Advertisement
FestiwaleFilmyNowe Horyzonty 2024Recenzje

„Substancja” – Wyszarpać ochłap z zewłoku | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024

Norbert Kaczała
fotos z filmu „Substancja"
fot. „Substancja” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Kiedy przez lata człowiek naoglądał się przeróżnych slasherów, body horrorów i innych lovecraftowskich wynaturzeń przeobrażonych w materię filmową, coraz trudniej jest mu dać się zaskoczyć. Ale gdy do jego uszu dociera informacja, że na festiwalu w Cannes nagrodę za scenariusz dostała historia niebojąca się hektolitrów krwi i wypadających wnętrzności, będąca jednocześnie komentarzem do całokształtu świata celebrytów, ciekawość stopniowo narasta. Kulminację tejże osiągnięto na seansie o północy we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty i od tego czasu nie mogę nadziwić się, jakim cudem taki film dostał „zielone światło”. Już wyjaśniam dlaczego.

Elisabeth Sparkle (Demi Moore) to przygasająca już gwiazda Hollywood. Ostatkiem jej popularności był program o aerobiku, z którego właśnie została zwolniona; w końcu wygłodniała widoku młodych ciał widownia nie ma zamiaru oglądać aktorki po pięćdziesiątce. Na domiar złego Elisabeth pada ofiarą wypadku samochodowego. W trakcie badania jeden z sanitariuszy informuje ją o tytułowej „substancji”, która może pomóc z jej fizycznym, wizerunkowym problemem. 

Pod jej wpływem niechciane ciało wypluwa z siebie młodszą, piękniejszą wersję (Margaret Qualley), niczym motyla ze śmierdzącego kokonu. Jednak aby proces mógł działać, całość musi kontrolować jeden umysł, po siedem dni każdą z wersji. Bez wyjątku i usprawiedliwień. Drugie, pasywne ciało trzeba grzecznie karmić, szprycować regulatorem i z zegarkiem w ręku po 168 godzinach przejąć nad nim kontrolę. Jak nietrudno się domyślić, nieskrępowana młodość działa na Elisabeth jak narkotyk i stabilność układu obu ciał dość szybko zacznie się gmatwać.

fotos z filmu „Substancja"
fot. „Substancja” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Mój kręgosłup nie pozwala mi, by skłonić się przed reżyserką Coralie Fargeat tak nisko, jak na to zasługuje. Jakie postawy i zachowania krytykuje Substancja, jesteście w stanie domyślić się już po lekturze opisu dystrybutora. Jednak jest to wyłącznie wierzchołek góry lodowej, wykonanej ze zgniłego mięsa, okraszonego mgiełką drogich perfum i brokatu. Mnogość podjętych przez autorkę tematów przybiera formę kilku fizycznych gestów naraz. Jest czułym pocałunkiem pozostawionym na policzku dziedzictwa body horroru. Środkowym palcem wyciągniętym w stronę zepsutego świata mass mediów. Silnym plaskaczem w twarz entuzjastów rozerotyzowanych programów pozbawionych treści. Stanowczym, ale i godnym szacunku uściskiem dłoni z najwybitniejszymi przedstawicielami gatunku. I co najważniejsze, obfitym i cuchnącym bełtem wylanym na oczekiwania publiki. I jeśli to ostatnie porównanie Was odrzuca, nie jesteście gotowi na Substancję.

Bardzo nie chcę rzucać, tak, jak większość recenzentów, wdzięcznym hasłem „transgresja”, choć bez wątpienia ciśnie się ono na usta, jak ten paw z poprzedniego akapitu. Jednak niczym Elisabeth, czasem trzeba dać odbiorcy to, czego oczekuje. Fargeat doskonale o tym wie, przez co niezwykle umiejętnie żongluje swoimi inspiracjami i motywami. Lawirujemy tutaj stale między pełnoprawnym horrorem, alegoryczną opowieścią czerpiącą z mitologii greckiej, naturalistyczną opowieścią o machinie produkcyjnej w Hollywood, a nawet pełnoprawnym erotykiem. Reżyserka doskonale wie kiedy, co i ile pokazać widzowi, aby przykleił wzrok do ekranu pełnego młodych i roznegliżowanych tancerek i tancerzy, żeby kilka sekund później wybić go z rytmu i obrzydzić dalszy seans. Nasz wzrok wędruje w dokładnie wyliczone miejsca, a Fargeat co chwile parska śmiechem i kiwa głową z dezaprobatą, bo przez lata publika nic się nie zmieniła. Przez cały seans podtyka nam się przed twarz brudne lustro, abyśmy, cytując za klasykiem, widzieli, jaki nasz wygląd jest, choć chcielibyśmy udawać, że to nie nasz ryjec odbija się w tafli. 

Jednak Fargeat nie zajmuje się tylko dostarczaniem nam ciężkich tematów do rozważań. Substancja to też niezwykle satysfakcjonujący film rozrywkowy. Szybki, teledyskowy montaż stymuluje nas sensorycznie, a sama intryga ma w sobie coś z nieco kiczowatych filmów rodem z lat 80-tych XX wieku. Dzieje się dużo, szybko i intensywnie, a obserwowanie rozwoju wydarzeń autentycznie ekscytuje. Patrzymy, jak ten mizernie skonstruowany plan głównej bohaterki zaczyna rozpadać się niczym kiepsko pozszywany potwór niezbyt zdolnego adepta doktora Frankensteina. Stawka jest coraz wyższa, a szansa na sukces wręcz przeciwnie.

fotos z filmu „Substancja"
fot. „Substancja” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Przez ten paskudnie pociągający świat przeprowadzą nas dwie, nieokiełznane siły – wieloletnia desperacja i młodzieńczy upór. Personifikują je Demi Moore oraz Margaret Qualley, próbując przekonać nas, która z tych sił jest silniejsza. Dwie role, tak podobne i silnie powiązane, choć tak diametralnie niezależne i różne. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, która z tych niezwykle zdolnych kobiet miała na planie więcej frajdy, bo widać że w każdą linijkę, gest czy minę wkładają całe swoje serce. 

Nie będę w mniejszości, stwierdzając, że Demi Moore dała w Substancji najlepszy występ w swojej karierze. To rola zniuansowana, operująca na dwóch skrajnych biegunach. Filmowa Elisabeth potrafi zarówno zawrzeć w swoim spojrzeniu ciężar kilku dekad rozczarowań, ale i wykrzyczeć światu wszystko co ją boli. A boleć ją będzie naprawdę wiele, w bardzo zróżnicowany sposób. 

Margaret Qualley w niczym nie ustępuje swojej starszej wersji. Pewna siebie, energiczna i uwodzicielska młoda kobieta, potrafi pokazać się jako zrozpaczona, zagubiona i skonfundowana. W jej pozornie szczerym, telewizyjnym uśmiechu kątem oka da się dostrzec czające się kłamstwo. Dokładnie tak, jak zazwyczaj widzimy na ekranie telewizora i smartfona. Moore i Qualley sprawdzają się wybitnie w występach solowych, ale i konfrontacja ze sobą obydwu sił daje ogrom satysfakcji. Ciężko powiedzieć, że możemy tutaj komuś kibicować, ale gdy poziom wzajemnej frustracji osiąga apogeum, to każdy krzyk, cios w szczękę, ugryzienie czy otwarcie rany, jest jedynym lekiem na zło obecnego świata.

I dokładnie taki jest seans Substancji. Terapeutyczny w podobnym aspekcie, jak wynajmowane pokoje do zdemolowania. Dajemy tu upust swoim niemal animalistycznym, surowym  instynktom, gotowi rozerwać wszystko na strzępy, aby wychodząc z sali, poprawić koszulę i poopowiadać swoim znajomym z filmowego światka jak było. Film Coralie Fargeat cuchnie wnętrznościami. Widz kończąc seans, lepi się od posoki, a refleksje na jego temat przypominają oglądanie przejechanego truchła na poboczu. I z tego nadpsutego mięsa układa się niepokojący obraz współczesności. Sztuka jest paskudna, ale w tej ohydzie nie sposób nie dostrzec jakieś prawdy o nas samych. To nie jest szokowanie dla samej idei, a nieunikniona proza życia. „Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna, / W ten letni tak piękny poranek”…


korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Ocena

10 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

filmy młodego Cronenberga, filmy młodego, teraz już starszego Cronenberga

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.