„Kod zła” – Kłamstwo ma krótkie nogi [RECENZJA]
Z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że uodporniłem się na medialne zachwyty dotyczące horrorów. Ile to już razy słyszałem o kolejnych najstraszniejszych filmach dekady, nowych objawieniach w gatunku czy najbardziej obiecujących reżyserach, aby ostatecznie trafić na kolejny zwyczajnie przyzwoity film. I choć oczywiście trafiają się nieliczne wyjątki od tej reguły, od jakiegoś czasu nie mam absolutnie żadnych oczekiwań wobec współczesnego kina grozy. Jednak nawet do moich, przysłoniętych dłońmi, uszu dotarł wszechobecny wiwat na cześć Oza Perkinsa i jego najnowszego filmu Kod zła. A szkoda, bo lepiej było pozostać głuchym.
Młoda agentka Lee Harker (Maika Monroe) zostaje przydzielona do śledztwa mającego na celu zidentyfikowanie i złapanie seryjnego mordercy, znanego jako Mr. Longlegs (Longlengs to z resztą oryginalny tytuł filmu). Nie dość, że bohaterka posiada niesamowite zdolności dedukcji, okazuje się, że jest powiązana ze sprawą ściślej, niż ktokolwiek mógłby zakładać. Choć zbrodnie są dokonywane już od trzydziestu lat, sytuacja jeszcze nigdy nie była tak nagląca jak teraz. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi, Longlegs niedługo znów zabije po raz kolejny. Zaszyfrowane listy, tajemnicze algorytmy, odniesienia do Biblii, wszechobecny motyw satanizmu i więcej pytań niż odpowiedzi to okoliczności, w których Lee oraz jej przełożony Carter (Blair Underwood) będą poszukiwać prawdy.

Tym co odróżnia film Perkinsa od dzieł koleżeństwa po fachu, jest ujęcie całości w ramy kryminału. Posępna aura prezydentury Clintona niemal sączy się z ekranu, a poczucie beznadziei udziela się nie tylko bohaterom, ale i widzowi. Uspokajam, słabości filmu nie upatruję w braku kompetencji reżyserskich młodego Perkinsa, wszak atmosferę ciągłego niepokoju kreuje się tutaj po mistrzowsku. Reżyser z ogromnym wyczuciem połączył pełnoprawny kryminał z opowieścią grozy, przypominając widzom, że najstraszniejsze potwory często nie wychodzą prosto z piekła, a żyją między nami.
Z pełną świadomością podszedłem do Kodu zła jak do horroru. Wiedzialem, że im dalej będziemy brnąć w fabułę, tym więcej pojawi się trudnych do racjonalnego wyjaśnienia elementów. Wszechobecna „satanic panic” lat 90., która co jakiś czas niesie się echem po ekranowych miejscach zbrodni, jeszcze bardziej potęgowała to wrażenie. Mając w pamięci wielu wybitnych aktorów grających na przestrzeni lat Księcia Ciemności, w pewnym momencie byłem gotowy, aby zza rogu wyskoczył sam Rogaty i zmierzył się z agentką Harker w walce wręcz. Czego się niestety nie spodziewałem, to dość kuriozalnego zwrotu akcji i polegania na potężnych, czarnoksięskich wręcz artefaktach, które tłumaczą wszystkie wspomniane w filmie zbrodnie.
Niejednemu filmowemu mordercy na przestrzeni lat głosy kazały robić straszne rzeczy. Wielu z nich tworzyło zawoalowane łamigłówki, aby igrać z wymiarem sprawiedliwości. Zdarzali się i tacy, którzy byli święcie przekonani o swojej nadludzkiej mocy i wręcz boskich zdolnościach. Te wszystkie elementy mogłyby połączyć się w spójną, filmową całość, gdyby nie skrajnie naiwne objaśnienie całej intrygi. Owszem, większość wątków została mniej lub bardziej subtelnie zasygnalizowana w fabule, jednak gdy zaczynamy składać je sobie w całość, pojawia się w nas niedowierzanie. Przecież to niemożliwe, żeby wszystko skończyło się aż tak dosłownie. Czy to ten sam Perkins, który w świetnym Złu we mnie tak zgrabnie balansował na granicy urojeń i fizycznego niebezpieczeństwa? Tutaj nie ma miejsca na żadne domysły. Wydarzyło się dokładnie to, co wszyscy widzieliście. Proszę się rozejść, seans dobiegł końca. Proszę zabrać kubełek po popcornie, zaraz wchodzą kolejni naiwniacy.

Ten specyficzny zwrot fabularny jest jednak w jakimś sensie uzasadniony. Wszak mówimy tutaj o dość wyeksploatowanym gatunku, w obrębie którego niemal wypada zawrzeć jakąś aktualizację. Chociaż jeden przewrotny element. W końcu ile to już razy oglądaliśmy młodego i ambitnego gliniarza, wspieranego przez doświadczonego i nieco zgorzkniałego szefa, rozwiązującego zagadkę, której od dawna nikt nie może rozgryźć? Dziwnie wyglądający seryjny morderca z zamiłowaniem do zostawiania wiadomości na miejscu zbrodni i innym niepokojącym hobby? To też już kiedyś widziałem. Miasteczka na prowincji, gdzie niemal w każdym białym domu i szopie wydarzyło się coś przerażającego? Było!. Szkopuł w tym, że Perkins nie proponuje żadnego odstępstwa od tych standardów. Realizuje je sprawnie, niemal podręcznikowo, ale nic ponad to.
Dotyczy to zarówno aspektu scenariopisarskiego, jak i aktorskiego. Maika Monroe i Blair Underwood tworzą przekonujące postacie, ale trudno którykolwiek z tych występów nazwać wyjątkowym. I jestem w pełni świadom narażenia się na nienawiść ze strony fanów Maiki. Osobną kwestią jest tytułowy Longlegs, w którego wciela się ukryty pod grubą warstwą charakteryzacji Nicolas Cage. Nie będzie to pewnie zaskoczeniem dla absolutnie nikogo, ale jest on dokładnie tak przeszarżowany, jak można by się spodziewać. W niektórych scenach wychodzi to lepiej, w innych niemal zabawnie, w każdej natomiast wygląda jak cosplay Marylina Mansona z 2019 roku bez makijażu. Najtrafniejszy opis tej roli na jaki trafiłem brzmi: gdybym nie wiedział, że to Nick Cage, uznałbym, że ten aktor próbuje udawać Nicka Cage’a.

Najpiękniejszą składową filmu Perkinsa jest bez wątpienia oprawa wizualna. Andres Arochi jest mistrzem w kreowaniu niepokoju samą kompozycją kadru, przez co nawet najspokojniejsze sceny wywołują dreszcz na plecach. Umiejętne prezentowanie pustych przestrzeni każe wierzyć, że już za moment zza rogu wyskoczy morderca, a nawet w otwartych na oścież drzwiach może czaić się czyste zło. W każdej lokacji czujemy się obco, nawet jeśli nie widzimy niczego przerażającego. Od dawna tak proste środki wyrazu jak skrzypiąca podłoga czy cień na ścianie nie wywoływały u mnie takiego niepokoju. Dowodzi to tylko tezy, że tworzenie w wyeksploatowanym gatunku, za pomocą znanych rozwiązań nie musi być odtwórcze. Tam gdzie postacie niedomagają, dostarcza przynajmniej oprawa.
Ciężko mi pokochać Kod zła, ale wbrew pozorom nie przekreślam go zupełnie. To projekt ze sporymi ambicjami, ogromem talentu osób w niego zaangażowanych, świetnym pomysłem wyjściowym, ale i pełen niekonsekwencji. Taki paradoks Stephena Kinga. Perkins jest bez wątpienia zdolnym reżyserem, ale w kwestii warsztatu scenariopisarskiego przydałby mu się partner, który nawet jeśli sam nie opracuje całości, będzie w stanie powiedzieć mu „nie”. Może Kod zła będzie filmem, który zyska przy kolejnym seansie, gdy mając pełną świadomość zakończenia, pozbieram i poukładam poszlaki po swojemu. Póki co jednak, proponuję odsunąć Perkinsa od kolejnego śledztwa i powierzyć mu co najwyżej funkcję koordynatora.
korekta: Adrian Jankowski
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
