KomiksKultura

“Hawkeye. Kate Bishop” – Chybić celu z łuku na przyssawki [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Hawkeye recenzja Kate Bishop
Fragment okładki wydania zbiorczego (rys. Leonardo Romero)

Nie tak dawno temu opowiedzieliśmy Wam kilka słów, na temat nowej linii wydawniczej od Egmontu. Adresowane do młodszego odbiorcy komiksy prezentowały zupełnie nowe historie popularnych bohaterek DC, zmieniając nieco ich genezę i zamykając całość w obrębie jednego tomu. Jednakże są to historie istniejące na obrzeżach zasadniczego kontinuum, które nie wywierają zbyt dużych zmian na całym uniwersum. Gdyby jednak ktoś potrzebował przystępniejszej dla nastoletniego czytelnika historii, która jest równie kanoniczna jak najbardziej flagowe tytuły całego wydawnictwa, na horyzoncie pojawia się Kate Bishop.

Tytułowa bohaterka to ambitna młoda dziewczyna, która postanawia otworzyć własną agencję detektywistyczną. Nie przeszkadza jej w tym nawet fakt nieposiadania licencji, czy drugi „etat”, polegający na chwytaniu niegodziwców pod pseudonimem Hawkeye. Alias jest oczywiście używany za zgodą jej mentora i kolegi po fachu – Clinta Burtona, choć w opinii obywateli Kate to co najwyżej jakaś cosplayerka. My jako czytelnicy oczywiście będziemy obserwować jej starania w wyrobieniu sobie własnej renomy, zarówno jako detektyw, jak i superbohater. Oba te stanowiska okażą się niezwykle przydatne w starciu z tajemniczą organizacją, która uprowadza młodych ludzi z najbliższej okolicy i która może mieć coś wspólnego ze śmiercią matki Kate.

Hawkeye Kate Bishop recenzja
Fragment okładki 16 zeszytu “Hawkeye. Kate Bishop” (Rys. Leonardo Romero)

Jak widzicie mamy tu wszystko, czego potrzeba do stworzenia bestsellerowego tytułu young adult. Bohaterka obejmująca stanowisko i robiąca rzeczy, do których jest za młoda. Zmarły w tajemniczych i tragicznych okolicznościach rodzic. Potrzeba udowadniania starszym swojej wartości. Grupa nastolatków na tropie wielkiej afery i obligatoryjna zła organizacja, którą powstrzymać mogą tylko nieletni. Kelly Thompson, biorąc na warsztat postać, która chce udowodnić swoją wartość i wyjątkowość, stworzyła niestety historię, która tylko potwierdziłaby szereg wątpliwości jakie budzi Kate Bishop. Choć bez wątpienia uda jej się zaimponować niektórym osobom, skopać kilka złych tyłków i wygłosić kilka charakternych one-linerów, na tle prezentowanych wydarzeń nie są one w żaden sposób zasłużone czy godne podziwu. Wychodzenie z opresji wielokrotnie zawdzięcza ona pomocy innych bohaterów, a zagadki które musi rozwiązać, bywają na poziomie labiryntów i rebusów z etykiety soku dla dzieci. Udało ci się Kate, w nagrodę za udział naklejka!

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Na pewno nie mogę odmówić bohaterce dobrych chęci i charakteru. Jej przygody śledzi się z zaangażowaniem nie przez przewrotność samej fabuły, ale przez sympatyczną osobowość. Błądzi, ale chce dobrze. Troszczy się, ale potrafi wbić szpilkę. Żartuje, ale pozwala sobie na chwilę zadumy. Dobrze byłoby mieć taką koleżankę jak Kate, bo i na pizzę pożyczy i do domu podwiezie i poprosi o pomoc w rozpracowaniu okultystycznej sekty. Niestety jak wspomniałem wcześniej, dobre chęci to nie wszystko. Można nimi piekło brukować, ale pasjonującej historii się już nie da. Tym bardziej że zanim dotrzemy do końca trzeciego aktu, nie zaobserwujemy w bohaterce właściwie żadnej zmiany. Zwyczajnie tym razem jej się udało. Taka decyzja boli, tym bardziej wiedząc, że po drodze Kate spotyka nie jednego, a aż trzech monterów, którzy mogliby nauczyć ją czegoś nowego. Kazali spojrzeć na problem inaczej i mniej konwencjonalnie. Jednak w obecnym stanie rzeczy to najzwyklejsze występy gościnne, aby niektórzy mogli uśmiechnąć się sami do siebie, mówiąc – „O, ja ją znam”.

Hawkeye. Kate Bishop recnzja
Fragment 8 zeszytu “Hawkeye. Kate Bishop”

Na szczęście dość zachowawcza fabuła zostaje zilustrowana w o wiele mniej zachowawczy sposób, przez co całość pochłania się zarówno szybko, jak i przyjemnie. Leonardo Romero odpowiedzialny za komiksowe plansze wykonał kawał świetnej roboty. Bardzo dobrze czuje się zarówno w scenach akcji i ciągłego chaosu pola walki, jak i kameralnych, spokojnych scenach dialogowych. W jego kresce czuć pewien retro sznyt, co dobrze współgra z tak umowną i nieskomplikowaną historią. „Hawkeye” z jednej strony jest skrupulatnym oddaniem ducha starych historii, a z drugiej umiejętnym wprowadzeniem wizualnego opowiadania historii w pełen akcji wiek XXI. Osobną kategorią są także przepiękne okładki zdobiące kolejne zeszyty. Stylizowane na plakaty filmowe, okładki pulpowych książek czy pocztówki grafiki, spokojnie mogłyby stanowić bannery reklamowe serialowej adaptacji komiksu (która nadejdzie już niebawem). Choćby dla nich warto, chociażby przekartkować ten komiks stojący na półce księgarni.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

O dobry komiks młodzieżowy nie jest wcale tak trudno. Archie Comics od lat produkuje proste i angażujące historie młodych ludziach, które nieraz pozwalają sobie na eksperymenty z formą czy gatunkiem. Czemu zatem nie pokusić się o dobry, młodzieżowy komiks o superbohaterach? Ciężko mi znaleźć odpowiedź na to pytanie, zważywszy, że nawet Marvel miał już na koncie kilka historii o nastoletnich herosach, które czyta się rewelacyjnie (kojarzycie kim, jest Peter Parker?). Kate Bishop niestety pozostanie niestety daleko w tyle za zdolniejszymi, sprawniejszymi i ciekawszymi rówieśnikami, śniąc o lepszej karierze i ciekawszych przygodach. I szczerze jej kibicuję, nawet jeśli dzisiaj dobiegła jako ostatnia.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.