„Mumia: Film Lee Cronina” – Zemsta faraona [RECENZJA]
Choć będzie to kontrowersyjna opinia, nie przeszkadzają mi rebooty i remaki. Na gniewne pytania „ile można?” lub „po co?” odpowiadam zazwyczaj: do skutku. Każdorazowo, dopóki autor kolejnej inkarnacji danej postaci czy serii ma na nią jakiś pomysł. A skoro Lee Cronin kilka lat temu stworzył uwielbiany przeze mnie sequel Martwego zła, nie miałem podstaw, by nie zaufać mu po raz kolejny. Klasyk z Fraserem pozostanie nietknięty, poprzeczka po filmie z Tomem Cruisem nie wisi wysoko, a mroczna mitologia Egiptu nie jest zbyt często eksplorowana w kinie rozrywkowym. Co może pójść nie tak? To przecież tylko film o mumii.
Przed ośmiu laty córeczka Larissy i Charliego została uprowadzona w czasie rodzinnego pobytu w Egipcie. Jednak gdy nadzieja na szczęśliwe zakończenie poszukiwań już niemal zgasła, Katie przypadkiem zostaje odnaleziona, zamknięta w starożytnym sarkofagu. Dziewczynka wraca do domu, powoli zmieniając życie rodziny w koszmar, ujawniając wpływ nieczystych sił. To dość fundamentalne założenie fabularne, ale oferujące całkiem spore pole do popisu, zwłaszcza biorąc na tapet motyw igrania ze starożytnymi bogami, klątwami i całym pustynnym anturażem. Jednak Cronina nie stać było ani na wyprawę do Egiptu, ani na dłuższy research, ani na script doctoring. Tytułowa mumia jest wyłącznie pretekstem marketingowym, żeby po raz kolejny sprzedać nam ten sam pozbawiony charakteru film o opętaniu. Gdyby ciało Katie zostało odkopane gdzieś w Japonii, pośród irlandzkich wzgórz czy pozostałości pogańskiej wsi gdzieś w Europie Środkowej, nie zmieniłoby się nic. No, może profesor tłumaczący stary język musiałby zmienić specjalizację.

Według informacji dostępnych w sieci zanim w ślad za sugestią Jamesa Wana Cronin podjął się tematu, z którym nie miał jeszcze do czynienia, pierwotnie miał zabrać się za kolejną inkarnację Martwego zła. Widać to w niemal każdej sekundzie materiału filmowego. Demony rzucają kąśliwe uwagi, jakby stał przed nimi sam Ash Williams, poziom gross-outu znacząco przewyższa realny niepokój, a cyniczne uśmiechy niektórych postaci nadają całości campowy klimat. Czy te składowe są jakkolwiek złe? W poważnej historii o tragedii dwójki rodziców – owszem. Przed seansem bardzo chciałem odciąć się od tych porównań, które wielokrotnie stosowali inni krytycy, jednak nie sposób nie dostrzec, jak bardzo reżyser chciałby znowu chociaż przekartkować Necronomicon. Ale niestety, na urodziny dostał tylko Egiptologię, której ostatecznie nie przeczytał. A szkoda, bo to super książka. Mumia: Film Lee Cronina stoi przez to w nieporadnym rozkroku między przygnębiającym filmem o traumie a popcornową szamotaniną w nawiedzonym domu.
Pod względem realizacyjnym jest wręcz obraźliwie przeciętnie. Ciała są telepatycznie miotane na wszystkie strony, podłoga na korytarzu, po którym co chwilę ktoś biegnie, skrzypi niemiłosiernie, oprawa muzyczna to pobrane z biblioteki „niepokojące sample vol. 3”, a spowite w półmrok sylwetki wyginające się nienaturalnie prowokują tylko do poprawienia się w kinowym fotelu. Jedyna realna siła tkwiąca w oprawie Mumii: Filmu Lee Cronina to pojedyncze, zaskakujące sceny czy ujęcia. Uczta kojotów była niezwykle przyjemną kontrą do ogólnej przeciętności, a cała stypa będzie wspominana przeze mnie bardzo cieplutko. Jednak ponownie: nie znalazły się one we właściwym filmie. Czy to jest film tego samego człowieka, który dał mi piękną hybrydę i scenę z pistoletem do tatuażu w 2023 roku?

Chcę wierzyć w Lee Cronina. Na bezkresnej pustyni przeciętności dostrzegam czasem samotną oazę, w której kryje się źródło kreatywności. Z odpowiednim projektem reżyser byłby pewnie w stanie dać nam przyzwoitą, angażującą i, co ważne, autorską wizję. Tymczasem, jak zamknięta w sarkofagu dziewczynka, został skrępowany egipskimi bandażami, ograniczającymi każdy jego ruch. A my tkwimy tak razem z nim, usadowieni w kinowym fotelu, marząc o ciekawej wycieczce do Egiptu, a dostając smród z zatęchłego grobowca.
Korekta: Oliwia Kramek
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
