KomiksKultura

“Potwór z Bagien” Scotta Snydera – Jakie to jest straszne! [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Fragment kadru wieńczącego jeden z zeszytów "Swamp Thinga"

Choć z pozoru może wydawać się to nieco szokujące, zwłaszcza wnosząc po samym tytule, niewiele jest we współczesnej popkulturze komiksów o tak dużym zabarwieniu filozoficznym jak „Saga o Potworze z Bagien”. Historia, która zaczęła swój żywot od klasycznego mariażu science-fiction i horroru z czasem przeobraziła się w głęboko duchową rozprawę na temat natury człowieka i cóż… natury. Główny bohater z tytułowego monstrum stał się nie tylko awatarem sił natury, ale przede wszystkim metafizycznym wędrowcem, który wciąż na nowo musi odkrywać, kim jest, nie znajdując klarownych odpowiedzi. Oczywiście rozwój ten jest dziełem wielu twórców, na czele z Alanem Moorem, a jeden z jego rozdziałów na półki naszych domowych biblioteczek dostarcza właśnie Egmont. I oczywiście, jak to zwykle bywa z Potworem z Bagien, nic będzie takie jak  się na początku wydawało, a babrać będziemy się nie tylko w bagnach i zaroślach.

Fragment jednej z okładek oryginalnych wydań “Potwora z Bagien”

Tym razem postać Aleca Hollanda i jego roślinną formę na tapet wziął Scott Snyder, doskonale znany polskim czytelnikom autor „Batmana” z Nowego DC Comics. Zresztą, to właśnie pod tym szyldem (a przynajmniej jego oryginalnym, anglojęzycznym odpowiednikiem – New 52) opublikowane zostały nowe komiksy o Potworze. Autor miał tutaj niemałe pole do popisu, bowiem historię Hollanda mógł napisać zupełnie od nowa. I każdy, kto zna „Amerykańskiego Wampira”, pióra tego samego Pana wie, że Snyder wykorzysta tę możliwość, by stworzyć pełnokrwistą (również dosłownie) i mroczną historię. Z nieznanych przeciętnemu człowiekowi, coś dziwnego dzieje się na Ziemi. Zaburzona została odwieczna równowaga dwóch elementarnych sił, rządzących wszechrzeczą – Czerwieni, odpowiedzialnej za wszystko, co zwierzęce, oraz Zieleni, sprawującej pieczę nad światem roślin. Znikąd pojawiła się trzecia siła – Zgnilizna, nowotwór o niewygodnym przywileju możliwości zniszczenia obu sił. Do walki z przeraźliwym kuriozum wyznaczony oczywiście zostaje bohater, który jako jedyny na planecie egzystuje na granicy między światem ludzi a roślin – Potwór z Bagien. Ku zaskoczeniu Parlamentu Drzew, Alec Holland jednak nie zamierza choćby kiwać palcem, wszak nie godził się na swój los. Jednak gdy kościste szpony Zgnilizny postanawiają sięgnąć po jego bliskich, czas zakasać zamszone rękawy i uratować świat.

Przeczytaj również:  "Terra Incognita". Monochromatyczna wolność formy [RECENZJA]

Jednak tam, gdzie poprzednie kultowe inkarnacje Potwora pozwalały sobie na powolną eksplorację niedostępnego dla ludzi świata roślinnej perspektywy, tak Snyder prezentuje czytelnikowi zupełnie inny. Przerażający i wynaturzony awatar Zgnilizny sprowadza bowiem ze sobą na świat przedstawiony szereg potwornych bestii, złożonych z martwych tkanek właściwie każdej istoty, na jaką natrafił. I ku niezwykłemu ożywieniu mego wielbiącego horror serduszka, zarówno pomysłodawca tej aberracji, jak i wcielający ją w życie Yanick Paquette nie oszczędzają nikogo i niczego. Kompletnemu powykręcaniu i zniekształceniu ulegają zarówno zwierzęta jak i ludzie w każdym wieku. Artyści nie tylko nie przejmują się zwykle pomijanym w dowolnym medium tabu prezentowania okaleczania dzieci, ale z całym dobrodziejstwem inwentarza kreują z nich kolejne monstra i hybrydy. Jestem pewien, że sami mistrzowie pokroju Davida Cronenberga, Lucio Fulciego czy choćby Shinya Tsukamoto ze swoim „Tetsuo”. Nowy „Potwór z Bagien” to przede wszystkim mistyczny horror, gdzie skakanie po innych światach, ciągłe zmienianie kształtu, rozpad wszystkiego, co żyje i cieknące zewsząd płyny ustrojowe są na porządku dziennym. Coś przepysznego!

Kadr z 2 zeszytu “Potwora z Bagien”

I chociaż główną atrakcją jest w tym komiksie podążanie w głąb spirali rozkładu, Snyder zapewnił też czytelnikom intrygującą historię. Holland jest interesującą kontrą, do wielu bohaterów, którzy bez mrugnięcia okiem rzucają się w wir wydarzeń, by tłuc i siekać złoczyńców. Nowa powierzchowność co prawda wiąże się z szeregiem dodatkowych zdolności, ale utrata swojej całej fizycznej powłoki to spora cena do zapłacenia. Na tyle spora, że tytułowy Potwór nie zamierza jej zapłacić. Jednak w pewnym momencie chyba nie będzie miał nawet możliwości wyboru, bo stawka znacząco wzrośnie. Perspektywa końca świata wywołanego przez jakiegoś szaleńca to temat niezwykle wdzięczny, jednak w punkcie wyjścia nieco przestarzały. Jest jednak coś ujmującego w niesionym wręcz animalistycznym szałem psychopacie, który chce dosłownie zepsuć cały świat, rujnując jednocześnie duchową równowagę sił natury dla własnej korzyści. Typowi horrorowi antagoniści rzadko miewają motywacje wykraczająca poza nieuzasadnioną potrzebę mordu, dlatego w ramach gatunku awatarowi Zgnilizny można tylko przyklasnąć i obserwować jego destrukcyjne zapędy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ich skalę. W tym miejscu wstawcie obligatoryjny cytat Janusza Rewińskiego z „Kilera”.

Przeczytaj również:  "Dom pokuty" - szaleństwa pani Winchester [RECENZJA]

Jednak dość prosta intryga ma drugie dno, gdzie czytelnik musi nieco bardziej wytężyć zwoje. Chodzi tu o całą architekturę systemu władzy nad Czerwienią i Zielenią. Musimy w ciągu trwania akcji zrozumieć jak działają awatarzy, kto sprawuje faktyczną władzę, ile rzeczy można traktować umownie, a ile jest wyrytych w kamieniu. Nie jest to oczywiście żadna mechanika kwantowa, jednak musicie być na to przygotowani, szczególnie gdy nastawiacie się wyłącznie na widowiskową jatkę. Wiele moich pauz wynika raczej z przyzwyczajenia do starego status quo, jednak jeśli ja bardzo szybko oczyściłem umysł, Wy tym bardziej się w tym połapiecie

“Ostateczna” forma Potwora z Bagien.

Nawet gdyby jednak meandry roślinnego mistycyzmu Scotta Snydera były zbyt trudne do pokonania, zostaje jeszcze inna kluczowa warstwa, na której warto się skupić. To absolutnie fantastyczne rysunki Yanicka Paquette. Nie chodzi tylko o wspomniane wcześniej pokraczne, zgniłe monstra, ale nawet o sam sposób komponowania kadrów i całych plansz. Wymykająca się wszelkim normom organizacja paneli, które przedzielono pnączami, cieniami czy…niezidentyfikowaną, zacienioną materią. Secesyjne dzieła z głębi waszych najgorszych koszmarów. Jednak oczywiście wszelaka zabawa organiczną materią przybierającą mniej lub bardziej humanoidalne kształty to również środowisko, gdzie Paquette czuje się jak ryba w wodzie. Wystarczy otworzyć komiks właściwie na dowolnej stronie, a nawet rzucić okiem na szkicownik, umieszczony jak zwykle na końcu grubego tomu. To malutkie arcydzieło i jestem pewien, że artysta jeszcze nieraz będzie miał okazję napędzić mi stracha.

„Potwór z Bagien” Scotta Snydera to dzieło wręcz wybitne w swoim gatunku. Przyjmując charakterystyczne dla monster/body horroru schematy i rozwiązania fabularne, Snyder i Paquette stworzyli niemal esencję podlanej grozą rozrywki. Jeśli jesteście fanami „starego” Potwora, to nie lękajcie się (o ironio…). Snyder podchodzi do jego dziedzictwa z szacunkiem, oferując w pełni autorską wizję, która nie zrujnuje naszego wyidealizowanej wizji historii Hollanda. Nowi fani zaś poczują się tu jeszcze lepiej, nie musząc robić tego co niestety musi główny bohater – dźwigać ciężaru wszystkiego, czym jest Potwór z Bagien. Nawet jeśli jest jedną z najciekawszych postaci komiksowego mainstreamu.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Filmy Cronenberga

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.