Advertisement
49. Festiwal Polskich Filmów FabularnychFestiwaleFilmyNowe Horyzonty 2024Recenzje

„Minghun” – Ostatni członek rodziny [RECENZJA]

Norbert Kaczała
fot. „Minghun” / materiały prasowe Nowe Horyzonty
fot. „Minghun” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Jan P. Matuszyński już lata temu skradł moje filmowe serce sprawiając, że na każdą premierę sygnowaną jego nazwiskiem czekam z niemałym utęsknieniem. Tym bardziej, gdy na ekrany kin przenosi po raz pierwszy historię nieadaptowaną, a opartą na autorskim scenariuszu (autorstwa Grzegorza Łoszewskiego). Co więcej, w historii tej ścierać się będą różne kultury, filozofie i aspekty duchowe, przez co tym ciekawszych dyskusji po filmie można było oczekiwać. A skoro Nowe Horyzonty wybierają Minghun jako jeden z filmów otwarcia, coś w tym tyglu rozważań musi być. Dowiedzmy się zatem, co takiego.

Jerzemu (Marcin Dorociński) po raz kolejny los odebrał najbliższą osobę. Kilkanaście lat temu żonę, a obecnie życie straciła jego córka Masia (Natalia Bui). Do Polski na ceremonię pogrzebową przybywa teść mężczyzny – Ben (Daxing Zhang), który proponuje Jurkowi coś więcej niż pochówek. Tytułowy „minghun”, to ceremonia „zaślubin po śmierci”, rytuał mający na celu powiązać małżeństwem dwie dusze, aby nie zaznały one samotności w zaświatach. Rozpoczynają się zatem podwójne poszukiwania: idealnego partnera dla Masi, oraz sensu w tak kuriozalnym – zdaniem Jerzego – zabobonie.

W tym kameralnym filmie, Matuszyński nie zamierza podsuwać nam gotowych recept na radzenie sobie ze stratą i jak przejść żałobę. To raczej zaproszenie do niezobowiązującej rozmowy, mającej dać pociechę przy tak uniwersalnej sytuacji jak śmierć. Nie bez powodu film dedykowany jest zmarłemu rok wcześniej ojcu reżysera, bowiem sam twórca zamierza przysiąść się do nas i spróbować zrozumieć jak przejść przez to właściwie. Sęk w tym, że nie ma żadnego „właściwie”. Bez względu na to, czy tak jak Jurek nie wierzymy w żadne niebo, jak Benny chcemy pomóc zbłąkanym duszom, czy po prostu pogodzić się z odejściem najbliższych, żadna z obranych ścieżek nie będzie jedyną słuszną. Bo nie chodzi tu o wymierne dowody na istnienie tejże duszy, ale by znaleźć w niej spokój. Naszej własnej również.

fot. „Minghun” / materiały prasowe Nowe Horyzonty
fot. „Minghun” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

W aspekcie filozoficznym, ciężko uznać Minghun za film jakkolwiek odkrywczy. Co jednak pozytywnie zaskakuje, twórcy zdają się być tego faktu w pełni świadomi. Sami bohaterowie nieraz otwarcie narzekają na wyświechtane frazesy o przeznaczeniu, życiu pozagrobowym czy nawiedzeniach i proroczych snach. To po raz kolejny przypomnienie sobie dość aksjomatycznej prawdy, że ludzie odejdą. A to w jakiś sposób ich pożegnamy i po co to w ogóle zrobimy zależy tylko od nas. Czy ktoś każe nam kupować trumnę, wieńce i wygłaszać mowy? Skąd. Robimy to tylko dla samych siebie i zbiorczych oczekiwań społeczeństwa.

I za to chwała Matuszyńskiemu, nie boi się on powiedzieć jak absurdalne są to wymogi. W tych sepulkralnych perypetiach regularnie dochodzi do sytuacji humorystycznych, a czasem jawnie zabawnych. No bo co za różnicę zrobi Masi czy jej martwy narzeczony gra na skrzypcach w filharmonii, czy keyboardzie na weselu? A tutaj są to rozterki wręcz fundamentalne. I nawet pośród wątpliwych entuzjastów czarnego humoru (a z kilkorgiem siedziałem na sali) ciężko nie było zaobserwować okazjonalnego uśmiechu na ustach. Elementem prozy życia, jest jego koniec. I chyba czas się z tym wreszcie pogodzić.

Przy szarej codzienności tego co nieuchronne, występy aktorskie nie mogły zostać przeszarżowane. Ile to już razy aktorzy miotali się w konwulsjach i klęli na czym świat stoi, bo niesprawiedliwy los odebrał im jedyne dziecię. Marcin Dorociński potrafi jednak cały ten gniew i bezmoc skondensować w spojrzeniu. W jego smutnych oczach odbijają się refleksy całej ludzkiej niesprawiedliwości, a nieznaczne tiki nerwowe sygnalizują, że i on zacząłby szarżować w gniewie, ale nie starcza mu sił. To rola niezwykle subtelna i powściągliwa, ale w dobranych środkach wyrazu zawiera wszystko, co niezbędne do stworzenia autentycznej postaci. Nawet przez fakt, że rozmowy z teściem muszą odbywać się w drugim języku każdego z nich, każde wypowiedziane słowo jest ostrożnie dobrane. W mowie ojczystej posłałby w stronę Bena niejeden cudowny monolog, ale to inne okoliczności. Tak jak pogrzeb: oficjalne, taktowne i choć emocjonalne, to wciąż powściągliwe.

fot. „Minghun” / materiały prasowe Nowe Horyzonty
fot. „Minghun” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Powściągliwym można nazwać też aspekt wizualny filmu Matuszyńskiego. Kacper Fertacz ukazał na wpół umarły świat Jerzego dokładnie takim, jakim widzi go bohater. Zastygły w miejscu. Tak znajomy, a jednak pozbawiony czegoś fundamentalnego. Niemal każde ujęcie jest statyczne, a nie licząc okazjonalnych zoomów i jednego szwenku, kamera jest właściwie zostawiona sama sobie. Jakby każdy ruch mógł jeszcze bardziej naruszyć fundamenty domu rodzinnego, a ten miał runąć dokumentnie. To piękne, centralnie komponowane kadry, w których ciężar pustej przestrzeni zgniata, niczym prasa na złomowisku. Jedynym znakiem prawdziwego życia jest muzyka, tak bliska filmowej Masi. Stefan Wesołowski wypełnił wnętrza pięknymi dźwiękami młodzieńczej miłości i melancholii wywołanej jej końcem. Jest jeszcze kilkukrotnie słuchana piosenka głównej bohaterki, wykonana i skomponowana przez Maję Laurę Jaryczewską, której wersety niosą się echem po mojej pamięci niczym po przytoczonym wyżej mieszkaniu.

Minghun to bez wątpienia film twórcy dojrzałego i samoświadomego. Matuszyński nie próbuje zredefiniować gatunku, surfować po grzbiecie jakiejś nowej fali czy czegokolwiek komuś udowadniać. Opowiada nam historię, którą zapewne sam musiał przetrawić i wyciągnąć z niej lekcje w trudnych chwilach. Ten film jest jak słodko-gorzkie wspomnienie przywołanie nad trumną bliskiej nam osoby. A pamiętacie jaki był zdolny? Jakie piękne filmy z cudną muzyką robił? Dobrze nam wtedy było.

Korekta: Daniel Łojko

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.