Advertisement
PublicystykaWywiady

„Byłam postacią rozjaśniającą ten mroczny świat” – Rozmawiamy z Mary Pawłowską [WYWIAD]

Norbert Kaczała
Wielka Warszawska
fot. „Wielka Warszawska” / materiały prasowe Next Film

Na platformie Canal+ niedawno pojawił się drugi sezon Klangoru, dopiero co skończyła się serialowa Czarna śmierć od TVP, a w kinach właśnie rozpoczyna się Wielka Warszawska. Wszystkie te produkcje łączy nasza dzisiejsza rozmówczyni, dla której rola w filmie Bartłomieja Ignaciuka jest kinowym debiutem. Mary Pawłowska opowiada nam o swojej koniarskiej przeszłości, pracy z aktorskimi autorytetami oraz realizacji filmowych marzeń.


Norbert Kaczała: Jakie uczucie towarzyszą Ci przed debiutem na oczach całego kraju?

Mary Pawłowska: O wow, to jest mocne pytanie, pięknie skonstruowane. To jest mieszanka ogromnej ekscytacji i potężnego stresu. Cieszę się, że widziałam ten film już w całości na festiwalu w Gdyni, wiem, czego się spodziewać. No i nie mogę się absolutnie doczekać. Mam wspaniałą rodzinę i wspaniałych przyjaciół, którzy codziennie mi przypominają o tym, ile dni zostało do premiery. To jest bardzo piękne i jestem ogromnie ciekawa tego, jak ten film zostanie odebrany. Mnie się go bardzo dobrze oglądało i uważam, że jest to naprawdę dobry film nie tylko dla ludzi, którzy interesują się wyścigami konnymi czy w ogóle końmi.

NK: Do kwestii potencjalnego zainteresowania końmi jeszcze przejdziemy. Mogę też nadmienić, że sam jestem w gronie jego fanów, bo bawiłem się na nim naprawdę świetnie. Powiedz mi proszę swoimi słowami, kim właściwie jesteś w Wielkiej Warszawskiej?

MP: Moja postać nazywa się Ewa Kłos. To jest taka miła, wspierająca dziewczyna z sąsiedztwa. Przyjaciółka Krzyśka, która jest dla niego ogromnym wsparciem. Bardzo namawia go do tego, żeby nie rezygnował ze swoich marzeń, pomimo tego, że większość ludzi naokoło mówi mu, że to, o czym marzy, jest niemożliwe do zrealizowania. A Ewa jest tą osobą, która go ciśnie, która mówi: „Krzysiek, spróbuj, co ci szkodzi”, jako że sama też ma ogromne marzenia. W sumie bardzo podobne do tych Krzyśka, bo też chciałaby być dżokejką, też trenuje. Tak bym w skrócie tę postać opisała. Bardzo waleczna, odważna, wspierająca, dobra przyjaciółka.

NK: Ale wykraczasz jednak trochę poza ramy zwykłego love interest dla głównego bohatera, prawda?

MP: Tak, myślę, że tak. To jest ten piękny rodzaj relacji, który zaczyna się od przyjaźni. I oni rzeczywiście na samym początku są już sobie bliscy, a później rodzi się jakieś głębsze uczucie. Krzysiek od dawna coś do Ewki czuje, ona tak udaje, że nie, że wcale, w ogóle nie jest nim zainteresowana, że przecież jest tylko przyjaciółką… Tam są te tak zwane – o, teraz będzie żarcik – tam są końskie zaloty ze strony Krzyśka. Non stop praktycznie, które Ewka próbuje ukracać i tępić. Gdzieś tam chyba w głębi serca też coś czuje i może wstydzi się po prostu do tego przyznać.

NK: Czyli Krzysiek to jest ten typowy kolega, którym nie trzeba się martwić.

MP: (śmiech) Tak, dokładnie, dokładnie tak.

NK: Praca nad Warszawską to jest już twój drugi projekt, który realizowałaś z Bartkiem Ignaciukiem. Jak ta współpraca się układa albo czym różni się między serialem a filmem?

MP: Wielką Warszawską robiliśmy na początku. To była pierwsza rzecz, którą zrobiłam z Bartkiem. Potem tak naprawdę od razu przeszłam zdjęcia do Pati, do serialu. Kurczę, nie mam jakiegoś takiego poczucia, że ta praca na planie filmu, a praca na planie serialu się jakoś bardzo różni. Pati jest produkcją premium, tam rzeczywiście była bardzo ważna dbałość o każdą ze scen. To nie była taka taśmowa produkcja, gdzie musielibyśmy jak najwięcej nakręcić w ciągu dnia, tylko każdej scenie poświęcaliśmy parę godzin i była to bardzo skrupulatna praca. Z Bartkiem pracowało mi się wspaniale. To jest cudowny człowiek, bardzo skromny, bardzo ciekawy i bardzo wspierający. Ja o tym co prawda cały czas mówię, ale rzeczywiście jestem z natury raczej nieśmiałą osobą i też wchodząc na plan Wielkiej Warszawskiej, pierwszego mojego filmu, byłam bardzo niepewna. Oczywiście bardzo się cieszyłam, że mogę być w tym miejscu, że mogę robić taką rzecz, ale jak dostałam pierwszego maila z obsadą, to byłam jednocześnie bardzo podekscytowana, a z drugiej strony przerażona. Jakim cudem ja mam za chwilę wylądować na planie z tak wielkimi nazwiskami? Z ludźmi tak utalentowanymi, których podziwiam na ekranie i którzy są dla mnie niesamowitymi autorytetami. I pamiętam, że właśnie Bartek był w tym wszystkim bardzo wspierający i sprowadzał mnie na ziemię, oswajając z tą sytuacją. Był bardzo ciekawy moich pomysłów, ale z drugiej strony nie było tak, że akceptował każdą z moich propozycji. To była rzeczywista dyskusja na temat konkretnych scen, gdzie wymienialiśmy się konkretnymi pomysłami i wspólnie jakoś dochodziliśmy do najlepszych rozwiązań. Więc była to cudowna współpraca i ja po prostu wiem, że nie mogłam wymarzyć lepszego debiutu w lepszym gronie.

NK: Czyli z jednej strony profesjonalizm i traktowanie jak równy z równym, ale z drugiej strony czułaś się otoczona pewną opieką merytoryczną?

MP: Tak, absolutnie! To właśnie jest to piękne połączenie, o którym mówisz. Profesjonalizm, ale z drugiej strony wiedziałam, że wszyscy, w tym właśnie Bartek, bardzo o mnie dbają i bardzo chcą, żebym czuła się dobrze i żebym była zaopiekowana.

„Klangor”
Kadr z drugiego sezonu serialu „Klangor” / fot. Jarosław Sosiński

NK: Presja towarzyszyła ci przez cały czas, czy reszta obsady też przyjęła cię do swojego grona, żeby pracować z „nową” jak równy z równym?

MP: Cała obsada była bardzo wspierająca, ale presja i tak towarzyszyła cały czas. Taka, którą ja sama sobie narzucałam. Bo rzeczywiście każdy próbował mi udowodnić na każdym kroku, że jestem tak samo ważna. I pamiętam, że super ekscytującym momentem było dla mnie poznanie Tomasza Kota, który też jest dla mnie ogromnym autorytetem. Zimna wojna to jeden z moich ulubionych filmów, więc możliwość spotkania się z takimi osobami na planie była wspaniała. A Tomek też jest cudownym człowiekiem prywatnie i burzył ten potencjalny dystans oraz poczucie, że ktoś jest wielkim aktorem, a ja jestem tylko młodą studentką, debiutantką. W ogóle ani przez moment nikt nie dał mi poczuć różnicy w doświadczeniu. Naprawdę wspaniale trafiłam.

NK: Bez wątpienia najważniejszym partnerem ekranowym był Tomek Ziętek, z którym dzielisz najwięcej scen. Jak to wyglądało to z perspektywy budowania wzajemnej relacji i chemii między wami?

MP: Będę chyba mówić w samych superlatywach, ale to jest wszystko bardzo szczere. Z Tomkiem też pracowało mi się wspaniale i faktycznie dzieliłam z nim praktycznie wszystkie sceny. Był bardzo wspierający na każdym etapie. Namawiał mnie do tego, żebym proponowała swoje pomysły, także wtedy, gdy coś mi nie wychodziło. Pamiętam, że jak nagrywaliśmy sceny na bankiecie po wyścigu, to strasznie trudne było dla mnie skoordynowanie wszystkich uwag, które dostałam od operatora, od szwenkiera, od reżysera. To była mieszanka uwag typowo aktorskich z uwagami dotyczącymi stania w pozycji. Mieliśmy tam z Tomkiem taką scenę, że przechodziliśmy obok szwedzkiego stołu i każdy z nas sobie coś tam nakładał. Jednocześnie prowadziliśmy rozmowę, która od początku była trochę podszyta zazdrością i coś wisiało w powietrzu. Trzeba więc było zagrać początek kłótni, który potem ewoluuje do takiej małej awantury. Także rzeczy, powiedzmy, wymagające, jeśli chodzi o grę aktorską, a z drugiej strony dostawałam prośby od szwenkiera, żeby trzymać odległość, załóżmy, 12 cm od tego szwedzkiego stołu. Musieliśmy się więc poruszać, nakładać sobie dokładnie te same dania w każdym dublu, w tej samej kolejności, jednocześnie grając tę awanturę i jeszcze trzymając pozycję, więc to było dla mnie bardzo skomplikowane. Pamiętam, że się tym strasznie stresowałam i tylko się nakręcałam bardziej, że to mi musi wyjść, przez co na przykład zapominałam tekstu, czy robiłam małe pomyłki. I ważne, że Tomek wtedy też powiedział mi coś stylu: „Mary, weź, w ogóle się nie stresuj. Ludzie potrzebują często naprawdę lat doświadczenia, żeby skoordynować te wszystkie rzeczy, a i tak nie każdy jest w stanie się tego nauczyć, więc w ogóle wyluzuj. Odpuść, weź dwa głębokie oddechy i wszystko sobie samo pójdzie, tylko nie nakładaj sobie presji sama”. I rzeczywiście – jak usłyszałam coś takiego od osoby, którą bardzo szanuję i którą cenię, to jakoś automatycznie mi ten stres odpuścił. Tomek był naprawdę wspierający na każdym kroku i to było cudowne. Jest też świetnym człowiekiem prywatnie i jest znany z tego, że bardzo rozluźnia atmosferę na planie i rzuca żarcikami z rękawa non stop. To jest przepiękne. Naprawdę myślę, że on trochę jest filarem tej Wielkiej Warszawskiej. Tej dobrej atmosfery na planie.

NK: Tutaj poza całą obsadą, partnerowała ci jeszcze mała plejada zwierzęcych gwiazd. Jak wyglądała kwestia koordynacji tego wszystkiego? Głównie chodzi mi o kwestię zaplecza technicznego, jaką opieką były te zwierzaki otoczone i jak wyglądał cały ten proces?

MP: Ja miałam jedną taką scenę, gdzie jeździłam konno i to jest scena otwierająca film, w której galopujemy po plaży i nakręcenie tego było rzeczywiście skomplikowane. Po pierwsze nagrywaliśmy tę scenę o wschodzie słońca, więc nie mieliśmy dwóch godzin na to, żeby to zrobić, bo światło się zmienia z minuty na minutę. Dostaliśmy dosłownie pół godziny, maks czterdzieści minut na zrobienie kilku takich przejazdów i kilku dubli. To było trudne pomimo faktu, że to jeździliśmy tam na koniach kaskaderskie, z którymi my pracowaliśmy już wcześniej – one były specjalnie pod nas dobrane. Każdy z nas wiedział już na etapie treningów, na którym koniu będzie jeździł. I pomimo tego, że właśnie były to zwierzęta kaskaderskie, to nie były przyzwyczajone do takich warunków. Nie znały morza, tego szumu fal, tak silnego wiatru i trochę się tego bały. Więc kaskaderzy bardzo też o nie zadbali, byli na planie odpowiednio wcześniej i sami pokonali tę trasę wzdłuż brzegu morza. Oswoili je z tą stresującą dla nich sytuacją. Wiadomo było, że to dla nich stresujące, ale były otoczone ogromną opieką, do każdego konia był przyporządkowany przynajmniej jeden kaskader który się nim zajmował.

NK: Ale tutaj zakładam, że przydał się trochę twój osobisty background, bo z tego, co zdążyłem się dowiedzieć z udzielonych już wywiadów, sama masz koniarską przeszłość i fascynację. Czy możesz rzucić na to trochę więcej światła?

MP: Tak, tak, mam koniarską przeszłość. (śmiech) Rzeczywiście jako mała dziewczynka uwielbiałam konie i jeździłam bardzo dużo. Mamy taką rodzinną działkę pod Warszawą, na którą zawsze jeździliśmy w wakacje. Niedaleko tej działki była właśnie stadnina, w której jeździłam regularnie i każde wakacje spędzałam na koniach. Więc myślę, że to doświadczenie trochę mi pomogło. Pomimo tego, że miałam potem jakąś pięcioletnią przerwę od jeżdżenia konno, to okazuje się, że ciało wszystko pamięta. Te wyjeżdżone wcześniej godziny, tygodnie na koniach mi pomogły, bo rzeczywiście robiłam to automatycznie. To trochę tak jak z jazdą na rowerze – moje ciało pamiętało dokładnie, jak się ustawić, jak tym konikiem kierować. Też chyba przede wszystkim dzięki temu doświadczeniu nie bałam się tych zwierząt. Byłam z nimi oswojona, wiedziałam, że strach to jest tak naprawdę najgorsze, co może się przytrafić, bo konie wyczuwają stres i same zaczynają się stresować, jak wiedzą, że jedzie na nich człowiek, który jest cały spięty. Także myślę, że bardzo mi pomogło to doświadczenie z dzieciństwa. Przy okazji spełniłam też marzenie, bo był to przepiękny powrót do dawnych lat. Ja jako mała dziewczynka bardzo marzyłam o tym, żeby mieć swojego własnego konia, żeby się nim opiekować. Ta moja mała dziewczynka we mnie, moje wewnętrzne dziecko zostało bardzo zaopiekowane i spełnione.

Przeczytaj również:  Najlepsze filmy 2025 roku | Ranking TOP 20 redakcji Filmawki

NK: To też się ładnie zgrywa z pierwszą sceną, o której mówisz. Kilkuletnia Mary wyobrażająca sobie, że jedzie konno wzdłuż brzegu morza, kiedy słońce się dopiero wyłania zza horyzontu, a ty pędzisz ze swoim potencjalnym obiektem westchnień w nadziei, że może zdobędziesz jego serduszko i wygracie wkrótce wielki wyścig. To musi być prawdopodobnie ekranizacja twoich kilkuletnich marzeń.

MP: (śmiech) Co nie? To naprawdę scena marzeń. Przysięgam, że to była scena jak ze snów. Kiedy to przeczytałam w scenariuszu, to się prawie popłakałam ze szczęścia. Cudowna sprawa!

NK: Oczyma wyobraźnię jeszcze widzę, że jakaś apaszka czy inny szalik zsuwa ci się z ramion i odlatuje na wietrze.

MP: Matko, tak!

NK: Nawet gdybyś nie wspominała o całym swoim backgroundzie, to fakt, że użyłaś określenia na prowadzenie konika, a nie prowadzenie konia, rzucił na to wszystko dużo światła.

MP: (śmiech) Przyznaję się.

NK: Co jest jednak ciekawe, mamy uroczy wątek romantyczny, jest tutaj fajna rywalizacja i walka o swoje marzenia, ale jest to, jakby nie patrzeć, domknięcie szulerskiej trylogii po Piłkarskim pokerze i Wielkim Szu tego samego scenarzysty [Jana Purzyckiego – przyp. red.]. Na ile to jest twoje kino? O Wielkiej Warszawskiej możemy tutaj mówić entuzjastycznie i w superlatywach, ale czy widzisz w tym część całości?

MP: Przygotowując się do Wielkiej Warszawskiej, odrobiłam pracę domową. Muszę się przyznać, że wcześniej nie widziałam tych filmów. Obejrzałam Wielkiego Szu i Piłkarskiego pokera, dopiero szykując się do mojego filmu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kina, ale z drugiej strony ciężko się nie zachwycać czymś, co jest tak dobrze napisane i zagrane. Obydwa te filmy bardzo mi się podobały, jako że są po prostu fenomenalnie zrealizowane i świetnie zagrane. Ale ja w Wielkiej Warszawskiej, która rzeczywiście jest domknięciem tej trylogii, gram jako jedyna postać spoza świata hazardu. Moja Ewka jest właśnie tą odskocznią dla Krzyśka, jakimś wytchnieniem nawet nie od rywalizacji, tylko po prostu od tego szemranego towarzystwo i wszystkich układów. Super było wziąć udział w tego typu projekcie, ale będąc jednocześnie tym takim światełkiem. Tą odskocznią, oddechem trochę dla głównego bohatera.

NK: „Światełko” to jest absolutnie śliczne określenie. Ciekawe mnie właśnie z perspektywy bycia poza środowiskiem – na ile tego typu filmy i historie będą uniwersalne i przystępne dla kogoś, kto w ogóle nie siedzi w tym świecie? Oczywiście nie mówimy tutaj o korupcji, ale bardziej o kwestii wyścigów konnych czy koni jako takich.

MP: Myślę, że są i będą przystępne, bo takie filmy są realizowane w taki sposób, żeby widz podążał za historią i jednak nie opowiadamy tutaj tylko o sporcie. Nie mamy tych wszystkich określeń z danej dyscypliny, nie żonglujemy non stop jakimiś terminami, których nie rozumie osoba spoza tego środowiska. Opowiadamy historię człowieka, który w ten świat wpadł, a to jest coś, co nas wszystkich chyba interesuje. Właśnie po to w sumie oglądamy filmy czy seriale, żeby poznać czyjąś historię. Myślę, że to jest uniwersalne, ponadczasowe kino, bo obserwujemy człowieka, który funkcjonuje w świecie, którego my nie znamy. Jest dla nas interesujący, bo możemy go trochę eksplorować od środka w bardzo przystępny, przyjemny sposób, oglądając jednocześnie film dla czystej rozrywki.

„Pati”
fot. „Pati” / materiały prasowe MAX

NK: Skoro tutaj zagrałaś światełko w skorumpowanej ciemności, podobnie jak w Pati, czy nie będzie to pozycja, w której z czasem jest Ci zbyt wygodnie? Czy jest to dla Ciebie satysfakcjonujące wyzwanie, czy wolałabyś grać na przykład osobę z tej mroczniejszej części naszego świata?

MP: Kurczę, w ogóle chyba nie mam takich referencji na ten moment. Jestem ogromnie wdzięczna za tę rolę, cudownie grało mi się Ewkę, bardzo ją polubiłam. Właśnie wspaniałe było to, że jako jedna byłam tym światełkiem, więc można powiedzieć, że byłam na wygranej pozycji od początku. Ale oczywiście, z przyjemnością eksplorowałabym też inne charaktery! To jest w ogóle moje marzenie, zagrać, mówiąc kolokwialnie, złola. Stworzyć po prostu czarny charakter, postać złą. Wydaje mi się, że to jest bardziej skomplikowany rodzaj postaci ze względu na to, że według mnie ludzie nie rodzą się z natury źli, ale przez wydarzenia, które ich spotykają w życiu, wybierają drogę niszczenia innych. Super jest dojść do tego, co było źródłem całej tej nienawiści, która się w człowieku pojawia i która sprawia, że chce krzywdzić innych. Skąd ma się taką potrzebę w sobie. Więc bardzo, bardzo, bardzo chciałabym też coś takiego zagrać kiedyś w swoim życiu.

NK: Tym bardziej, że już w dwóch przypadkach funkcjonowałaś niejako obok tego świata. Z jednej strony korupcja Wielkiej Warszawskiej, a z drugiej serialowe środowisko
kryminalno-więzienne. Więc jakby nie patrzeć, trochę się napatrzyłaś na tę ciemniejszą stronę.

MP: Tak, trochę tak. A rzeczywiście zawsze byłam jednak postacią rozjaśniającą ten mroczny świat.

NK: Czy na tym etapie jesteś już skłonna potencjalnie opowiedzieć, czego możemy oczekiwać od następnych ról?

MP: To, o czym mogę opowiedzieć, to na przykład drugi sezon Klangoru, który wychodzi już za chwilę, 9 stycznia. Tam rzeczywiście jestem w jeszcze innej odsłonie. Ja w ogóle jestem absolutną fanką pierwszego sezonu Klangoru, więc jestem bardzo ciekawa, jak ten drugi wyjdzie i jak się będzie podobał. To też tak naprawdę jest mój osobisty debiut, bo to była moja pierwsza produkcja w życiu. Ja pierwszy raz byłam wtedy na planie, to był mój pierwszy dzień zdjęciowy. Tam z kolei gram postać bardzo skrzywdzoną przez życie, która próbuje sobie radzić pomimo tego, że ma wokół siebie złych ludzi, którzy nie chcą dla niej dobrze. To jest kompletnie inna rola niż właśnie np. w Wielkiej Warszawskiej. Super jest też to, że miałam szansę zagrać tak różnorodne postaci już na tym etapie. Jestem ogromnie za to wdzięczna. O tej roli mogę na ten moment opowiedzieć, a resztę niech spowija jeszcze mgła tajemnicy.

NK: To musi być budujące doświadczenie, że na takim etapie kariery nie dajesz się już wpisać w szufladkę tej „rozjaśniającej mrok świata przedstawionego”. Widać u Ciebie zróżnicowanie i znacznie większy wachlarz.

MP: To jest wspaniała szansa. Nawet rozmawiałam o tym ostatnio z moim fryzjerem, z Przemkiem Grejczem, który właśnie przygotowywał mnie do Klangoru. Moje jasne blond włosy do pasa ścięliśmy do ramion i farbowaliśmy prawie na czarno. To był taki bardzo ciemny brąz. Potem z kolei pomagał mi wracać do blondu przed Wielką Warszawską. Teraz też przy nowym projekcie rozjaśnialiśmy z kolei te włosy. Powiedział mi: „Mary to jest coś niesamowitego, że udało Ci się już teraz zagrać tak różne postaci… za parę lat wrócisz sobie pewnie do tego momentu i będziesz się tym wzruszać. To jest przepiękna szansa od losu, że tak się udało”.

NK: Właśnie do mnie coś dotarło. Jak bardzo potęguje w Tobie potencjalny stres to, że te premiery wychodzą w odwrotnej kolejności niż je realizowałaś? Trzecią rzeczą w której ludzie będą cię mogli zobaczyć jest przecież twój debiut. Presja jest większa?

MP: Czuję stres głównie ze względu na to, że Klangor był moją pierwszą produkcją w życiu. Ja wtedy uczyłam się dopiero funkcjonowania na planie filmowym, więc bardzo dużo myślałam o tych wszystkich technicznych rzeczach. O tych pozycjach, o których też mówiłam wcześniej. Pamiętam, że ja wtedy odczuwałam ogromny stres związany z tym, żeby wypaść jak najlepiej. Piotrek Trojan, na próbach czytanych jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, polecił mi taki sposób, że warto założyć sobie zeszyt dla postaci.
Faktycznie poszłam do sklepu, kupiłam zeszyt i wypisywałam sobie tam wszystkie skojarzenia, które miałam z tą moją Wiki. Pisałam np. monologi wewnętrzne tej postaci,
zastanawiałam się, o czym mogłabym myśleć, co ją najbardziej boli, próbowałam zrobić jej analizę psychologiczną. Stworzyłam też playlistę z utworami, których moim zdaniem słucha Wiki, więc czułam, że jestem bardzo dobrze przygotowana. Ale co z tego wyszło, to nie mam pojęcia. Rzeczywiście czuję dosyć duży stres, że teraz, gdy moje nazwisko pojawiło się w świecie filmowym, dopiero wychodzi pierwsza rzecz, którą zrobiłam. Zobaczymy. Jestem bardzo, bardzo podekscytowana i bardzo ciekawa.

NK: Mam nadzieję, że ten zeszyt zostanie gdzieś zachowany i to będzie za kilka ładnych lat potężny artefakt, żeby sobie wszystko wspomnieć. Druga sprawa – wszystko wskazuje na to, że prawdopodobnie styczeń 2026 będzie może w dużej mierze zdominowany przez twoje nazwisko.

MP: Tak wypadło, że rzeczywiście te premiery się praktycznie pokrywają. To jest odstęp dosłownie dwóch tygodni! Premiera Klangoru i premiera Wielkiej Warszawskiej.

NK: Czyli nowy rok zaczynasz z impetem.

MP: Tak, tak, tak, zdecydowanie.

 

Korekta: Anna Czerwińska 

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.