Advertisement
KomiksKultura

“Samotność Komiksiarza” Adriana Tomine – Komiks mi się nie podobał, a to jego [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Kadry z oryginalnego wydania "The Loneliness of the Long-Distance Cartoonist" Adriana Tomine

Po raz kolejny muszę poświęcić wolny dzień, usiąść do Worda i zrecenzować komiks, który dostałem. Niby fajnie, bo Kultura Gniewu wydaje głównie bardzo jakościowe rzeczy, ale jakoś… no nie mogę za bardzo. Adrian Tomine, więc powinno być super, ale jakoś mi się nie spieszy. Mógłbym przecież w tym czasie pisać własny scenariusz. Zwłaszcza że jak przeczytam jakiś kiepski, to mam ochotę zrobić lepszy. No bo pewnie umiem. Jezu… czy ja właśnie uznałem, że pisałbym lepiej niż Adrian Tomine? Nie, absolutnie, ale kurcze, w sumie może bym umiał? Się zobaczy kiedyś, ale teraz recenzję zrobię. Mam ambitny plan na taką przewrotną, pisaną w pierwszej osobie. Jak ten komiks tylko lepszą. Albo, chociaż porównywalną w formie i jakości.

Najlepiej jak zacznę tak jak zazwyczaj. Zarysuje wszystkim czytającym, o co z grubsza chodzi w fabule. Tym razem jest bezpośrednio o autorze. Jak to Tomine z małego dzieciaka, który zaczytywał się komiksami i sam zaczął je pisać, rysować i publikować. I to tyle od strony zarysu historii. Potem są różne migawki z życia Pana Adriana, poukładane chronologicznie. I na początku już się czułem w strefie komfortu, bo to trochę było jak o mnie. Dlatego teraz przecież pisze o komiksach, bo jak byłem mały, to chciałem je rysować i wymyślać. Plus był taki, że ze mnie się nikt nie śmiał, bo superbohaterowie i Kaczor Donald zawsze były super. Nawet jak ktoś ich nie czytał, to znał, chociaż. Dalej też jest życióweczka, bo tu jakieś szkice w zeszycie, jakieś pierwsze publikacje na łamach gazetki, czy tam inne konkursy. Różnica jest jednak taka, że ja (mam nadzieję przynajmniej), nie byłem taką jęczybułą. Nie oceniam, bo żaden ze mnie lew salonowy i mistrz charyzmy, ale nawet ja chodząc z Adrianem do klasy, chociaż raz bym mu odsunął krzesło, jak siadał.

Kadry z oryginalnego wydania “The Loneliness of the Long-Distance Cartoonist” Adriana Tomine

O tyle ciekawiej, że widać te małe kroki do kariery. Bardzo motywujące, bo koleś, za którego komiks dzisiaj płacę, też bardzo powolutku dochodził do jakiejś rozpoznawalności i renomy. Małej i lokalnej, ale zawsze coś. Ta konfrontacja, ze środowiskiem, gdzie za chwilę się przewinie Frank Miller czy inny Gaiman jest znowu bardzo znajoma, bo sam bym pewnie się cieszył jak głupi, że to ten człowiek co go znam. Łatwo sobie wyobrazić, że ja bym tak totalnie nie zrobił i pewnie bym nie zrobił, bo nawet z ambasadorem USA się witałem bez przypału. A Tomine spełniał i snuł te swoje monologi, że łojezu, ale super, pewnie jak wygram, to mnie pochwali, zostaniemy ziomeczkami itd. A tu zonk, bo przegrał i mu nazwisko przekręcili, przez co się prawie popłakał, a po drugie napisał w komiksie, jak się prawie popłakał i ja to musiałem czytać. No wstyd jak cholera. Szczery, ale wstyd. Nie no, ja bym na pewno nie płakał.

Przeczytaj również:  Z miłości do Fleetwood Mac – kilka słów o Christine McVie

 

A jak mówimy o tych wstydliwych fragmentach, to najgorsze jest to, że tam nie ma innych. Chwilowa sympatią do tej neurotycznej pierdoły, jaka czułem na początku, idzie w diabły, bo on narzeka, narzeka i narzeka, a potem mi się udziela i mam ochotę go zostawić w cholerę w tej kawiarence, co se siedzi czy gdzie akurat mu znowu coś nie wyszło. Wiem, że to się nazywa “Samotność Komiksiarza”, a nie “Sukcesy i Zwycięstwa Adriana Tomine” ale nawet ja na etapie bycia smutnym nastolatkiem nie miałem się za taką niedojdę jak Tomine ma się teraz. Może byłem, ale to się przepracowuje. I mam nadzieję, że po to jest ten komiks. Żeby sobie spojrzeć na te chwile, które wracają do człowieka, jak już chce na siłę zasnąć wcześniej, żeby zdążyć na pociąg i uznać że było minęło. Trzymam kciuki za to, ale jak znam życie i Adriana (a czuję, że już go znam) to jednak nie. Na spotkaniach autorskich będzie mówiłem z niezręcznym uśmieszkiem, jak bardzo on wie, że jest pierdoła, no ale co poradzić hehe. No zajebiście śmieszne… Może jestem męczący, ale chociaż wiem, że jestem. Brawo Adi, znów Ci się udało.

Kadry z oryginalnego wydania “The Loneliness of the Long-Distance Cartoonist” Adriana Tomine

Żeby wejść jeszcze bardziej w buty Tomine, to poza ciągłym poprawianiem sobie własnych scenariuszy, specjalnie zacząłem pisać te recenzje inaczej. Siedzę sobie właśnie u teściów, jak jest chwila pauzy, łapię chwile ulotne jak ulotka, bo ulotne chwile łapią jak fotka i na gorąco, albo letnio ze wskazaniem na ciepło spisuję, co myślę. Bo dopiero niedawno przeczytałem komiks. A jeszcze bardziej niedawno zebrałem się, by o nim zapisać. Bo taka to jest Samotność Komiksowego Recenzenta. Pełna przyznawania się, że się nie chce, że coś Cię wkurza, że byś poszedł spać albo się schował pod kocyk, bo co przykro. Ale gdybym miał każda recenzje pisać w ten sposób, to bym na głowę dostał i byłoby mi przykro, że musicie to czytać, bo pewnie głupio wyszło. I bym skończył jak Tomine! Znowu! Cwaniak cholerny… Wrócę do domu, wrzucę to w panel na stronę, poczekam na korektę i nie będę czekał z zapartym tchem, co gawiedź pomyśli. Tak se wymyśliłem, to muszę to przyjąć do siebie. Nawet jako introwertyczna gamalejza pokroju Adriana Tomine, tylko zupełnie jeszcze nieznana. Ale jak już znany będę, to obiecuję nie pisać takich smętów.

Przeczytaj również:  Z miłości do Fleetwood Mac – kilka słów o Christine McVie

 

“Samotność Komiksiarza” to taki brulion z poezją, który od lat zalega w szufladzie i nawet żonie czy kumplom się wstydzisz pokazać. Bo się już  zmieniłeś, bo kiczowate i krindżówa, a w ogóle to sam wiesz, jakie były kiepskie. Tylko jakbyś wiedział, to byś nie wydał. A tu proszę. I co? Nie wiem.

Zmierzam do tego, że mi się nie podobał. I już sprzedałem.

Kalisz, grudzień 2022

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.