„Twórca” – Script GPT [RECENZJA]
Jeśli jest jakiś typ filmów, który mógłby ubiegać się u mnie o taryfę ulgową w jego ocenie, zapewne byłoby to niezależne science fiction. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić dlaczego. Dużą rolę na pewno odgrywa tu stworzenie spójnej i wiarygodnej oprawy wizualnej, robionej najczęściej za ograniczoną ilość gotówki. Ale przede wszystkim jednak fantastyka naukowa mierzy się z tematami i problemami o skali globalnej, które konfrontowane są z perspektywą jednostki. Niezwykle trudno jest odnaleźć w tej konwencji swoją autorską opowieść, której nie przedstawiono już setki razy. Zatem z tym większym zaciekawieniem wyczekiwałem premiery Twórcy, za którego odpowiada Gareth Edwards, twórca moich ulubionych filmowych Gwiezdnych wojen XXI wieku. Można było obiecywać sobie sporo.
The Creator przenosi widzów w przyszłość, gdzie sztuczna inteligencja wdała się w otwarty konflikt zbrojny ze swoimi stwórcami. Nim jednak jedną z frakcji czeka całkowita anihilacja, pracujący na zlecenie wojska Joshua (John David Washington) musi odnaleźć tytułowego twórcę całego AI. Po drodze napotka niezwykłe dziecko, który może zmienić bieg historii. Jak zatem łatwo stwierdzić, Edwards oraz współscenarzysta Chris Weitz też oglądali kiedyś obie części Terminatora, przez co kwestie humanoidalnych robotów, buntu tychże oraz młodego wybrańca mają, jak to się mówi, obcykane.
Niestety, jak łatwo zauważyć, jest to motyw powracający w fantastyce naukowej niemal od momentu jej powstania. Nadzieja na eksplorację aspektów relacji człowiek–robot dość szybko umiera, gdyż poza ogólnym zarysem świata przedstawionego nie dowiadujemy się zbyt wiele. Co więcej, dotyczy to właściwie każdego elementu składającego się na world-building. Jest jakieś wojsko, czy tam rząd, nowy podział geopolityczny, ruchy oporu i partyzanci, potężna broń oraz generacje robotów. Coś z tego wynika? Ależ skąd, to tylko kolejne kolorowe paciorki na sznurku, którym Edwards macha nam przed nosem. Zobaczcie, ale się dzieje, co za wspaniała zabawa!

Przyznać jednak należy, że całe to wymachiwanie koralikami, to prawdziwa uczta dla oczu. Budżet wyniósł zaledwie 80 milionów dolarów. Tylko w mijającym sezonie znalazło się kilka filmów o budżecie kilkukrotnie większym, z efektem końcowym wywołującym tylko pobłażliwy chichot (chociażby CGI we Flashu). Edwards i jego ekipa doskonale poradzili sobie z pieniędzmi, prezentując tętniący życiem świat właściwie w każdym kadrze. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że pierwsze kroki w przemyśle autor stawiał na polu efektów specjalnych, przez co wie, jak małym nakładem środków uzyskać zadowalające rezultaty. Zarówno efekty praktyczne, jak i modele CGI, scenografia, kostiumy czy same projekty świata przedstawionego świadczą o ogromnym talencie realizatorskim. Nie zmarnowano tu ani dolara i trud ten powinien zostać doceniony, m.in. przez branżowe nagrody.
Jednak nawet złote statuetki nie zapełnią tej pięknej scenerii życiem, bowiem tam, gdzie góruje oprawa, kuleje scenariusz. O gatunkowym pożyczaniu mówiłem tu już parokrotnie, ale ciężko na nowo wynaleźć koło, choćby miało futurystyczna i neonową poświatę. Twórca nie oferuje sobą żadnego autorskiego spojrzenia na zagadnienia, które przedstawia. To zwyczajnie zbita w pełnometrażową całość seria scenek, prezentująca jak mógłby wyglądać świat za x lat według reżysera i artystów koncepcyjnych.
Pada tam kilka obligatoryjnych zdań o prawach robotyki Asimova, o tym na ile ludzki (w aspekcie empatii, aniżeli konstrukcji i działania organu) i może być syntetyczny umysł, kolejnym kroku w ewolucji i innych fatalistycznych wizjach. Co prawda bohaterowie zmierzają od punktu A do punktu B, ale z czasem liczba zagadnień do odhaczenia sprawia, że tracimy z oczu nadrzędny cel fabuły. W pewnym momencie zadałem sobie pytanie, co właściwie zamierza zrobić nasz protagonista i jakimi środkami chce to osiągnąć. I gdy już zacząłem krystalizować w swym umyśle odpowiedź, ta znów rozpadła się na kawałki, bo nadszedł czas na zmianę wytycznych.

W wejściu na potencjalne wyżyny kreatywności nie pomaga również plejada aktorów zaangażowana w film. John David Washington wciąż działa na tym samym autopilocie, który prowadził go przez Tenet. Choć zdarzy mu się czasem krzyknąć czy zapłakać, głównie wpatruje się w futurystyczną dal w chwili refleksji. W ramach tego konkretnego filmu wypada jednak idealnie, jest bowiem równie przezroczysty, co cała reszta obsady… To aż niezwykłe. Mimo że w filmie pojawiają się takie figury jak Ken Watanabe, Allison Janney czy Gemma Chan, żadnemu z nich nie udaje się zabłysnąć chociaż w jednej scenie. Każdy solidnie odgrywa swoją posiadającą jedną cechę charakteru postać, ale wątpię, żeby ten angaż zmienił cokolwiek w ich karierach.
Na plus mogę zaliczyć jednak występ, który zazwyczaj odstaje jakościowo od reszty aktorskiej plejady. Mowa tu o debiutującej na wielkim ekranie Madeleine Yuna Voyles, która wyłamała się że stereotypu kolejnego irytującego bohatera dziecięcego. Wierzę w jej emocje, reakcje, potrzeby i słowa. Alphie nie stanie się raczej postacią kultową, ale oglądanie tej młodej aktorki przy pracy to pasjonujące doświadczenie. Trzymam kciuki za dalszą karierę.
Trzymam też kciuki za Garetha Edwardsa. Miał już okazję zachwycić mnie swoimi filmami i jestem przekonany, że nadal potrafi to robić. Niestety Twórca to przykład spadku, obrazujący zarówno wady, jak i zalety reżyserii Brytyjczyka. Aspekt wizualny, światotwórstwo czy umiejętne zarządzanie niewielkim budżetem są wciąż na najwyższym poziomie. Z kolei jako dzieło fabularne film staje się kolejną kroplą w morzu science fiction. Nie oferuje sobą absolutnie niczego, czego już nie widzieliśmy, czytaliśmy czy ograliśmy wielokrotnie. Niemniej z pocałowaniem ręki przyjmę wadliwe, choć autorskie podejście do gatunku zagrożonego, jakim staje się porządna fantastyka naukowa w zalewie kolejnych adaptacji czy sequeli. Niczym ludzkość w świecie przejętym przez AI, aby nie wymrzeć, należy wziąć się za siebie, wspierać i rozwijać. No i chodzić do kina na autorskie filmy.
Korekta: Kamil Walczak
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
