FelietonyPublicystyka

Animowane “Lighthouse”, czyli słodycz i gorycz życia na morzu [FELIETON]

Norbert Kaczała
Flapjack
kadr z serialu "Niezwykłe Przypadki Flapjacka" / fot. Cartoon Network

Chociaż tak jak Ephraim Winslow i Thomas Wake powoli zaczynam zapominać czy siedzę w domu już pięć tygodni czy dwa dni, staram się permanentnie zajmować czymś umysł. Odskakiwać od monotonii tkwienia w jednej lokacji i szukać kolejnych stymulantów. Od tego mam na szczęście szereg fantazji o niezwykłych przygodach, których nie mogę przeżywać, a gdyby skończyły mi się własne wymysły, mogę wybrać dzieła rewelacyjnych filmowców, które osłodzą mi te trudne i wymagające czasy.

Choć oczywiście mogę sięgnąć po uwielbiane przeze mnie Lighthouse, które właśnie zostało wydane na DVD i Blu Ray, jest jeszcze inna historia nadająca na tych samych falach, co dzieło Eggersa. Jeśli rzucone przeze mnie subtelne słowne tropy (przygody, osłodzić, fala) nie wystarczą, aby sprowokować Was do obejrzenia jednej z najbardziej zapomnianych kreskówek ostatnich kilku lat, pozwólcie, że nieco szerzej opowiem, dlaczego Niezwykłe Przypadki Flapjacka to małe arcydzieło, które nie ustępuje wspomnianej wcześniej premierze.

Lighthouse

Wiele lat temu, młody ówcześnie chłopiec o imieniu Thurop, znajduje się w zbliżonej do nas sytuacji. Dotknięty monotonią codzienności zaczyna snuć szereg fantazji o opuszczeniu wygodnickiego życia przeciętnego dzieciaka z Florydy i rozpoczęciu życia na bezludnej wyspie. Bez narzędzi i planu, mając za pożywienie tylko wodorosty i to, co uda mu się znaleźć i złapać. Jako że nieletnim nie pozwala się na takie eskapady, Thurop przechował w sobie tę wizję i zabrał ze sobą na California Institute of the Arts, gdzie w 2001 roku zaprezentował ją szefostwu Cartoon Network. Po odpowiednich poprawkach eskapistyczne marzenia Van Ormana przekształciły się w pomysł na serial animowany Niezwykłe Przypadki Flapjacka.

Opowiadały o kilkuletnim chłopcu, który wraz ze swoim mentorem Kapitanem Knykciem bardzo chce zostać marynarzem, mającym na koncie masę niezwykłych przygód, z odnalezieniem tajemniczej Cukrowej Wyspy na czele. Pomóc ma im w tym ich wieloryb i opiekun – Bańka, stanowiący jedyny głos rozsądku w trudnym i dziwnym świecie, gdzie ciężko dorastać takiemu malcowi jak Flapjack. Niestety, w tamtym czasie stacja telewizyjna nie była jeszcze gotowa na tak duży poziom surrealistycznej zabawy, jaką zaproponował twórca i odesłała go z niczym. Na szczęście Niezwykłe Przypadki Flapjacka nie były jedynym pomysłem Thuropa na siebie, co dało mu czas na zajęcie się innymi zawodowymi projektami. Na przestrzeni kilku kolejnych lat, miał on okazję sprawować funkcję scenarzysty oraz storyboardera przy takich klasykach jak Atomówki, Mroczne Przygody Billy’ego i Mandy czy Harcerz Lazlo. W międzyczasie pomysł dojrzewał i otrzymywał kolejne usprawnienia, dlatego, gdy Von Orman pojawił się na kolejnym spotkaniu z producentami już jako doświadczony twórca, dostał zgodę na realizację przygód Flapjacka.

Jak przytaczałem akapit wcześniej, serial opowiadał o małoletnim adepcie fachu poszukiwacza przygód, który raz za razem konfrontuje swój niewinny i nieco infantylny ogląd świata z jego realnymi zagrożeniami. Na swój sposób, pomaga mu w tym Kapitan Knykieć – obdarzony drewnianymi nogami i dłońmi marynarz, ze słabością do słodyczy i permanentnego lenistwa. Bohaterowie tworzą swoje idealne przeciwieństwa, co nieustannie tworzy fantastyczną dynamikę między postaciami. Bez względu na to, w jak absurdalne tarapaty wpadną, specyficzna przyjaźń między nimi sprawia, że uda im się ujść cało. W mniejszym lub większym stopniu…

Lighthouse

Oczywiście, jak zwykle bywa w przypadku tak specyficznej relacji, nie tylko młodszemu z marynarzy przyjdzie się nauczyć ważnych rzeczy. Po nosie dostaje się każdemu ze skąpców, leniuchów, mitomanów czy hedonistów, a remedium na wiele ludzkiego zła okazuje się zwykły dziecięcy optymizm. Proste? Jak najbardziej. Skuteczne? Ależ oczywiście. Dzięki temu Niezwykłe Przypadki Flapjacka są opowieścią niezwykle uniwersalną, zarówno dla młodego odbiorcy, jak i rodzica, które zerka niemrawo w kierunku telewizora nadającego kreskówki. Tym bardziej że scenarzysta często wykracza poza znany schemat ucznia i mentora. Flapjack mimo świadomości autorytetu jakim jest Kapitan Knykieć, regularnie jest w stanie zakwestionować jego decyzje. Często bywa głosem rozsądku w kontakcie z uzależnionym od cukru marynarzem, ale i samemu często porywa się z motyką na słońce. Pod wpływem awanturniczego impulsu naraża siebie i innych, byleby przeżyć niezwykłą przygodę. Niemniej jednak każdy z nich zawsze pod koniec odcinka orientuje się, co właściwie jest z nim i jego zachowaniem nie w porządku.

Wszelkie życiowe lekcje zostają unaocznione w niezwykle surrealistycznej i przyciągającej do ekranu scenerii. Warto nadmienić, że poza showrunnerem, w procesie tworzenia Flapjacka w formie, w jakiej jest znany dzisiaj, brał udział cały sztab młodych artystów, którzy z czasem zdefiniowali całą generację seriali animowanych. Należeli do nich, chociażby Pendleton Ward (Pora Na Przygodę, netflixowy Midnight Gospel), J.G. Quintel (Zwyczajny Serial) czy Alex Hirsch (Wodogrzmoty Małe). A jeśli macie choć marginalne doświadczenie z twórczością tych panów, wiecie doskonale, że nieobca jest im duża dawka nadrealizmu, czarnego humoru oraz niekonwencjonalnych rozwiązań wizualnych. Nie inaczej jest w dziele Von Ormana.

Całe Sztormowo, czyli miejsce, gdzie przyszło żyć głównym bohaterom, to przepastny katalog postaci specyficznych, przerażających, intrygujących i niejednoznacznych. Ciężko jest stwierdzić, kto jest sprzymierzeńcem naszych bohaterów, a kto chce im szkodzić. Jednak to właśnie ciągła analiza i możliwość chłonięcia niepodrabialnych indywiduów sprawia największą frajdę z seansu. Zapadające w pamięć postacie pokroju Portowej Wiedźmy, Miętówkowego Larry’ego ze swoją Słodziutką żoną, czy najbardziej enigmatyczny i niepokojący Golibroda sprawiają, że świat zamieszkiwany przez Flapjacka i Knykcia jest wiecznie żywy i barwny. Chociaż te barwy są dość monochromatyczne… Całość dodatkowo wsparta jest przez umieszczenie całości w końcówce XIX wieku, dzięki czemu wszechobecna „surowość” środowiska jest zgoła uzasadniona, a wiele problemów w ogóle może mieć miejsce.

Lighthouse
kadr z serialu “Niezwykłe Przypadki Flapjacka” / fot. Cartoon Network

Żeby dodać już i tak udziwnionemu światu kolejnej warstwy wymyślności, Von Orman postanowił kilkukrotnie poeksperymentować z animacją. Wracając niejako do początku historii rozwoju projektu, by odpowiednio sprzedać swoją wizję, reżyser zaprezentował włodarzom wizję, w której jego serial byłby animowany techniką poklatkową. Gdy pomysł odrzucono, Thurop zamierzał przeforsować zrealizowanie w ten sposób przynajmniej czołówki. Słysząc, że nie będzie na to czasu, budżetu i materiałów, Von Orman pokazał im gotowe intro, które zrobił własnoręcznie, z zakupionych za własny budżet materiałów. I choć postulat nr. 1 nie został poparty, tworzeniem czołówki studio już nie musiało się martwić. Jednak wykraczanie poza ogólnie przyjęte standardy animacji nie kończyły się na kilku drewnianych kukiełkach powracających kilkukrotnie na przestrzeni serialu. Von Orman upodobał sobie również sporadyczne atakowanie widza bardzo naturalistycznymi zbliżeniami i zmianą proporcji ciała przeróżnych bohaterów. Przez to z urokliwego i nieco dziwnego miasteczka, wkraczamy raczej w rejony malarstwa Egona Schiele.

Po co to wszystko? Te kilka tysięcy znaków? Nawet mi, autorowi tych wszystkich słów ciężko jednoznacznie stwierdzić. Bo ani z tego pełnoprawne ogłoszenie o premierze Lighthouse na nośnikach, ani recenzja Niezwykłe Przypadki Flapjacka, ani nawet nie złożony esej o korelacjach między jednym dziełem a drugim. Jednakże, jeśli chciałbym zostawić coś w umysłach moich czytelników, to przede wszystkim świadomość tego, jak silnie ze sobą związani są uwielbiany przez krytykę Robert Eggers i nieco zapomniany Thurop Von Orman. Obaj stworzyli przedziwną, marynistyczną opowieść, gdzie każdy kolejny segment jest dziwniejszy od poprzedniego, odrobili swoją wieloletnią, artystyczną i historyczną pracę domową, współzdefiniowali całe pokolenie młodych filmowców i skonfundowali masę widzów, rozkochując w sobie całą resztę. Nieśmiało zatem sugeruję, abyście w wolnej chwili wyruszyli na poszukiwanie odosobnionej wyspy pośrodku morza, gdzie stary wilk morski i jego protegowany dowiadują się czegoś o sobie.

Uzdolniony reżyser ukaże Wam wszystkie słodycze i gorycze życia i choć nieraz będziecie drapać się w głowę, obserwując kolejne kurioza, nie oderwiecie się od ekranu. Bez względu na to, czy zobaczycie na nim Roberta Pattinsona i Willema Dafoe, czy uroczego animowanego chłopca.

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.