Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką: „Planeta skarbów” (2002)

Norbert Kaczała
Grafika autorstwa Marysi Posiadało
Grafika autorstwa Marysi Posiadało

Bez względu na to, jak krytyczni wobec Walt Disney Studios mogą być obecnie kinomani na całym globie, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy potędze, jaką było i wciąż jest studio Myszki Miki. Tym bardziej nikt nie zdobędzie się na polemikę z faktem, że animacje w nim stworzone kształtowały gusta odbiorców przez wiele dekad i słusznie obrosły niemałym kultem. Oczywiście, jak na wielką firmę przystało, nie obyło się tutaj bez wielu artystycznych, wizerunkowych czy finansowych porażek i o jednej z nich zamierzam dzisiaj opowiedzieć. Sceptyków na wstępie uspokajam, że jedyną porażką, jaką okazała się Planeta skarbów jest wynik w box-office, bowiem nikt nie powinien podważać maestrii jednej z najlepszych animacji Disney’a. Prześledźmy zatem, jakim cudem takie arcydzieło zostało zignorowane.

Cofnijmy się pamięcią do lat 80-tych XXI wieku, kiedy to reżyserzy tematu dzisiejszego tekstu – Ron Clements i John Musker po raz pierwszy zaprezentowali swój pomysł na Wyspę skarbów w kosmosie (pod takim chwytliwym tytułem na początku funkcjonował projekt) Michaelowi Eisnerowi. CEO Walta Disney’a niemal natychmiast odrzucił projekt, koncentrując swoją uwagę na drugiej propozycji wspomnianego duetu, czyli Małej syrence. Ta oczywiście powstała, zyskując powszechne uznanie fanów i krytyków, co z pozoru mogło ułatwić Clementsowi i Muskerowi przeforsowanie swojego pomysłu. Niestety nieugięty Jeffrey Katzenberg, szef działu animacji, również odmówił, powierzając duetowi kolejną animację – Alladyna. Ku zadowoleniu zarządu, film odniósł niemniejszy sukces, rozkręcając na nowo dział animacji w Disney’u, który jeszcze niedawno ledwo zipał po niektórych finansowych wpadkach. Czy zatem taki sukces wystarczył aby przepchnąć ich wymarzony projekt? Oczywiście że nie, ale w swojej niezmierzonej łasce Katzenberg obiecał, że jeśli po raz trzeci uda im się skraść serca i portfele fanów studia, dostaną swoją szansę. Na ekrany kin wszedł Herkules, któremu choć można sporo zarzucić, bez wątpienia zarobił na siebie. Słowo się rzekło, pora wyruszać na Planetę skarbów.

kadr z filmu planeta skarbów
fot. „Planeta skarbów” / materiały prasowe The Walt Disney Company

Jednak sam pomysł to trochę mało, aby zdobyć zaufanie studia budującego swoją popularność na familijnym i ciepłym klimacie roztaczającym się wokół ich produktów (powszechnie zwanych filmami). Trzeba było zrezygnować z chłodnej i metalicznej otoczki, stereotypowo kojarzonej z kinem science-fiction, ale i nie popaść w infantylność jak w rosyjskim filmie Planeta skarbów z 1982 roku. Twórcy zdecydowali się na nietuzinkową opcję pożenienia wiktoriańskiej estetyki z futurystycznymi możliwościami. Dzięki temu zachowamy pewien retro urok oryginalnej powieści przygodowej, mogąc tym samym poszaleć przy modyfikacjach elementów świata przedstawionego. Mówiło się tutaj o „zasadzie 70/30”, gdzie większa liczba oznaczała procentowy udział elementów z epoki, a mniejsza technologiczne usprawnienia. Jednak aspiracje Clementsa i Muskera nie kończyły się na silnikach rakietowych wmontowanych w żaglowce. Aby oddać ducha twórców, którymi się zainspirowali (Stephena Spielberga i Jamesa Camerona rzecz jasna), należało nadać animacji odpowiedniego tempa i dynamiki. Nie chcemy przecież sunąć w żółwim tempie przez jałową i głuchą przestrzeń kosmiczną. Na szczęście Disney miał pod ręką odpowiednią technologię. Na potrzeby Tarzana z 1999 roku stworzono Deep Canvas, czyli program pozwalający łączyć modele 3D z ręcznie malowanymi grafikami. Na przygotowaną sekwencję trójwymiarową, nakładano „płaską” animację postaci oraz fakturę obiektów, co mogliście widzieć choćby w scenie ślizgania się po skręconych gałęziach we wspomnianym filmie. Tutaj pozwala to prześledzić niesamowite ewolucje Jima Hawkinsa na desce solarnej, niebezpieczne ucieczki z sideł czarnej dziury, czy pościg po tytułowej planecie. Niestety złożony proces produkcji przełożył się na kolosalny budżet, czyniąc Planetę skarbów najdroższym filmem animowanym w historii. Tytuł do dzisiaj nie został pobity.

Ale o czym właściwie jest film Clementsa i Muskera? Jim Hawkins to niepokorny młody chłopak, który co chwile pakuje się w jakieś kłopoty. Ta znacząco nadwyręża jego relacje z kochającą matką i przyjacielem rodziny, doktorem Dopplerem. Pewnego dnia, do gospody prowadzonej przez kobietę trafia śmiertelnie ranny żeglarz – Billy Bones, który w ostatnich chwilach życia wręcza młodzieńcowi tajemniczą mapę. Tropem mężczyzny podążają jednak piraci, którzy niszczą dom Hawkinsów, a rodzinie cudem udaje się uciec. Jak nietrudno się domyślić, mapa wskazuje drogę do tytułowej planety pełnej skarbów legendarnego Kapitana Flinta, za które można odbudować spaloną gospodę Hawkinsów. Doktor Doppler łoży zatem na wyprawę, gdzie pod dowództwem Kapitan Amelii bohaterowie zamierzają odnaleźć astronomiczną fortunę. Każdy zaznajomiony z oryginalną powieścią Stevensona wie doskonale, że załoga statku RLS Legacy składa się z zakonspirowanych piratów, którzy chcą zgarnąć łup Flinta dla siebie. Na ich czele stoi John Silver, cyborg pełniący rolę okrętowego kuka, który z czasem stanie się kimś niezwykle istotnym dla młodego Jima. Disney’owska wariacja zmienia w powieści nieco więcej niż tylko sposoby napędzania środków transportu. Przede wszystkim, wiele różnic odnosi się do naszego głównego bohatera. W pierwotnym założeniu Jim był pogodnym kilkulatkiem z obojgiem rodziców czekających na niego w domu. Jednak scenarzyści uczynili z niego niepokornego nastolatka, co często odbierane było jako wada. W końcu znacznie łatwiej jest odczuwać zagrożenie, gdy ważą się losy małego i niewinnego dziecka, w kontrze do zaradnego łobuziaka. Jednak zmiana ta okazała się niezwykle korzystna dramaturgicznie, pozwalając bohaterowi przejść sporą przemianę. Pozbawiony ojcowskiej figury Hawkins, odnajduje emocjonalne oparcie w niejednoznacznym moralnie cyborgu. Wilk morski (czy raczej eterialny, wszak to właśnie mianem eterium określa się tu bezmiar kosmosu) ma za sobą szereg trudnych doświadczeń, co idealnie rezonuje z chłopakiem, szukającym swojego miejsca na świecie. Silver poświęcił swoje ciało w pogoni za snem, pokazując Jimowi, że życie nie bywa łaskawe dla ambitnych i niepokornych, ale nie powstrzymuje go to w robieniu swojego i ciągłym parciu naprzód. To lekcja, której nikt nigdy nie przekazał młodzieńcowi, będąca głównym paliwem napędowym dla jego działań. Ten mariaż bólu i dziecięcej niewinności został zainspirowany przez… Jamesa Deana. Temperament, postura, nawet nonszalancko narzucona na grzbiet kurtka w pierwszych scenach filmu.

Przeczytaj również:  „Frontier” - o idealistach i nadziei w bezdusznym, korporacyjnym świecie przyszłości [RECENZJA]
kadr z filmu planeta skarbów
fot. „Planeta skarbów” / materiały prasowe The Walt Disney Company

Wątek rodzinny jest w tym filmie bez wątpienia najistotniejszy. Pamiętać musimy, że Jim nie wyruszył po skarb z egoistycznych powodów. Cała eskapada ma miejsce tylko dlatego, że chce on zrekompensować swojej matce wszystkie wyrządzone krzywdy i pokazać, że stać go na bycie kimś więcej. Nawet dziecięca wręcz potrzeba wyruszenia na przygodę ma swoje uzasadnienie w relacji z matką. W pierwszej scenie filmu słyszymy powszechny w filmach Disney’a głos narratora, wyjaśniający nam okoliczności w jakich rozgrywać się będą przedstawione wydarzenia. Jednak nie jest to wszechwiedzący, bezosobowy narrator, a faktyczny lektor obecny w holograficznej książce, którą po nocach czyta kilkuletni Jim. Jego monolog przerywa pojawienie się mamy chłopca w drzwiach jego pokoju, która po chwili negocjacji dołącza do wspólnego seansu. Choć świadoma fikcyjności prezentowanych wydarzeń, nie odziera synka z marzeń o odnalezieniu skarbu. Przyznaje, że sama nie wie czy planeta istnieje, podtrzymując pragnienie kilkulatka przy życiu. Ta malutka scena pięknie nakreśla miłość jaką darzy się ta dwójka. I choć najpiękniejsze przejście montażowe w historii animacji zabiera nas kilka lat w przyszłość, gdzie Jim nie jest już sepleniącym berbeciem, nie ulega wątpliwości, że wciąż kocha swoją mamę. Po prostu ilość problemów przez jakie przechodzi utrudnia mu wyrażenie swoich emocji w czytelny sposób. Wie natomiast tyle, że chciałby dać jej powód do dumy, której sam nie odczuwa wobec siebie. Zwłaszcza po tym, jak ich dom rodzinny doszczętnie spłonął, za co Jim się obwinia.

Przezwyciężanie własnych słabości nie dotyczy oczywiście tylko naszego głównego bohatera. Niemal każdy z bohaterów pozytywnych przechodzi tutaj pewną przemianę. Fundator całej wyprawy, czyli doktor Doppler, prezentuje się nam jako dość stereotypowy naukowiec. Wątłej budowy samotnik, z sercem na dłoni, topornym żarcikiem i znikomymi umiejętnościami interpersonalnymi. Widzieliśmy to już nieraz. Ale gdy wyprawa staje się coraz bardziej niebezpieczna, Delbert będzie musiał odnaleźć w sobie śmiałość i zdolności przywódcze. Odkrywanie nieznanego nie będzie się już odbywało tylko w zaciszu domowej biblioteki, a pośród bezmiaru eterium, gdzie czasem nikt nie da rady ci pomóc. Zostaje zatem poradzić sobie samemu. Nie inaczej sprawa ma się z Kapitan Amelią. Profesjonalistka i perfekcjonistka, która panuje niemal nad wszystkim i wszystkimi na pokładzie RLS Legacy. Może z wyjątkiem buntu wszczętego przez ukrytych pośród załogi piratów… Niestety przez rany poniesione w walce będzie musiała nauczyć się oddać komuś ster. Dosłownie i w przenośni. Będzie musiała zaufać komuś, kto nie sprawdził się jeszcze w boju, ale ma bystry rozum i serce po właściwej stronie. Najbardziej niejednoznaczny jest oczywiście John Silver, który w trakcie całego sjużetu będzie w tę i nazad zmieniał się z bohatera w złoczyńcę. Rygorystyczny i nieco rubaszny marynarz stanowi jedyny zamiennik ojca dla młodego Jima, za co należy mu się pewien poklask. Jednak gdy okazuje się, że to on puścił z dymem gospodę pani Hawkins, zamierzając zagarnąć skarb dla siebie, coraz trudniej z nim sympatyzować. Zarówno my jak i Jim otrzymujemy co chwilę sprzeczne sygnały, nie wiedząc, ile prawdy jest w zachowaniach i słowach Silvera. Ale biorąc pod uwagę w jakim stanie psychicznym jest nasz główny bohater, żadna z jego wątpliwości nas nie dziwi. Bo niby dlaczego tak nieposłuszny chłopak, miałby dostać od kogokolwiek słowa wsparcia? Przecież całe życie sprawiał problemy, nikt w niego nie wierzył, a wszelakie plany legły w gruzach. Ile prawdy jest w słowach starego marynarza o blasku, który kiedyś będzie roztaczał Jim? Jakim cudem ktoś tak doświadczony przez życie, może widzieć w nim potencjał na bycie kimś więcej? Niby dlaczego chciałby być świadkiem sukcesu chłopaka?

Przeczytaj również:  „W głowie się nie mieści 2” – Pixar wraca do gry! [RECENZJA]
kadr z filmu planeta skarbów
fot. „Planeta skarbów” / materiały prasowe The Walt Disney Company

Wątpliwości te wybrzmiewają również w jedynej piosence, którą usłyszycie w trakcie całego filmu. Zarówno wersja śpiewana przez Johna Rzeznika jak i Norberta Śliwkę (w tłumaczeniu Janusza Onufrowicza) pełna jest młodzieńczego gniewu, ale i pasji nieadekwatnej do zastanego świata. Jednak to nasza wersja językowa dodaje jedno kluczowe słowo, którego nie znajdziecie w oryginale. Szczęście. W wykonaniu Śliwki słyszymy, że Jim chce znać szczęścia smak. I oczywiście, możemy zrzucić to tylko na niuanse sztuki translatorskiej, ale warto odnotować że John Rzeznik ani razu nie mówi o szczęściu podmiotu lirycznego. Jim podkreśla, że jest mężczyzną, nie słucha rad innych i chce doświadczyć czegoś prawdziwego, nawet mimo tego, że wszyscy kłamią. Ale w tym samym czasie, mówi że chce przynależeć, a nawet pyta czy słuchacz jest w stanie pomóc mu stać się mężczyzną. Hawkins jest świadom swojego potencjału i choć świat nie działa zbyt dobrze, głęboko wierzy, że jest w nim ktoś, kto wyciągnie do niego pomocną dłoń. Przed skokiem w nieznane czasem potrzebny jest ktoś, kto nas delikatnie popchnie. Mówcie co chcecie, ale każdy z nas był kiedyś w tym położeniu. Gdzie w pełni świadomości swoich sił sprawczych, chcielibyśmy usłyszeć to jedno, konkretne „dasz radę”. I dopiero wtedy faktycznie to zrobimy. Nawet jeśli nie da to nam od razu wspomnianego szczęścia, udowodnimy coś jedynej osobie, której faktycznie chcemy coś udowodnić – samym sobie. I w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że każdy z Was, tak jak Jim Hawkins, jest kimś. Nawet jeśli ludzie mówią i kłamią a życie podobno to sen. Bo ja wierzę w marzenia i w to, że czego pragniecie ma sens.

Planeta skarbów do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych i najważniejszych filmów. Zaryzykuję też stwierdzenie, że jest również jednym z najmądrzejszych, jakie wypuścił Disney. Gdyby jednak wszechobecne motywy walki o swoje marzenia, samoakceptacji, pokonywania fizycznych i mentalnych barier oraz naprawiania wyrządzonych krzywd nie wybrzmiały dość dobrze, weźcie pod uwagę jeszcze jedną rzecz. Pomysł Clementsa i Muskera odrzucono przez władze Disney’a co najmniej trzykrotnie. Koszty jego produkcji do dziś nie zostały pobite przez żaden inny film animowany. Poniósł katastrofalną porażkę w box-office. Projekty i plany na sequel zostały niemal natychmiastowo pogrzebane. Ale mimo to, z biegiem lat został jedną z najbardziej cenionych przez fanów animacją studia. Klasyką, można by rzec. I tak jak Jim Hawkins próbujący odnaleźć swój cel życiowy, tak reżyserzy Planety skarbów również musieli uwierzyć, że są kimś.


korekta: Krzysztof Kurdziej, Anna Czerwińska

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.