„Abe Sapien – Mroczne i Straszliwe” – Martwy świat cuchnie rybą [RECENZJA]
Jeśli czytaliście którykolwiek z moich tekstów poświęconych twórczości Mike’a Mignoli, wiecie doskonale, że jestem ogromnym fanem jego twórczości. Nie chodzi tu oczywiście tylko o niepodrabialny styl rysowania, ale także o niezwykłą wyobraźnię tworzącą cudownie eklektyczne i mroczne światy. Perłą w koronie, z którą może obnosić się autor spokojnie może być powołane przezeń do życia Mignolaverse, które zamieszkuje Hellboy wraz z całym BBPO oraz cała plejada przeróżnych monstrów. Pytanie jednak, czy jedno może egzystować bez drugiego? Wiemy, że kreska Mignoli bez jego scenariusza nie musi być arcydziełem, ale czy wyłącznie jego scenariusz wystarczy, by oddać specyficzny klimat świata przedstawionego? Tym bardziej, gdy po tymże oprowadzać nas będzie bohater drugoplanowy?
„Abe Sapien” zabiera nas do świata po apokalipsie. Choć członkowie Biura Badań Paranormalnych i Obrony starali się zapobiec nadejściu Plagi Żab, nie udało się. Nasza planeta została spustoszona, coraz więcej ludzi zmienia się w płazie mutanty, a tytułowy bohater do teraz nie wie czy ma coś z tym wspólnego. Przemierzając amerykańskie pustkowia Abraham będzie próbował, załagodzić napotkane konflikty, ale i dowiedzieć się więcej o świecie i swojej roli w jego współczesnej historii. Pod kątem tonu, historii tej będzie chyba najbliżej do nowoczesnego westernu, ze wszystkimi obowiązkowymi jego elementami na odpowiednim miejscu. Odludek o nieprzychylnej aparycji zmierzający przed siebie, pomagający napotkanym społecznościom, mierzy się z niechęcią niemal całego świata, aby uczynić ten straszny padół łez nieco lepszym miejscem. A jeśli jest coś lepszego od demonologicznego post-apo, nie chcę zostać o tym poinformowany.

Nie ukrywam, że przed lekturą obawiałem się konieczności odrobienia pracy domowej złożonej z całego bibliografii Mignoli, bowiem „Abe Sapien” dzieje się po wielu istotnych dla status quo wydarzeniach i może zawierać do nich szereg odniesień. Na szczęście od strony redakcyjnej i scenariuszowej, wszystkie wasze ewentualne braki zostaną płynnie uzupełnione. A ewentualne tajemnice, które jeszcze pozostały, będziemy odkrywać razem z naszym protagonistą. Abe jest w tej roli fantastyczny. Z jednej strony wciąż wyobcowany z przyczyn dość oczywistych, z drugiej zmęczony całym tym bajzlem stary wyjadacz. To perspektywa idealna zarazem dla wieloletnich fanów kreacji Mignoli jak i zupełnych nowicjuszy.
Abraham to porządny gość, który zarówno życzy dobrze innym, jak i zasługuje na takie życzenia z naszej strony. Możliwość odkrywania wraz z nim poplątanej historii żabich hybryd a w tym także odstającej od schematu jego własnej opowieści to pasjonująca podróż. Prowadząca do wielu ślepych zaułków oraz błędnych wniosków, ale tym samym poszerzających ogólną mitologię świata przedstawionego. Zostanie nam zadane sporo pytań, na które być może odpowiedzi znajdziemy razem z bohaterem pod koniec tego tomu, lub w którymś z następnych. Jest tu zaskakująco dużo miejsca na rozwój psychologii postaci i zmianę podejścia do zastanej sytuacji, w której trzeba zastanowić się nad byciem bohaterem, tajnym agentem, potworem czy choćby…mesjaszem. Szanujcie go, ale dajcie mu spokój. To świetny dowód na to, że o potencjale Mignolaverse nie świadczy wyłącznie znany wszystkim syn piekieł z kamienną łapą, a ogromna mitologia i galeria postaci je zamieszkująca.

Tę galerię będzie prezentował nam między innymi Max Fiumara, który otrzymał niezwykle wymagające zadanie. W jego rękach bowiem spoczęła odpowiedzialność redesignu naszego protagonisty, który byłby jednocześnie bliski oryginalnemu projektowi, jak i tchnął w niego zmutowaną świeżość. I już za ten element wizualnej oprawy komiksu artyście należą się oklaski. Abe to wciąż znany nam dość sympatyczny rybo-człowiek, jednak coraz wyraźniej widać jego transformację i potworniejsze cechy. Powierzchowność Abrahama potrafi przerażać i odstręczać, ale w odpowiednich okolicznościach wygląda jak zrozpaczony, zmęczony życiem przypadkowy uczestnik afery zbyt dużej na jego możliwości. Człowiek i potwór w idealnych proporcjach.
W, duecie ze swoim bratem Sebastianem, stworzyli także kolejny paradoksalny byt. Świat, który jednocześnie tętni życiem i wygląda na zupełnie martwy. Opuszczone miasta, zapuszczeni i sfrustrowani ludzie wałęsający się po ich ulicach, czające się w każdej szczelinie potwory i pogorzeliska po wielkich bitwach. To świat pełen zła, w którym będziemy musieli szukać odrobiny dobra i pomocy. Tak jak sama fabuła, jej oprawa wizualna to fantastyczne połączenie westernu i horrorowej apokalipsy. Dla koneserów śledzenia procesu twórczego Egmont przygotował także naprawdę pokaźnych rozmiarów szkicownik, zawierający wiele projektów obu braci i kilku innych okazjonalnych artystów. Praktycznie każdy rysunek opatrzony jest dodatkowym, odręcznym komentarzem twórców, co pozwala jeszcze bardziej docenić ich dzieła.
Jeśli w waszym sercu zagnieżdżona jest miłość do takich twórców jak Lovecraft czy McCarthy, „Abe Sapien” to pozycja wręcz obowiązkowa. Spokojnie można traktować go jako dzieło niezależne, a wszelakie powiązania z wcześniejszymi dziełami Mignoli wytłumaczone zostaną płynnie i czytelnie. To niezwykle klimatyczna opowieść, z fantastycznym protagonistą i bardzo żywym (choć martwym) światem przedstawionym. Gdy Abraham wyciągnie do Was swą zimną, rybią dłoń, nie bójcie się jej chwycić. Czeka Was bowiem niezwykła wyprawa.
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
