Advertisement
KomiksKulturaRecenzje

“Venom” Tom 2 – Przyszła na Marvel zagłada [RECENZJA]

Norbert Kaczała

Jakiś czas temu w recenzji stwierdziłem kilka oczywistych rzeczy. Pośród nich to, że Venom jest u swoich podstaw bardzo nieciekawą postacią, której potrzebny był niemały lifting. Zabiegu podjął się Donny Cates, który z kolejnej wariacji o Jekyllu i Hyde’ie uczynił kunsztownie skonstruowany, kosmiczny horror. Do całej mitologii otaczającej kolorowe, świadome gluty dodano zupełnie nowe elementy, połączono ją z pozornie skrajnie innym zakątkiem świata Marvela, a relacja symbionta i gospodarza nabrała niuansu. W tomie drugim Cates przy wsparciu Cullena Bunna podąża wraz z nami w dół spirali obłędu, bo początek tej historii nie zapowiadał choćby promila tego co nadchodzi.

Eddie Brock próbuje odnaleźć się w nowych rolach. Po pierwsze, zajmuje się teraz młodym chłopakiem, którego należy chronić przed trudnym światem, ale i w razie potrzeby przygotować do walki z nim. Symbiont właściwie nie ma już nic wspólnego z istotą, z którą Brock spędził kawał życia. Musi na nowo zrozumieć, jak właściwie będzie wyglądać ich koegzystencja. Jednak co najważniejsze, pochodzenie kosmicznej kreatury sięgające tysiące lat wstecz okazało się fantastyczną pożywką dla pewnej sekty, która upatruje w jednym z symbiotów zwiastuna zagłady ludzkości. Nie zamierzają jednak grzecznie czekać, aż sam do nich przyjdzie i wkrótce zostanie tutaj ściągnięty krwawą siłą. Z takim setupem, nie powinno dziwić, że drugi tom Venoma egzystuje w podobnej przestrzeni co najbardziej kultowe dzieła Lovecrafta. Mroczne bractwo czczące bestialską, kosmiczną istotę, samotny sprawiedliwy o trudnej przeszłości chcący je odnaleźć i obalić, a nawet klimat obumarłych amerykańskich miasteczek. To wszystko się tutaj znajdzie, idealnie dostosowane do potrzeb uniwersum Marvela.

Przeczytaj również:  Aktorskie tour de force. Recenzujemy "Kobietę na dachu"

W Venomie czuć narastającą stopniowo grozę, podsycaną co chwilę krwawymi wizjami nadchodzącej apokalipsy. Niejednokrotnie są to brutalne i bardzo bezpośrednie obrazy, niemalże niepasujące do stereotypowej wizji świata najpopularniejszych superbohaterów. Cates i Bunn przy współpracy z Ibanem Coello oraz Danilo Beyruthem nie kryją nawet jawnie horrorowych inspiracji, pozwalając sobie na stworzenie bardzo bezpośrednich obrazów. Jednocześnie, nie jest to pociągnięta do ekstremum przemoc rodem z lat 90-tych, z których nomen omen wywodzi się Carnage, czyli naczelny antagonista. W kuriozalnej i, jak zwykło się wtedy krzyczeć z okładek, EXTREMALNEJ postaci, która nigdy nie została okraszona żadnym niuansem, uczyniono zagrożenie o zupełnie innej skali. Kletus Cassiday przestał być szaleńcem z super mocami, i stał się przeczącą prawom natury kreaturą, której pozbyć się jest, znacznie trudniej niż chciałby protagonista.

Pośród tej niemałej ilości korzystnych zmian w lore symbiontów, jakimś cudem scenarzyści potrafili znaleźć też miejsce na wątki demonologii i spirytyzmu. To, co kiedyś było odpowiednikiem duszy Kletusa Cassiday’a zostało już spaczone do tego stopnia, że nawet rezydenci najodleglejszych kręgów piekła trzęsą się ze strachu na myśl o jego nadejściu. Walka z tym zagrożeniem będzie rozgrywac się na płaszczyznach kilku krajów, czasów, a nawet wymiarów. Ten koszmar jest wszechobecny, a ten fakt, przecudowny. Z perspektywy czytelnika rzecz jasna. Jedyny przestój, jaki zalicza historia to jeden zeszyt podpinający Venoma pod omawianą jakiś czas temu Wojnę Światów. I dokładnie tak jak można było zakładać — jest fatalny. Z rejonów już przez kilka zeszytów zajmowanych przez kosmiczny horror zrobiono od czapy Urban fantasy, z absurdalnym deus ex machina, zerowym wpływem na całość opowieści i absolutnym brakiem konsekwencji względem reszty. Słowem — wywalić. Śmiało przekartkujcie, gdy tylko zobaczycie Venoma w zbroi…

Przeczytaj również:  "Pestka" Lee Lai - (od)budować żyćko [RECENZJA]

Przejmujący horror w tym wypadku kreuje nie tylko duet zdolnych scenarzystów, ale także artystów. Iban Coello i Danilo Bayruth już na pierwszy rzut oka nadają na podobnych falach. Obaj potrafią pięknie zaplatać plazmowe nici, z których składają się symbionty i powykrzywiać je tak, żeby nie przypominały niczego co znane i ziemskie. Pięknie lawirują między body horrorem, mrokiem sekciarskich piwnic, pulpową bitką na pieści i bitwami piekielnych zastępów. Widać, że doskonale znają gatunek, w którym się obracają i żaden jego zakamarek im niestraszny. Do pełnych życia szkiców swoje dokładają fantastyczni koloryści, dodający głębi wszelakim cieniom i mocy jaskrawym rozbłyskom czy fontannom krwi. Venom przez to sprawia przyjemność nawet przy szybkim kartkowaniu, przy oglądaniu świata tak nieprzystępnego dla bohaterów, oraz przystępnego dla nas, jak to tylko możliwe.

Venom to świetna pozycja. Jeśli potrzebujecie solidnego straszaka na Halloween, nie szukajcie dalej. Jeśli chcecie pogłębienia Marvelowskiej mitologii, to coś dla Was. Nawet jeśli zwyczajnie potrzebujecie niegłupiej, świetnie napisanej rozrywki, dzieło Catesa i Bunna sprawdzi się idealnie. Czuć tu masę pasji do gatunku, postaci, literackich i malarskich inspiracji, no i przede wszystkim własnej pracy. Venom na srebrnej tacy podaje wam serce, jakie włożyli w ten komiks artyści. Nawet jeśli przed chwilą wyrwał je komuś z piersi brutalną siłą.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.