Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„28 lat później – Część 2: Świątynia kości” – Dwa wilki [RECENZJA]

Norbert Kaczała
28 lat póżniej
fot. „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” / materiały prasowe UIP

W zeszłym sezonie ciężko było znaleźć bardziej imponujący kij wetknięty w filmowe mrowisko niż pierwsza część 28 lat później. Danny Boyle pozwolił sobie na odpięcie wrotek i beztroskie bieganie z zainfekowanymi po brytyjskich polanach, aby na koniec zostawić nas w rękach ubranego w dres Jacka O’Connella i kazać czekać na drugą część opowieści. Entuzjaści klasycznych filmów o epidemii zombie, delikatnie mówiąc, nie byli zachwyceni, ale sam w pewnym otępieniu nie mogłem się doczekać kontynuacji tego groteskowego szaleństwa. Jednak z najśmielszych snach (czy raczej koszmarach) nie mogłem przygotować się na wiadomość, że część pierwsza to była dopiero niepozorna inicjacja.

W Świątyni kości ponownie przyglądamy się perypetiom bohaterów „jedynki”, starających się przeżyć w zainfekowanym piekle, jednak na zupełnie inne sposoby. Spike (Alfie Williams) zostaje przygarnięty pod diabelskie skrzydła rir lorda Jimmy’ego Crystala (Jack O’Connell) i zmieniony w jednego z jego morderczych sługusów. Doktor Ian Kelson (Ralph Fiennes), wznosząc kolejne elementy tytułowej świątyni, próbuje nawiązać głębszą nić porozumienia z grasującym po okolicy Zainfekowanym Alfa. Dwie różne perspektywy na szalejącą wokół gehennę zderzą się ze sobą w bolesny, krzykliwy i nieszczędzący ofiar sposób, dobitnie obrazujący, jak kuriozalnym gatunkiem jesteśmy. W filmie Nii DaCosty religia zmierzy się z nauką, nadzieja z nihilizmem, stoicyzm z gniewem, a sacrum z profanum. I każda z tych konfrontacji będzie jednocześnie pretekstem do rozważań filozoficznych, jak i podskakiwania w fotelu z ekscytacji na widok realizacyjnej maestrii reżyserki. To cudowne doświadczenie wiedzieć, że kino rozrywkowe potrafi sprowokować odbiorcę do refleksji nad naturą człowieka, jednocześnie pokazując mu apoteozę widowiskowego kina grozy.

28 lat później
fot. „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” / materiały prasowe UIP

Kreatywność filmowych rozwiązań i nieskrępowana brutalność płynąca z ekranu były jedną z najpyszniejszych pożywek dla mojego gadziego mózgu od bardzo dawna. Entuzjaści nowej francuskiej ekstremy poczują się jak w domu, obserwując, do czego zdolna jest sekta Sir Lorda Jimmy’ego i jak sprawnie utylizuje się tutaj zainfekowanych. Wszyscy wybieramy się na spacer po piekle i tak jak w przypadku obrazów Boscha, aż szkoda odwrócić wzrok. Z tym że tutaj malarz chętniej operuje krwistą czerwienią i sinizną rozkładu. Dodając do tego dynamiczną pracę kamery i montaż, szerokie kadry oraz nieortodoksyjny dobór ścieżki dźwiękowej, uzyskujemy dzieło kompletne i spełnione. Jednak, ponownie, jest tu też miejsce na kontemplacyjne i wręcz poetyckie kadry, dające nam chwilę (czasem pozornego) wytchnienia. Usiądźmy razem ze swoim zawirusowanym kolegą i zastanówmy się, jaka jest nasza rola pod Księżycem. W końcu o coś musi chodzić w tym ciągłym rozlewie krwi, jak podpowiada nam ssacza część mózgu.

Dylemat ten gryzie również naszych głównych, przeciwstawnych sobie bohaterów. Charyzmą odzianego w fioletowy dres Jimmy’ego Crystala można obdzielić całe pokolenie ekranowych zwyrodnialców, czego ten jest doskonale świadom. Cyniczny i wiecznie uśmiechnięty manipulant, będący gdzieś między Jimem Jonesem, Aleisterem Crowley’em i twoim edgy kolegą z liceum, to idealny worek treningowy dla naszej nienawiści. Naginający ideę satanizmu do własnych potrzeb lider sekty uosabia nasze najgorsze przywary, ale też mizerną rolę w skali całego świata i społeczeństwa. W komplecie jest również całkowity brak skrupułów, co owocuje przytoczoną wcześniej krwawą łaźnią realizowaną osobiście lub za pośrednictwem nieletnich sługusów. Ale kiedy zasady przestają obowiązywać, trzeba napisać nowe, prawda? Nie do końca, ponieważ wciąż jest jeszcze doktor Ian Kelson, będący drugą stroną medalu za zasługi ludzkości. Pragmatyczne podejście do rzeczywistości i stoicki spokój nieprzystające do wszechobecnego chaosu nie bez powodu traktowane były jako szaleństwo, ale to właśnie ono może okazać się naszą ostatnią nadzieją. Etyka lekarska i empatia to dla doktora wartości nie do zakwestionowania, przez co nawet w absolutnej ciemności może tlić się jeszcze światełko nadziei. Oszczędny w słowach (bo też do kogo miał się odzywać przez lata) medyk sprowadzi nas na ziemię i pozwoli zastanowić, jaka jest nasza rola i co zrobilibyśmy na jego miejscu.

28 lat później
fot. „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” / materiały prasowe UIP

Główną osią fabularną Świątyni kości jest wiara. Rozumiana zarówno jako wykrzywiona i reinterpretowana religia/sekta, jak i wewnętrzna nadzieja na lepsze jutro. Przewijająca się w wielu miejscach symbolika satanistyczna ukazywana jest w różnych formach i przez różne postacie, znacząco zmieniając pojmowanie idei zła, niezależności czy samego Boga. Czy rozlew krwi w imię wiary jest bardziej moralny od tego w samoobronie? Czy piękne kłamstwo jest lepsze od okropnej prawdy? Czy Chrystus i Lucyfer są sobie faktycznie przeciwstawni? Oczywiście nie uświadczycie tutaj klarownych odpowiedzi, ale zakończenie może pozwolić Wam łatwiej wybrać jedną ze stron barykady. Po tym, jak przetrzecie już oczy ze zdumienia, orientując się, że w rękawie twórców zostało jeszcze kilka asów. Po raz kolejny Alex Garland postanowił przypomnieć publiczności, że jeśli ma dobry dzień, potrafi nas zarówno zabawić, jak i sprowokować do przemyśleń. A po to właśnie chodzi się do kina.

Ku mojemu kolosalnemu zaskoczeniu, druga część 28 lat później z miejsca staje się jednym z moich ulubionych filmów roku. To wielopoziomowy pokaz realizacyjnej i artystycznej kompetencji, stanowiący kompletne dzieło. Jest wybitnym filmem rozrywkowym, dojrzałą dywagacją filozoficzną i nowatorskim podejściem do podgatunku. Nia DaCosta i Alex Garland nie tylko kontynuują zapoczątkowaną przez Boyle’a wizję, ale wykazują się na tyle wielką odwagą, że zostawiają ją daleko w tyle. Świątynia kości to najlepsza część całej serii i jeden z najlepszych filmów satanistycznych w historii. A jeśli mi nie wierzycie, to bardzo źle. Bo przecież wiara pozwala nam przetrwać.

Korekta: Oliwia Kramek

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.