FestiwaleFilmyRecenzje

“Oaza” – filmowa strefa komfortu [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Oaza
fot. CJ Entertainment

Istnieje wiele kategorii, które w subiektywnym odczuciu widza, mogą skutecznie zniechęcić go do seansu. Występ nielubianego aktora, kiepskie noty na ulubionym portalu, czy hipsterska potrzeba pójścia pod prąd. Osobiście mam ten problem z filmami dotyczącymi osób z fizycznymi bądź mentalnymi defektami. Nie wynika to z mojej wrażliwej psychiki, która nie potrafi dźwignąć cudzego nieszczęścia, a niechęci do żerowania na taniej sensacji. Czarno-białe postacie, klarowna i silna stygmatyzacja głównego bohatera, dukanie oczywistości o akceptacji, czekamy na nominacje. Mając przy sobie zestaw tych uprzedzeń, z nieukrywana ciekawością przystąpiłem do oglądania Oazy, który posiadał wszelkie znamiona by zarówno wpasować się w schemat, jak i zupełnie go zniszczyć.

Jeśli czegoś nauczyło mnie kino koreańskie, to przede wszystkim tego, że gatunek filmowy jest niezwykle elastyczną kategorią. Dlatego nawet łzawy melodramat może odwrócić świat diegetyczny o 180 stopni, by zaserwować widzowi coś, czego jeszcze nie widział. A gdy na stołku reżyserskim zasiada Lee Chang-Dong, niemal wypada oczekiwać podobnego finału. Jednak z przykrością stwierdzam, że Oaza nie różni się zupełnie niczym od wszystkich pozostałych historii o trudach bycia innym, jakie nieraz leciały w wieczornym paśmie telewizji publicznej. Z więzienia właśnie wyszedł Jong-du Hong, niepełnosprawny umysłowo młody mężczyzna, który próbuje odnaleźć się w otaczającym go świecie, niezbyt pozytywnie nastawionym ani do kryminalistów, ani do ludzi z zauważalnym deficytem.

Jedynym jasnym punktem na horyzoncie, zdaje się być cierpiąca na porażenie mózgowe młoda Gong-ju Han, do której główny bohater zaczyna żywić silne uczucie. I aby być zupełnie szczerym z osobą czytającą te słowa, nie powinienem pisać o fabule nic więcej, bowiem wszystkie możliwe punkty w scenariuszu, jakich możecie oczekiwać po takiej historii są tu obecne. Wszystkie wzloty i upadki, uniesienia i doły, czułości i agresje. Nie sądzę, że będzie to podejście zbyt cyniczne, jednak po filmie Lee Chang-Donga oczekiwałbym czegoś bardziej… wywrotowego. Mało tego, po filmie koreańskim w ogóle. Oczywiście, nie każdy reżyser z danego kraju to potencjalny laureat wszelakich nagród filmowych, jednak renomę buduje się na pewnych fundamentach. Gdyby była to chałtura robiona na potrzeby współczesnego giganta streamingowego, nawet nie wzruszyłbym ramionami. Ot, artysta musi mieć za co jeść i tworzyć kolejne dzieła. Jednak biorąc pod uwagę, że jest to w pełni autorska opowieść, stworzona zaraz po rewelacyjnym pełnometrażowym debiucie, nie potrafię zrozumieć dlaczego Chang-Dong zdecydował się na tak zachowawczą i nie oszukujmy się, banalną historię.

Przeczytaj również:  "Chilling Adventures of Sabrina" – część 3, czyli powrót nastoletniej czarownicy [RECENZJA]
Oaza
fot. CJ Entertainment

Na papierze jest to jednak sytuacja, z której da się sensownie wybrnąć. Wystarczy uniknąć kilku najbardziej zwietrzałych motywów i nadać całości trochę więcej odcieni szarości, co zapewne reżyser usiłował osiągnąć. Fakt, że główny bohater jest niegdysiejszym więźniem, który dodatkowo dopuszcza się na wolności kilku nadużyć prawa więcej, miała chyba zakwestionować naszą sympatię wobec niego. To wszystko jednak nie zdaje się na wiele, bowiem postacie na drugim planie okazują się jeszcze bardziej wyrachowanymi oportunistami, niż zapewne większość współosadzonych. Sytuacja bliźniacza do Johna Coffey, którego anielska aura biła jeszcze intensywniej na tle tych strasznych strażników i narwanych wieśniaków. Wiecie, żeby widz utwierdził się w przekonaniu, z którym rozpoczął seans. Nie chcemy przecież nikogo odstraszyć żadnym niuansem, czy wątpliwością odnośnie tego kto jest zły, a kto dobry.

To film z wszech miar męczący nie tylko z perspektywy widza, ale tym bardziej, recenzenta. Filmy dobre, potrafią wyciągnąć spod palców tysiące słów i dziesiątki stron opiewające nad filmową maestrią danego twórcy. Filmy złe również, jednak muszą one cechować się wtedy niemałą nieudolnością, by z zaangażowaniem można było rozpisywać się na temat wątłej kondycji współczesnego kina, w obronie którego trzeba stanąć. Z Oazą nie można zrobić podobnie. To film pozbawiony jakichkolwiek emocji, który nawet nie próbuje przekroczyć dolnej granicy przeciętności. Owszem, przyda się na lekcji etyki, żeby pouczyć niezaangażowaną młodzież, że zło jest złe, ale jeśli chcemy jakkolwiek spojrzeć w głąb psychiki nie tylko siebie, ale i bohaterów filmu, musimy szukać gdzie indziej. Miejsce filmu Chang-Donga jest gdzieś pomiędzy kolejnymi egzemplarzami Cudownego chłopca i w koszu z filmami po 5-10 złotych w znanym dyskoncie, gdzie po pobieżnym rzucie oka, nikt nie będzie o nim pamiętał.

Ocena

3 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Cudownego Chłopca", "Zagadkę Powdera", "Cyrk Motyli"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.