Dekada z MFKiG – Relacja z 33 Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi
Tegoroczna edycja Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi była wyjątkowa z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że festiwal doczekał się Chrystusowego wieku. Nie dlatego, że miałem okazję spotkać część filmawkowej redakcji. Nawet nie dlatego, że Greg Rucka uścisnął mi dłoń, dziękując za to co mówię i życząc mi powodzenia w twórczości. Znaczyła tak dużo, bowiem upłynęło na niej 10 lat od czasu mojego pierwszego udziału w MFKiG, a nie ma chyba wdzięczniejszego czasu na podsumowanie swojej, relatywnie niedużej obecności w komiksowym środowisku.
10 wiosen temu, będąc rozentuzjazmowanym nastolatkiem, zaczynającym dopiero liceum plastyczne, perspektywa wyjazdu na festiwal komiksu, z grupą nowo poznanych, równie znerdziałych rówieśników równała się z otwarciem drzwi do nowego świata. Nagle twoja „niszowa” pasja, nieznajdująca poparcia pośród znajomych okazuje się siłą napędową setek osób w kraju. Mając w swoich rodzinnych stronach dostęp tylko do wychodzącej co dwa tygodnie kolekcji komiksów, to co zastałem w Łódzkim Domu Kultury, było wyjątkowym doświadczeniem. Widok półek uginających się od anglojęzycznych wydań komiksów o ludziach w pelerynach to w pełni normalna sprawa, a wydanie na nie setek-tysięcy złotych to nic nowego. Pod wrażeniem ogromu targów i ilości oferowanych dóbr, nie do końca ogarnąłem, że można tam spotkać czołowych twórców, brać udział w panelach dyskusyjnych, warsztatach czy konkursach. Ot, wpadłem kupić „Jokera” na kuszącej promocji, pochodziłem po stoiskach i na pociąg do domu.

Z roku na rok, śmiałość rosła. Okazywało się, że komiksy robią też inni ludzie, niż ci pracujący w dwóch największych wydawnictwach. Poza wielkimi tomiszczami do kupienia znajdywały się również małe, nieznane szerzej komiksiki za 10-20 złotych, które oferowały nie mniejszą dawkę rozrywki i refleksji. Nazwiska zaczęły być częściej słyszane, rysunki rozpoznawane, a lista zakupów znacząco przerabiana na korzyść mniej oczywistych pozycji. Co jednak ciekawe, to właśnie te poszukiwania stanowiły w pewnym momencie właściwie najważniejszą siłę napędową przez cały festiwal. Kilka wizyt wystarczyło, by pierwszy zachwyt opadł i pierwsze problemy zaczęły być widoczne znacznie wyraźniej.
Mniej więcej od 2014 roku jasnym stało się to, że właściwie rokrocznie festiwal wyglądał jak dokładnie ta sama impreza. Nie chodzi nawet o regularny powrót do Atlas Areny, a niezmienny zestaw atrakcji. Wpadali Simon Bisley, Grzegorz Rosiński, na przeróżnych stołach piętrzyły się Thorgale i inne Kajki i Kokosze, strefa gier oddzielona została od reszty, lokując się na płycie Areny, Manga corner i Star Wars upchnięto w jednej sali każde, do zobaczenia za rok. Gry i Komiksy z nazwy festiwalu funkcjonowały jako dwa, zupełnie odrębne organizmy, sprawiając wrażenie niezależnych imprez dziejących się w tym samym budynku. Przychodzisz albo na jedno, albo na drugie, a gdy już zobaczysz strefę swoich zainteresowań, ergo połowę Atlas Areny, czas rozejrzeć się za czymś do roboty. Zostawało tylko krążyć między kolejnymi stoiskami, przekąsić coś w foodtrucku, pogadać ze znajomymi przy wejściu i z braku laku znowu zajrzeć do Multiversum. No i pociąg do domu.
Czas na nabranie perspektywy dały mi 30 edycja, na której niestety nie mogłem się pojawić (kochane byłe kierownictwo) i pandemia, która nie skłoniła mnie do udziału w wersji cyfrowej, oraz osłabiła zainteresowanie pół-cyfrową w 2021. Każdy zaangażowany w festiwal mógł nabrać dystansu, przeanalizować plusy i minusy, wybrać priorytety i zobaczyć co stanie się później. A stało się sporo.

Przed startem edycji wszelakie poszukiwania informacji o nadchodzących atrakcjach i gościach były równie trudne jak co roku. Niemniej jednak tym razem o obecnych na targach autorach szybciej dowiadywałem się od nich samych, aniżeli od organizatorów. I choć obligatoryjne informacje o gwieździe weekendu, czy udziale Grega Rucki pojawiły się względnie szybko, resztę programu osnuwała oficjalna mgła tajemnicy. Na szczęście ludzie, którzy współtworzą polski komiks, potrafią dotrzeć do swojej publiki, mimo utrudnień ze strony organizatorów. Dzięki temu powstała fantastyczna Strefa Komiksu Niezależnego, skupiająca w sobie ogrom polskiego dobra komiksowego, zarówno od znanych już jakiś czas w środowisku twórców, jak i nadchodzących dopiero sław. Małe tomiki, ziny, naklejki, printy… Wszystko, czego zapragnie dusza chcąca wspierać rodzimego artystę. Warto jednak nadmienić, że jest to inicjatywa ODDOLNA, zaproponowana i zrealizowana przez samych komiksiarzy, chcących wyraźniej zaznaczyć swoją obecność, na podkreślmy, polskim Festiwalu Komiksu. Na stronach dotyczących festiwalu, przewinęło mi się kiedyś piękne hasło o tym, że to od polskiego twórcy ma wychodzić i jego dotyczyć cała ta radosna impreza. Marzę o tym, że kiedyś jeszcze tak będzie.
W tym samym czasie jednak, oficjalne wsparcie od organizatorów i własne stoisko dostaje Polish Comic Art, którego szef/prezes/admin, poza promowaniem twórczości Rosińskiego i wydawaniem magazynu RELAX, w wolnych chwilach zajmował się jawnym szykanowaniem i gnębieniem sporej części współczesnego środowiska komiksowego w Polsce za pośrednictwem obrzydliwego, nieistniejącego już peja Komiksowy Otwór. Obrywało się tam wydawcom, rysownikom, scenarzystom, a Krzysztof Garula (tak bowiem nazywa się ów indywiduum) jest jednym z bezpośrednich powodów, dla których na festiwalu nie pojawiła się choćby ceniona artystka Joanna Karpowicz, gdyż jak sama przyznała, nie czuje się na nim bezpiecznie. Całość skrupulatnie opisano na profilu FB All Comics Are Beautiful, któremu z tego miejsca bardzo dziękuję za naświetlenie sprawy przeciętnemu uczestnikowi festiwalu, do grona których sam należę.

Warto w tym miejscu zastanowić się, czy ciągłe wspominanie o biznesowych partnerach i zdawkowe wspominki o międzynarodowych gwiazdach są, aby dobrym pomysłem, w chwili gdy za organizatorami ciągnie się smrodek afery, do której do dziś nie odniesiono się na żadnym oficjalnym kanale festiwalu. Pewnie osoby zebrane wokół rysowania na żywo przez Kima, albo stojące w kolejce po autograf do Rucki nie zorientują się, że pośród grona ludzi celebrujących swoje ukochane medium, znajdują się osoby, które aktywnie sabotują to środowisko, wycierając sobie gębę jego rzekomym dobrostanem. Wątpię, że to ostatnia edycja, w której ten problem wystąpi, jednak wierzę, że polskie komiksowo ma siłę przebicia tak dużą, że nawet bez oficjalnego wsparcia organizatorów, czy mając pośród siebie dwulicowego *****, znajdzie sposób, by wyraźnie zaznaczyć swoją obecność. Tworząc świetne komiksy, mówiąc o nich, czy relacjonując festiwale na których się je prezentuje.
10 lat udziału w MFKiG pozwoliło mi nabrać perspektywy i na swój sposób dojrzeć jako odbiorca medium. Dziecięcy zachwyt ustąpił nieco analitycznej fascynacji, w której nie wszystko jest tak kolorowe jak okładka komiksu o Avengers. Jasne, kupowanie drogich amerykańskich tomów daje sporo frajdy, jednak kluczowe dla rozwoju komiksu w Polsce, jest współtworzenie dlań zdrowego środowiska.
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
