czegoś oczekiwać po Spencerze, to przynajmniej będzie to ciekawa intryga.

Tajne Imperium bez wątpienia nie jest komiksem idealnym. Zawiera w sobie sporo „superbohaterskich” uproszczeń i dróg na skróty. Jednak nie potrafię nie chwalić go za odwagę w podejmowanym temacie. Szanuję każdego twórcę, który potrafi wbić kij w mrowisko i wywołać dyskusję, o ile nie żeruje na tanim szoku. I choć wiele osób chciałoby to zarzucić Spencerowi, nie ma ku temu podstaw. Jego komiks rzucił nieco światła na bolączki nie tylko uniwersum Marvela, ale także jego czytelników, a doskonale wiemy jak ludzie reagują na kwestionowanie własnych racji. Bez względu na to czy robi to komiks o Kapitanie Ameryce, filmik na YouTube, obecnie rządzący, czy tekst o Tajnym Imperium na Filmawce.

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Kapitan Ameryka - Steve Rogers", dowolną wersję "Zimowego Żołnierza"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.