FilmyKinoRecenzje

Diuna: Część druga – Nic jak krew w piach [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Fotos z filmu "Diuna: Część druga" (fot. materiały prasowe Warner Bros.)

Nie będę zapewne w mniejszości stwierdzając, że druga część Diuny była jedną z najbardziej oczekiwanych premier sezonu. Poprzeczka wisiała niezwykle wysoko, ale talent Denisa Villeneuve’a znajduje się na szczęście na porównywalnym poziomie, przez co kinomani nie zarywali nocy w oczekiwaniu na najgorsze. I ku zdziwieniu absolutnie nikogo, adaptacja prozy Herberta już w dniu premiery została obwołana nowym klasykiem. Słusznie? 

Po zamachu na Ród Atrydów mającym zmienić rządy nad Arrakis, młody Paul (Timothée Chalamet) wraz ze swoją matką (Rebecca Ferguson) dołączają do ludu Fremenów, aby poznać ich zwyczaje i wkrótce obalić nowych dyktatorów. Młody Atryda ma jednak przed sobą znacznie większe wyzwanie, gdyż ludzie pustyni upatrują w nim Lisana al Gaiba – Mesjasza, który ma powieść ich ku świetlanej przyszłości na odrodzonej planecie. Nie bez powodu Denis Villeneuve nazwał swój film „tragedią”, bowiem niczym w klasycznej literaturze sprzed wieków, to właśnie Paul Atryda będzie mierzyć się z siłami potężniejszymi, niż on sam. Podczas gdy w pierwszej części był jeszcze nieopierzonym księciem, uczącym się dopiero zasad zastanego, obcego świata, teraz musi stać się samowystarczalnym mężczyzną – dla siebie, swojego nowego ludu i dla całego imperium, często wbrew interesom i obawom najbliższych. Obserwowanie Chalameta w tej podróży to czysta przyjemność. W końcu dano mu możliwość wykazania się większym spektrum emocjonalnym, co umiejętnie pokazuje w każdej scenie. Boli nas jego upadek, cieszy tryumf, a kilka przemów w jego wykonaniu sprawia, że sam szedłbym odbić złoża Przyprawy pod jego dowództwem. Paul stał się prawdziwym protagonistą, godnym heroicznych mitów. Bycie bohaterem to jedno, ale stanowienie personifikacji ludzkiej nadziei to zupełnie inna sprawa. I przyznam szczerze, że ogromnie brakuje mi we współczesnym kinie takich postaci. Dlatego tym bardziej cieszę się, że Villeneuve w swojej prostej odezwie o treści „Niech żyje kino” zmieścił również zrealizowaną tęsknotę za czasami iście epickich filmów.

Fotos z filmu “Diuna: Część druga” (fot. materiały prasowe Warner Bros.)

Czymże jednak jest bohater bez siły chcącej go powstrzymać przed osiągnięciem celu? Reżyser wie doskonale jaka siła drzemie w rodzie Harkonnenów i jak umiejętnie ją zaprezentować. To absolutnie okropne kreatury, w najlepszym znaczeniu tych słów. Baron Vladimir w wykonaniu najstarszego ze Skarsgårdów to wciąż zasługujący na potępienie tyran, którego Stellan zagrał doskonale, ale nie jest on jedynym uosobieniem nadchodzącej zguby. Feyd-Rautha zapewne niedługo stanie się postacią kultową, bowiem Austin Butler tchnął w niego ogrom szaleństwa i pewnej zwierzęcej energii. Jest autentycznie przerażający, ale przy tym ciężko oderwać od niego wzrok. Nawet w porównaniu z całą populacją androgenicznych przedstawicieli jego rodzinnej planety, jest w nim coś jeszcze bardziej obcego. Jakby nie pasował nawet do takiego miejsca jak Giedi Prime. Bez względu na to czy stroi groźne miny, morduje oponentów czy zwyczajnie spogląda w kamerę z cienia, prezentuje się cudownie. Dobrze również wiedzieć, że Butler wyleczył się z głosu Elvisa. Ogromnie cieszy mnie także widok Christophera Walkena oraz Florence Pugh jako Imperatora i jego córki. Choć nie kradną oni show swoją obecnością (co biorąc pod uwagę ich charyzmę przemawia tylko na korzyść reszty obsady), dobrze widzieć że ten ogromny świat zamieszkują jednak zdolni aktorzy. 

Sojusznicy Atrydy to oczywiście również zbieranina ogromnego talentu. O umiejętnościach Javiera Bardema nie trzeba nikomu przypominać, jednak co zaskakujące, Stilgar był tutaj entuzjastyczną przeciwwagą do powagi nadchodzącej wojny. Bije od niego ogromne ciepło (nawet jak na realia pustynnej planety) i troska zarówno o Fremenów, jak i prawdopodobnego zbawiciela. Nie jest to jednak tandetny comic relief godny słabszych filmów Marvela, a realny opiekun, który tylko umacnia pozycję Kwistaz Haderacha. Po drugiej stronie spektrum bliskich Paula znajduje się Lady Jessika, której rola bez problemu powinna stać się przepustką do sezonu nagród dla Rebeki Ferguson. Matka Atrydy jest tutaj bytem iście demonicznym, nie cofającym się przed niczym aby każdy pokłonił się jej potomkowi. Obserwowanie plecenia przez nią sieci intryg to prawdziwa uczta dla zmysłów, która mam nadzieję że zostanie doceniona przez odpowiednie kapituły. Jedyny potencjał, który został tutaj niestety zmarnowany to postać Chani. Jak na rozdartą emocjonalnie między miłością do Paula, a pragmatycznym wsparciem swojego ludu, Zendaya jest zaskakująco zachowawcza. Przez większość czasu ekranowego spogląda naburmuszona na Usula Muad’Diba, pozostawiając ewentualny konflikt wewnętrzny wyłącznie naszym domysłom. Ale hej, w imię wielkiej idei trzeba nieraz coś poświęcić.

Fotos z filmu “Diuna: Część druga” (fot. materiały prasowe Warner Bros.)

A tą wielką ideą w przypadku drugiej części Diuny jest święta wojna i jej rozmach. Każdy zaznajomiony z częścią pierwszą wiedział już doskonale, że pod względem designu i skali film Villeneuve’a jawi się jako dzieło kompletne i autorskie. Nie inaczej jest teraz. Każdy z elementów scenografii, środek lokomocji, kostium czy rekwizyt konsekwentnie współtworzy całość. Od niewielkich ceremonii, po monumentalne bitwy. Od pojedynków wręcz, po militarne oblężenia. Od biegu przez ruiny, po pełnoprawną szarżę na Czerwiach pustyni. Tutaj przepięknie wygląda dosłownie wszystko. A gdy dane Wam będzie oglądać to na największym osiągalnym ekranie feeria bodźców audiowizualnych wybije Wam z głowy pomysł o opuszczeniu sali. Przepadniecie w przepastnej głębinie wydm Arrakis i jeszcze będziecie się z tego cieszyć. 

Jak nietrudno domyślić się po poprzednich akapitach, Diuna: Część Druga to film wspaniały. Jest idealną odtrutką dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że dziś już nie robi się „takich filmów jak kiedyś”. Bez względu na to gdzie byście umiejscowili to enigmatyczne „kiedyś”, dzieło Villeneuve’a bez wątpienia może stawać w szranki z jego przedstawicielami. To idealny mariaż autorskiego kina (o którym autor marzył ponoć od wczesnego dzieciństwa) z pełnoprawnym blockbusterem. Możemy po cichutku naśmiewać się sprzed naszych klawiatur z reżyserów, którzy ciągle postulują powrót do sal kinowych i przywrócenia X muzie statusu sztuki, ale nie zmieni to faktu, że dzięki takim ludziom jak Denis Villeneuve wierzę w ten plan. Niech wiedzie kinomanów do sal, niczym Paul Atryda wiódł Fremenów ku ogrodom Arrakis, a ja podążę za nim.

Korekta: Krzysztof Kurdziej

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.