Advertisement
KomiksKultura

“Czarny Młot” – początek i koniec wszystkich superbohaterów [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Black Hammer recenzja Egmont
Fragment okładki pierwszego zeszytu "Black Hammer" (rys. Dean Ormston)

Jeśli czytanie komiksów przez kilkanaście lat nauczyło mnie czegoś o kulturze, to zapewne byłaby to siła drzemiąca w dekonstrukcji. Ile to już razy pozycje wychwalane jako kultowe czy wywrotowe skupiały się na wzięciu wysłużonej formuły czy znanej postaci, zmianie kilku kontekstów i personaliów i dzięki sile postmodernizmu tchnęły w komiks nowe życie. Kultowi Strażnicy Alana Moore’a, opisywany przeze mnie niedawno Doom Patrol Granta Morrisona, czy choćby Invincible Roberta Kirkmana to historie, które pod płaszczykiem zwykłej opowieści o super herosach skrywały o wiele bardziej wielowątkową narrację. Tematyzowano w nich nie tylko fabuły standardowych opowieści o trykociarzach, ale także ich formę i wkład w szeroko pojętą popkulturę. Nie inaczej jest w przypadku tematu dzisiejszej recenzji, jednak zamiast pytać „kto strzeże strażników” Jeff Lemire zadaje pytanie, czy strażnicy mogą wreszcie odpocząć?

Czarny Młot zaczyna się w miejscu dość niecodziennym. Na skrajnie przeciętnej amerykańskiej farmie, na obrzeżach niewielkiego miasteczka. Nie jest to niestety kolorowe i żywe Smallville, w którym z uśmiechem za ustach swymi codziennymi sprawami pała się Clark Kent. Tutaj czas jakby się zatrzymał. Ulice i budynki skrywa szarość, ludzie spoglądają na siebie nawzajem spode łba, a najnowsi mieszkańcy wspomnianej farmy, choć mieszkają tu już od dekady, nie są tutaj zbyt mile widziani. Czym niby się tak wyróżniają? Z pozoru niczym. Wąsaty pan z lekkim brzuszkiem, ogolony na łyso mężczyzna koło trzydziestki i zbuntowana dziesięciolatka. Rodzina jak rodzina. Najdziwniejszy nie jest tu jednak brak jakiejś Pani Domu, a fakt, że w jej miejscu znajduje się… inteligentny robot, który gdy nie szykuje posiłków, konstruuje w szopie tajemniczą sondę. W dodatku, pomaga mu dryfujący zaledwie po naszym wymiarze starzec w stroju astronauty. Wciąż mało? Wspomniana wcześniej dziesięciolatka jest tak naprawdę kobietą w średnim wieku, zamkniętą w dziecięcym ciele przez magiczne zaklęcie. Łysy mężczyzna jest marsjańskim barbarzyńcą, potrafiącym zmieniać postać, a swojski wąsacz działał niegdyś jako superbohater – mistrz walki wręcz. Co zatem robią na tej farmie? Pytanie takie zadawać sobie będzie nie tylko czytelnik komiksu, ale przede wszystkim jego bohaterowie. Bo jeszcze nie tak dawno temu tłukli się pośrodku wielkiego miasta z kosmicznym Anty-Bogiem…

Zapewne kilka z tych ogólnikowych opisów może wydawać się co najmniej znajomych dla osoby choć trochę zaznajomionej z największymi uniwersami komiksowymi. Jeff Lemire nigdy nie ukrywał, że główni bohaterowie Czarnego Młota stanowią wariacje na temat najpopularniejszych superherosów spod znaku DC Comics (a sporadycznie także i Marvela). Jednak w przeciwieństwie do przytaczanego wcześniej Allana Moore’a, autor nie tworzy nowych postaci wyłącznie z powodu problemów z otrzymaniem praw autorskich do konkretnych bohaterów (bo Strażnicy byli na wczesnym etapie powstawania grupą ustanowionych już wcześniej herosów z nabytego przez DC Comics wydawnictwa Charlton Comics). Lemire intencjonalnie przerabia ich historie i cechy charakterystyczne, by osadzić nowo powstałe postacie w tak specyficznych realiach jak wspomniana Farma.

Każda z postaci miała uosabiać w sobie całą epokę komiksowych trykociarzy, będąc jednocześnie pewną modyfikacją archetypu. Złotą Erę (czyli lata ’30-’50) uosabiają Abraham Slam, czyli nasz swojski wąsacz, oraz Golden Gail – zbuntowana dziesięciolatka.  Na pierwszy rzut oka pierwszy z bohaterów nosi wszelkie znamiona by zostać posądzonym o bycie kopią Kapitana Ameryki.

Działający z „poziomu ulicy”, uzdolniony w walce wręcz, będący nieco kiczowatym reliktem minionych epok. Jednakże odrobina głębszego researchu podpowiada inne źródło inspiracji. Abe jest prawdopodobnie odpowiedzią na zapomnianego już nieco w mainstreamie Atoma. I choć wielu bohaterów nosiło już tę, lub podobną jej ksywkę, oryginalnym Atomem był niejaki Al. Pratt. Pomimo zdobycia z czasem nadludzkich zdolności, jego geneza była identyczna względem Slama. Noszący maskę ze szpiczastą „płetwą” na głowie, młodociany twardziel walczący z oprychami za pomocą pięści, noszący obcisły kostium, mogący już tylko wspominać dawną świetność i prostsze czasy. Takie, gdzie małe dziewczynki nie potrafiły latać. Dokładnie tak, jak młoda Abigail Gibbons. Ta niepozorna młoda dama została obdarzona niezwykłym darem. Dzięki ostatniemu życzeniu umierającego czarodzieja, wypowiadając niego imię, Gail posiądzie niezwykłe zdolności. Nadludzką siłę i szybkość, umiejętność lotu i emitowanie energii z rąk. Tak, to niemal identyczna historia, jak ta, która spotkała Billy’ego Batsona aka. Shazama. Jednakże, Lemire postanowił zawrzeć w tej superbohaterskiej genezie pewien haczyk, którego nie powstydziłby się złośliwy dżin. Umiejętność zmieniania się w przepotężną super dziewczynkę, nie uwzględnia starzenia się Abigail. Innymi słowy, nawet gdy bohaterka będzie miała na karku już kilkadziesiąt lat, wciąż na dźwięk słowa „Zafram!” stanie się na powrót krewką dziesięciolatką. A gdy trafi na wspominaną wcześniej Farmę, zostanie nią już na stałe…

Przeczytaj również:  "Kaczogród. Carl Barks - Latający Holender i inne historie z lat 1958-1959", czyli klasyka na wyciągnięcie ręki [RECENZJA]
Black Hammer recenzja Egmont
Fragment okładki pierwszego zeszytu “Black Hmmaer” (rys. Dean Orston)

 

Erę Srebrną uosabia z kolei Pułkownik Weird. Prym w latach ’50-’70-tych wiodły wszelakie historie podszyte najdziwniejszymi eksperymentami naukowymi. Eksplorowano przestrzeń kosmiczną i subatomową oraz inne wymiary, podróżowano w czasie, zmieniano się w radioaktywne potwory i walczyło z robotami. Pułkownikowi w czasie swoich kosmicznych eskapad dane było doświadczyć właściwie wszystkiego z powyższych, co nieodwracalnie odbiło się na jego stanie psychicznym. Stał się kimś na kształt „nieudanego” Adama Strange’a – niegdysiejszego archeologa z Ziemi, który wessany przez tajemniczy Promień Zeta trafia na obcą planetę. Podejmuje się jej ochrony przed szeregiem najeźdźców. Niczym John Carter, lub Flash Gordon byli ucieleśnieniem snu o kosmicznym kolonializmie. Oczywiście takim dobrym i nieszkodliwym.

Towarzyszem Pułkownika Weirda został – zgodnie z duchem epoki, którą inspirowana była postać – robot płci żeńskiej o imieniu Talkie-Walkie. Wizualnie czerpiący z Zagubionych w kosmosie a charakterologicznie najpewniej z fuzji C3-PO i R2D2. Ostoja rozsądku i logiki, będąca przeciwwagą do bujającego w obłokach i czarnych dziurach astronauty.

Lata 70-te jednak to nie tylko czas opowieści fantastyczno-naukowych, ale również epoka, w której prężnie rozwinął się nurt blaxploitation. I jej swoistym avatarem jest tytułowy bohater – Czarny Młot. Przez to, że alias ten nosi w komiksie Lemire’a więcej niż jedna osoba, ciężko odnaleźć bezpośrednie inspiracje. Jednakże co uważniejsi czytelnicy znajdą tu odniesienia do postaci detektyw Misty Night lub Luke’a Cage’a.

Gdy Srebrna Era dobiegła końca, jej miejsce zajęła Era Brązowa, wraz ze wszystkimi mieszankami fantasy i science-fiction. Wszelakie światy postapokaliptyczne, długowłosi gladiatorzy w kosmosie czy igraszki z magią. Z tej epoki przybywa do nas Barbalien, banita z Marsa, przybywający na Ziemię celem poznania ludzkiej natury. Niestety, pierwszym świadectwem człowieczeństwa w oczach Mark Makrza (marsjańskie imię bohatera) staje się brutalny napad na funkcjonariuszu policji. Przyjmując jego postać Barbalien stara się wmieszać w społeczność homo sapiens, odkrywając ich najgorsze i najlepsze cechy. Między innymi homofobię, z którą musi mierzyć się na co dzień, przez pałanie gorącym uczuciem do swego współpracownika, jednego z niewielu okazujących mu wsparcie.

Kolejną dekadę, czyli lata osiemdziesiąte uosabia tajemnicza Madame Dragonfly. W czasach poprzedzających powstanie wydawnictwa Vertigo, postacie wszechwiedzących czarodziejek i narratorek, były niemal nieodzownym elementem horrorowych antologii. Wizualnie i nazewniczo najbliżej jej do Madame Xanadu, choć kontekst każe sytuować ją obok takich tuz historii z dreszczykiem jak nieumarły narrator „Opowieści z krypty” lub „The Vault of Horror”. Z tą jednak różnicą, że Dragonfly w przeciwieństwie do przytoczonych gentlemanów, jest aktywną uczestniczą przedstawionych wydarzeń. Choć zwykle skryta w cieniu, skrupulatnie tka nici magicznej intrygi, z dala od dramatów reszty mieszkańców Farmy.

A to właśnie te problemy stanowią serce opowieści Lemire’a. Chociaż wątek superbohatera na emeryturze był eksplorowany już nie raz, autor prezentuje nam zaskakująco niejednoznaczną sytuacje. Z reguły droga rozwoju takiej sytuacji przebiega następująco: Bohater wycofuje się z trykociarskiego fachu z własnego wyboru. Odnajduje spokój, lecz krytyczne wydarzenie wstrząsa światem przedstawionym, prowokując go do powrotu. Orientuje się on, że świat bez jego poczynań może sobie nie poradzić i nawet jeśli robi to nieco na przekór samemu sobie, przywdziewa maskę i tłucze złoczyńców. Rzadko jednak zdarza się, aby bohaterowie na emeryturę zostali wysłani przymusowo. A tym bardziej, by przeciwnością losu, z którą dane jest im się mierzyć było przedłużenie tego pobytu.

Przeczytaj również:  "Wujek Sknerus i Kaczor Donald. Pod kopułą" - Z Tybetu do El Dorado [RECENZJA]

I to właśnie taki przewrotny urlop spotkał bohaterów „Czarnego Młota”. Przytoczona wcześniej walka z najeźdźcą z kosmosu, zakończyła się w sposób zaskakujący dla wszystkich naszych herosów. Gigantyczna eksplozja, mająca zakończyć życie Anty-boga, anihilowała właściwie wszelkie istnienie. Metropolia, w której toczyła się walka przestała istnieć, a jej miejsce zajął przeciętny teren wiejski. Jak okazało się z czasem, terenu miasteczka nie można opuścić pod groźbą trwałego uszkodzenia ciała i/lub śmierci, przez co bohaterowie (w większości pozbawieni swoich nadludzkich zdolności) zmuszeni byli osiedlić się w nowym więzieniu. Symultanicznie zatem herosi próbują znaleźć drogę ucieczki, zrozumieć jakim cudem trafili do tego padołu łez i przy okazji nie oszaleć, próbując zasymilować się z prowincjonalną społecznością. Sęk jednak w tym, że zaangażowanie w każde z tych zadań stopniowo zaczyna się zmieniać, a nowe warunki mogą okazać się przyjemniejsze niż sądzono. Fakt, może i zostawiliśmy za sobą życie pełne eskapistycznych walk i przygód, ale czy był oto życie spełnione? Czy ktokolwiek żyjący w ten sposób był szczerze szczęśliwy? Czy jest jeszcze do czego wracać, skoro ludzie mogli o wszystkim zapomnieć i ruszyć naprzód. Chyba czas, by i niegdysiejsi superbohaterowie zrobili to samo.

Black Hammer recenzja Egmont
Jedna z grafik promująca komiks “Black Hammer” (rys. Gleb Melnikov)

Lemire’owi udaje się sztuka szalenie trudna. Z bohaterów, będących z pozoru tylko zlepkiem inspiracji czyni autonomiczne postacie. Targane szeregiem wątpliwości, narastających paranoi i problemów, zmuszanych do podejmowania trudnych decyzji. Nie są to też chodzące wraki dawnej świetności, wpadające w autoparodię. Owszem, radości z życia nie zostało w nich zbyt wiele, jednak to nadal ludzie z iskrą nadziei tlącą się w głębi duszy. Przez wszystkie cztery tomy każdemu z nich uda się dostać swoje pięć minut, w których wyraźnie zaznaczają swoją obecność w panteonie najciekawszych komiksowych herosów. Jest tu sporo miejsca na rozwój, zmianę zdań czy eskalację lęków i gniewu.

Każdy z mieszkańców Farmy jest niezwykle ludzki, nawet jeśli swoim humanizmem przypomina o własnych najgorszych wadach. Oczywiście, nie jest to opowieść oparta wyłącznie na ciągłym umartwianiu się. W Czarnym Młocie wciąż uda nam się znaleźć monumentalne walki z kuriozalnymi przeciwnikami, eksplorowanie mrocznych zakamarków świata magii, podróż przez najgłębsze otchłanie kosmosu, czy przekazywanie pałeczki młodszym następcom. Słowem wszystko co, co uosabiają sobie przytaczane wcześniej epoki i trendy w komiksach na przestrzeni lat. Niczym uosobienie yin i yang historii o superbohaterach, dzieło Lemire’a uraczy zarówno zwolenników czystego eskapizmu, jak i egzystencjalnych myślicieli.

Warto zwrócić też uwagę na intrygującą oprawę graficzną Czarnego Młota. Odpowiedzialny za ilustracje w całym „rdzeniu” komiksu Dean Ormston (nie licząc pojedynczych zeszytów poświęconych konkretnym postaciom) jest niewątpliwie artystą nietuzinkowym. Z kreską przywodzącą na myśl łagodniejszego Mike’a Mignolę, tworzy świat z jednej strony bardzo przeciętny i codzienny, ale jednak na swój sposób wykrzywiony. Wszystko wydaje się niezrozumiale apatyczne, nawet jeśli widzimy wyłącznie przeciętnego przechodnia na tle własnego mieszkania. Komiks jednak ubarwia też galeria okładek, każdorazowo tworzona przez innego artystę, sięgająca w głąb historii mediów równie głęboko co sam Lemire. Reprodukcje kamieni milowych, stylistyczne inspiracje, parodie i pastisze – wszystko się tutaj znajdzie.

Czarny Młot to odtrutka na zmęczenie postmodernizmem. A przynajmniej była takim lekiem dla mnie. Oferuje sobą coś więcej niż korzystanie z wysłużonych już reliktów popkultury, celem stworzenia pastiszo-hołdu. To ogromny ukłon w stronę komiksu superbohaterskiego w całym jego ogromie, przy jednoczesnym tchnięcia w niego autorskiej energii. Jest komiksem właściwie idealnym dla kogoś, kto przygodę z herosami chce dopiero zacząć, albo już dawno myślał, że czas ją skończyć. Usiądźcie wygodnie na ganku wiejskiego domu i posłuchajcie opowieści o końcu i początku, które są sobie zaskakująco bliskie.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Strażników" Allana Moore'a

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.