Publicystyka

Wydarzyło się 11 marca [ESEJ]

Norbert Kaczała
Zdjęcie satelitarne elektrowni Fukushima Daiichi z 14 marca 2011 (Digital Globe/Getty Images)

Dnia 11 marca 2011 roku nasza planeta zwolniła swój obrót o 1,8 mikrosekundy. O godzinie 6:46 czasu polskiego wyzwoliła się drzemiąca pod powierzchnią Ziemi moc, tworząc falę o magnitudzie 9 w skali Richtera, która odebrała życie 19 747 przebywającym w Japonii ludziom. Ponadto tsunami wdarło się do położonej w prefekturze Fukishima elektrowni jądrowej, doprowadzając do drugiej największej katastrofy nuklearnej w dziejach świata. Choć w przypadku każdej z takich placówek bezpieczeństwo traktowane jest priorytetowo, szanse na uchronienie się przed Wielkim Trzęsieniem Ziemi były wręcz zerowe. Fukishima Daiichi 1 miała według swych założeń wytrzymać zarówno zalanie, trzęsienie ziemi, jak i ataki terrorystyczne. Czego jednak znieść nie mogła, to tragicznego połączenia kilku z nich. Gdy elektrownia wypełniona została dwukrotnie większą ilością wody niż zakładał „teoretycznie najgorszy scenariusz”, generatory Diesla, które miały ochładzać reaktor, zamarły niemal natychmiast. W sercu Fukishimy 1 temperatury wynosiła 2800 stopni Celsjusza. To o połowę mniej niż powierzchnia Słońca.

Popkultura zwykła spoglądać na tragedię w celu ponownego zjednoczenia tych, którzy zostali przez nią dotknięci. Nie inaczej było w tym przypadku. Po 5 latach od tragedii, Toho postanowiło powrócić do tracącej popularność serii o wielkim, atomowym potworze, którego ogrom sieje spustoszenie na ulicach japońskich miast. Nowa wersja Godzilli miała stanowić powrót do korzeni. Wizję bliższą oryginałowi Ishiro Hondy aniżeli kolejnej naiwnej bitce gumowych potworów na wielkiej makiecie. Projekt trafił w ręce Hideakiego Anno, znanego przede wszystkim za sprawą swojego kultowego anime Neon Genesis: Evangelion, który za swoją pracę przy Shin Gojira został nagrodzony nagrodą Japońskiej Akademii Filmowej (sam film zdobył aż 7 statuetek). To nagrody w pełni zasłużone, bowiem mimo obecności w tytule kultowego potwora, Ano stworzył film o tym, jak społeczeństwo radzi sobie z nadchodzącą zagładą. No wiecie, tak jak drzewiej Honda… Większość czasu w jego filmie spędzamy w ciasnych, dusznych biurach, pośród ogromu polityków, dziennikarzy i wojskowych, próbujących ogarnąć masę informacji docierających do nich z każdej ze stron. Trzeba uspokoić społeczeństwo, zbadać monstrum, odnaleźć źródło zagrożenia, zlikwidować potwora i nie doprowadzić do rozprzestrzeniania się chaosu w tym samym czasie. Doprowadza to niemal do sensorycznego przeciążenia, ponieważ natłok treści obecnych na ekranie jest męczący tak samo dla bohaterów, jak i widza. Ale powiedzmy sobie szczerze, w chwili, gdy siły natury mogą unicestwić kawał populacji i tylko wy możecie je powstrzymać, nie ma czasu na powolny odsiew informacji niechcianych. Chodzi o ludzkie życie, które trzeba ratować tu i teraz. A wy nie macie pojęcia jak to zrobić.

Fragment okładki komiksu “Fukushima. Kronika wypadku bez końca” Bertranda Galica i Rogera Vidala (wyd. Non Stop Comics)

Jedną z największych zalet filmu Hideakiego jest pewna dychotomia jego fabuły. Z jednej strony obserwujemy to, co wydaje się pozornie najnudniejsze, aby to właśnie w tych nerwowych posiedzeniach upatrywać tlącej się iskierki nadziei na ocalenie Japonii i reszty świata. Jak z resztą widzimy w samym filmie, nie chodzi tutaj o to, kto powstrzyma zniszczenie jeszcze większym zniszczeniem (w tym wypadku kolejną bronią jądrową). Tutaj potrzebna jest chłodna kalkulacja i uratowanie jak największej ilości ludzkich istnień. Godzilla, tak jak tsunami, nie zamierza się cofnąć. Będzie brnąć do przodu, aż nie opadnie z sił, zabierając i demolując wszystko na swojej drodze. I choć z bezpiecznej pozycji kinowego czy domowego fotela możemy z uśmiechem obserwować ekranową destrukcję, wywołaną atomowym oddechem tytułowego Króla Potworów, nikt z widzów w Japonii zapewne nie widział kaiju w ten sposób. Przewalająca się przez ulice miast gadzina, chlapiąca na wszystkie strony krwią i wodą, pchająca przed sobą stertę gruzu, wraków aut i ludzkich ciał, to obrazy aż nazbyt podobne do tych, które w marcu 2011 roku wyświetlały największe japońskie stacje telewizyjne. Godzilla przestał być symbolem nadziei pokładanej w atomie, którym stał się dekady wcześniej. Teraz to zagrożenie w pełni realne.

Walka z nim zaprezentowana została dokładnie tak samo. Anno ukrył w swoim filmie szereg mniej lub bardziej czytelnych odniesień do Wielkiego Trzęsienia Ziemi. Przykładowo, w scenie jednej z prób powstrzymania Godzilli naukowcy noszą stroje identyczne z tymi, które nosili likwidatorzy nazwani przez zachodnie media Fukushima 50. Podobnie żurawie mające przytrzymać i obezwładnić potwora – również pełniły one rolę przy neutralizacji niebezpieczeństwa w zalanej elektrowni. Shin Gojira była filmem o ludzkich działaniach podjętych przeciw czemuś, czego nie da się powstrzymać. Ale bez wątpienia da się w tym ciężkim czasie być razem. Wspólnymi siłami, krok po kroku minimalizować zagrożenie, aby ostatecznie podnieść się jako wspólnota. Jednakże nawet, gdy w miastach opadnie kurz, opadać zacznie także promieniowanie.

Nie zamierzam jednak opisywać tutaj mechaniki katastrofy jądrowej, która doprowadziła do wybuchu reaktorów 1, 2 i 4. Zaznaczę jednak tylko fakt, że katastrofa uwolniła radioaktywne pierwiastki zarówno do powietrza (eksplozja) oraz wody (zanieczyszczenie chłodziwa reaktorów). Nawet, gdy ziemia przestała się trząść, z dnia na dzień cały kraj przepełnił niepokój. Obawa przed promieniowaniem, które mogło skazić dosłownie wszystko i wszystkich dookoła. Do dziś z resztą niektórzy nie chcą kupować płodów rolnych czy ryb w okolic zniszczonej prefektury. Samo słowo Fukishima niosło za sobą natychmiastowy ładunek emocjonalny, taki jak niegdyś w Europie niósł Czarnobyl. I chociaż silne prądy morskie z nadbrzeża Fukushimy istotnie doprowadziły do „największej z zaobserwowanych pojedynczej emisji sztucznej radioaktywności do oceanu”, eksplozje nie były tak groźne. Utleniające się izotopy wciąż pozostawały w budynku, a słupy dymu i kurzu widoczne na nagraniach to efekt wzrostu ciśnienia. By lepiej oddać skalę realnej katastrofy, rozprzestrzenione na terenie byłego ZSRR promieniowanie pośrednio doprowadziło do śmierci ok. 4000 osób. Fukushima, ani jednej… Lecz jak doskonale wiemy, tragedia to nie miejsce na obiektywne wyliczenia w wykonaniu tych, których dotknęła bezpośrednio. Naoto Kan, ówczesny premier Japonii, powiedział, że „w ciągu 65 lat od zakończenia II wojny światowej to najtrudniejszy kryzys, z jakim mierzy się Japonia”. Śmiało można zatem powiedzieć, że od felernego dnia marca 2011 roku Japonia podzieliła się na tę przed i po.

Fotos z filmu “Shin Gojira” Hideakiego Anno (fot. Toho Studios)

Niedługo później kraj nawiedziła kolejna plaga. Coraz częściej dało się słyszeć historie o duchach, nawiedzających miejsca po katastrofie. „To było niemal jak epidemia”, pisał w swoim reportażu Ghosts of the Tsunami Richard Parry, amerykański korespondent. W kraju wspólnie dźwigającym największą żałobę od ponad półwiecza nie było to nic zaskakującego. Trafiały się jednak przypadki tak skrajne, że ludzie bali się wychodzić na zewnątrz w czasie deszczu. Ponoć widzieli w kałużach twarze topielców. Znana jest również opowieść jednego z taksówkarzy, który latem 2011 roku objeżdżał zalane niewiele wcześniej tereny, na których z przyczyn oczywistych nie miał zbyt wielu klientów. Pewnego dnia jednak do jego samochodu wsiadła kobieta, która mimo wysokiej temperatury nosiła mokrą, zimową kurtkę. Zamówiła kurs do równie wyludnionej dzielnicy Minamihama, po czym ruszyli. Długą, niezręczną ciszę przerwało niepokojące pytanie kobiety, zadane drżącym z zimna głosem: „Czy ja umarłam?”. Przestraszony kierowca obrócił się w stronę pasażerki, jednak nie ujrzał nikogo na tylnym siedzeniu. Nieistotne jest w tym wypadku czy wierzycie w duchy, czy nie. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że dla świadków tragedii błąkające się po Japonii dusze były równie prawdziwe, co zgliszcza pozostawione przez wielką falę. Nic dziwnego zatem, że wiele osób postanowiło pomóc im ostatecznie pożegnać się ze światem materialnym. Dowiezienie widma taksówką do miejsca docelowego to tylko jeden z przykładów, bowiem Japończycy postanowili niejednokrotnie na własną rękę uporządkować kilka spraw na styku stanów bytu. Nie chodzi tutaj nawet o popularną swego czasu grupę seniorów-ochotników, którzy zgłosili się do sprzątania najbliższego sąsiedztwa elektrowni, aby zdjąć odpowiedzialność z ramion młodych ludzi z całym życiem przed sobą. Chodzi tu choćby o człowieka, który został nurkiem, żeby odnaleźć ciało swojej zaginionej córki.Znalazł on przy okazji wiele pozostałości po innych, ludzkich istnieniach. O ludzi, którzy odbudowują dom swoich zmarłych bliskich, choć do opuszczonej wioski już nikt nie wróci. O człowieka, który opisuje tragedię po angielsku, którym niemal nie potrafi się posługiwać, bo potrzebne słowa po japońsku są zbyt straszne, by przelać je na papier. Na dawnych pobojowiskach stanęły nowe budynki. Zalane tereny osuszono. Odnalezione ciała zwrócono rodzinom i pochowano. Ale czy to cokolwiek zmienia? Tragedii przecież nie udało się cofnąć, a cały naród musi żyć teraz z traumą. Jak? Tak, jak na co dzień, z kilkoma niewielkimi zmianami.

Wspomniany na końcu wcześniejszego akapitu podział idealnie prezentuje niewielka nowelka Hiromi Kawakami Niedźwiedzi bóg. Ta niezwykle niepozorna historia o spacerze głównego bohatera, mówiącego w towarzystwie niedźwiedzia, wydana oryginalnie w 1994 roku została zaktualizowana w 2011 roku. Zmiany w treści były bardzo umowne, jednak klimat obecny w kilku stronach zmienił się diametralnie. Tam, gdzie niegdyś obecny był subtelny komentarz na temat nieakceptowania inności w japońskim społeczeństwie, obecnie odnajdziemy wyzutą z emocji profilaktykę względem zagrożenia radiacyjnego. Niedźwiedź i jego towarzysz lub towarzyszka zostają otwarcie skomentowani przez nieznajomych w kombinezonach ochronnych, powielając przy tym szereg stereotypów nie tylko o niedźwiedziach, ale też o radioaktywności. Zasłyszana rozmowa prowokuje oboje do niezobowiązującej pogawędki o naturze wszelakich misiów, traktując kwestię plutonu i strontu niczym pospolite przeziębienie. Podobnie zresztą wygląda tutaj szereg koniecznych do wykonania procedur, usprawniających życie społeczeństwa po katastrofie.  Wszechobecne kombinezony ochronne, odkażanie przedmiotów codziennego użytku, zachowywanie dystansu między ludźmi w miejscach publicznych i ciągła niepewność, czy ten niezbędny wypad do sklepu nie ściągnie na moją rodzinę nieszczęścia. Niektórzy mówią, że promieniowanie, bardziej niż geny, niszczy relacje między ludźmi. Niby nie zmieniło się nic, a życie toczy się dalej, ale w powietrzu niepokój jest aż namacalny. Choć tkwimy w tym razem, każdy z nas jest z tym całkiem sam. Zupełnie tak jak 11 marca. Dziewięć lat później…

Grafika na podstawie okładki książki “Niedźwiedzi bóg” Hiromi Kawakami, autor ilustracji Mihoko Takata (wyd. Tajfuny)

Dnia 11 marca 2020 roku po raz kolejny świat został podzielony na przed i po. To właśnie tego dnia Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie ogłosiła stan pandemii w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Bez względu na to, gdzie wtedy byliście, czy byliście na to gotowi, czytając wyrywkowe informacje z drugiego końca świata, czy wiedzieliście, czym charakteryzuje się ten wirus, pandemia przyszła i tak. Zbierając przerażające żniwo. Świat, zjednoczony w przerażeniu, po jakimś czasie zrobił dokładnie to, co Japończycy zrobili po Wielkim Trzęsieniu Ziemi. Nauczyli się znowu żyć. Gdy już zaczęliśmy oswajać się z myślą, że śmierć może czyhać na każdym rogu, rozwijając się po cichu w organizmie każdego z mijanych przechodniów, zostało nam tylko żyć, dopóki będziemy mogli. Śmierć przyszła po wielu, ale nie po nas. Jednak nie napisałem tego wszystkiego, aby niczym autorka Niedźwiedziego boga przypomnieć Wam, że życie to mimo wszystko wielka radość. Choć jest to przydatna sentencja, mi samemu ciężko ją przyjąć. Dzień 11 marca to moje urodziny. I już od lat dzień, który powinien być celebracją mojego trwającego życia, spędzam na bolesnej refleksji o tym, dla ilu ludzi był to jego koniec. Dlatego w tym bolesnym dniu życzę Wam wszystkim, abym nigdy nie musiał napisać aktualizacji tego felietonu. 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.