„Kalak” – Seksturystyka w świecie traumy | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024
Historie opowiadające o traumie z założenia nie są doświadczeniem łatwym. Zarówno w odbiorze, jak i w procesie twórczym. Należy wykazać się niemałym wyczuciem, aby ukazać problem z należytym szacunkiem, ale i odwagą, by zaprezentować przerażające wydarzenia w angażujący dla widza sposób. Nie bez powodu w latach 70. powstał podgatunek rape and revenge, który pozwalał bohaterkom krwawo rozprawić się ze swoimi oprawcami – ku uciesze kinowej widowni. Niestety jednak, sprawiedliwości nie zawsze staje się brutalne zadość, a rany nie zawsze będą mogły się zagoić. I to właśnie o takiej jątrzącej się ranie opowiada Kalak Isabelli Eklöf, który podejmuje śmiałą próbę opowiedzenia o radzeniu sobie z traumą poprzez pogłębianie jej.
Głównym bohaterem opowieści jest Jan (Emil Johnsen), który przechodzi przez swoje grenlandzkie życie na autopilocie. Pomimo odpowiedzialnej pracy pielęgniarza, kochającej żony oraz dzieci czekających na niego w domu, jego codzienność toczy się w cieniu traumy seksualnej. Jak dowiadujemy się z pierwszej sceny filmu (o której wspomnę nieco później), Jan został przed laty wykorzystany seksualnie przez własnego ojca. Wypaczony obraz intymności determinuje zachowanie dorosłego mężczyzny, któremu coraz trudniej oprzeć się impulsom. Nawiązuje zatem wiele przelotnych relacji z mieszkankami miasteczka, szukając w nich odrobiny aprobaty, zrozumienia i uczucia. Jest to też jego specyficzny sposób poznania kultury Grenlandii i zbliżenia się do jej społeczności. Oswojenie się z traumą przez podjęcie działań przywołujących strach, jest działaniem łatwym do zrozumienia. Jeśli nie skonfrontujemy się ze swoim lękiem, nie będziemy w stanie ostatecznie mu się przeciwstawić. Jednakże, jak zaznaczyłem na początku, podjęcie tego tematu wymaga sporego wyczucia, którego w filmie Eklöf nie zauważyłem.
Głównym problemem jest powierzchowność. Choć nie oczekiwałem, że Kalak będzie pełen smutnych monologów o zrujnowanym życiu i walce ze swoimi demonami, miałem nadzieję na wgląd w psychikę głównego bohatera. Przez większość czasu ekranowego Jan prezentuje tylko dwie postawy wobec rzeczywistości: skrajną obojętność i sporadyczne epizody niesłusznie obecnej pewności siebie. Beznamiętne spojrzenie omiatające grenlandzkie domy i plenery w swoim założeniu miało zapewne przedstawiać emocjonalną pustkę ziejącą w umyśle i duszy Jana. Tymczasem przez to oszczędne podejście większość wydarzeń wywołuje u widza porównywalny brak reakcji. Na skutek działań bohatera wiele relacji z najbliższymi zaczyna się komplikować, a informacji zwrotnej nie można uświadczyć. Po prostu musimy założyć, że jedyne, co zostało w umyśle Jana na skutek tej traumy, to obojętność. Chociaż nie zawsze…

Drugim, obecnym znacznie częściej, sposobem odpowiadania na zachowania ludzi w jego otoczeniu jest krótka chwila pewności siebie. Jan staje się skory do żartów, czczych przechwałek i okazywania odrobiny charyzmy. Kiedy? W momentach następujących po stosunku. I to także jest zrozumiałe od strony psychologicznej. Dawna ofiara czuje przez moment, że to ona ma władzę. Umiejętne uwiedzenie partnerki sprawia, że chociaż przez chwilę Jan ma kontrolę nad sytuacją. Jednak wątek ten dość szybko zostaje podsumowany przez niektórych ekranowych bohaterów, mówiących Janowi dokładnie to, co napisałem kilka linijek wyżej. Scenariusz przez to utyka w martwym punkcie, protagonista nie zamierza bowiem zreflektować się wobec własnego zachowania. Jakikolwiek rozwój zostaje zastopowany, a my wracamy do smętnego spoglądania na piękną Grenlandię. Nie dane nam będzie jawnie odczuć konsekwencji tego wyniszczającego stylu życia, bo Jan nie pogłębi nawet swoich frustracji. Ot, okazuje się, że seks nie zastąpi profesjonalnej terapii, a ciągłe wpatrywanie się w przestrzeń nie zastąpi rozwoju postaci. Zwłaszcza w świetle najgorszego elementu całego filmu.
Jak zaznaczyłem wcześniej, osobną kwestia wartą odnotowania jest scena otwierająca Kalak, która z czasem stanie się klamrą narracyjną. Z początkowo niezrozumiałych dla mnie powodów reżyserka postanowiła zaprezentować nam scenę naruszenia fizycznej nietykalności głównego bohatera już w pierwszych minutach całości. Ocenę, czy można było tę scenę wyciąć, zastępując ją kilkoma sugestywnymi zdaniami porozrzucanymi w scenariuszu, zostawiam Wam, ale jest to decyzja absurdalna przez jej późniejszą konsekwencję. Postać ojca pojawia się w filmie trzykrotnie: w scenie gwałtu, jako gadająca głowa odczytująca treść listu oraz na sam jego koniec. (SPOILER). Okazuje się bowiem, że zamiennikiem sensownego przepracowania traumy jest zamordowanie przez Jana swojego oprawcy… Czy chociaż przez chwilę zakładaliśmy, że zamierza to zrobić? Czy scenariusz jakkolwiek zapowiada to działanie? Czy ma to sens? Czy autorka stała się dzięki temu mistrzynią przewrotności? Odpowiedź na wszystkie powyższe pytania brzmi: nie. (KONIEC SPOILERÓW). Nawet gdybym przymknął oko na dość toporną próbę ukazania głębi przeżyć protagonisty i jego wewnętrzny ból, nie mogę zaakceptować absurdalnej i wziętej zupełnie znikąd decyzji, by skończyć wszystko tak nagle, tendencyjnie i bez baczenia na wszystko, co widzieliśmy wcześniej.

Według opisów dystrybutorskich Kalak jest filmem eksplorującym kulturę Grenlandii z perspektywy głównego bohatera. Jednakże podobnie jak Jan oraz reżyserka, czujemy się tutaj turystami. Nie z powodu oglądania filmu na sali kinowej wrocławskiego kina, lecz przez to, jak szczątkowe informacje otrzymujemy. Mamy niewielki wykład dotyczący tradycyjnego tańca czy kilka zdawkowych zdań o ukształtowaniu terenu tej pięknej krainy, ale poza tym będziemy bawić się w seksturystykę. Jan potraktuje wszystkie rdzenne mieszkanki tego regionu jako egzotyczne zdobycze, a wyjście z grupką mieszkańców na piwo jako asymilację z lokalną kulturą. I choć nigdy nie zapuściłem się tak daleko na północ globu, z dość dużym prawdopodobieństwem zakładam, że robi się tam trochę więcej niż tylko tańczy, pije i kopuluje. Ale cóż, każdy poznaje taki aspekt kultury, jaki ciekawi go najbardziej.
Sam tytuł to podwójne określenie człowieka, który jest szczery/prawdziwy, ale i sprośny, w zależności od kontekstu. Nasz Jan jest, na nieszczęście dla całokształtu historii, odzwierciedleniem obu tych cech. Szczery, ale jak ten kolega w towarzystwie, który nie wie, kiedy ugryźć się w język, aby nie zepsuć humoru wszystkim wokół. Jest w pełni transparentny wobec swoich potrzeb, które ściśle wiążą się z drugim znaczeniem palindromicznego słowa. Film Isabelli Eklöf, niestety, jest dokładnie taki sam. Powagę tematu rujnuje powierzchownymi obserwacjami, a historię o potencjalnym tryumfie lub głębszym upadku utrzymuje w stanie stagnacji. Jest jednak jeszcze jedno określenie, ładnie podsumowujące fiasko artystyczne tego filmu. Tytuł znacznie lepszego dzieła Steve’a McQueena, o niemal identycznej tematyce, który powinien stanowić wzór dla reżyserki. Krótko mówiąc – Wstyd.
Korekta: Aleksandra Kowalewska
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
