Advertisement
KomiksKultura

„Przypadek Hany” – Komiks na ważny temat [RECENZJA]

Norbert Kaczała
„Przypadek Hany”
fot. „Przypadek Hany” / materiały prasowe Nagle Comics

W opublikowanej niedawno recenzji Witajcie w Hope wspominałem o moim szczerym uczuciu do znikomych ograniczeń kina gatunkowego Korei Południowej. Bezkompromisowe połączenie ze sobą skrajnie nieprzystających elementów, łączących się w zaskakująco spójną całość. Jednak często tam, gdzie widzimy realizacyjny rozmach, kryje się kameralny dramat. Gdzie fabuła jawi się jako szablonowa, odnajdujemy zaskakujące rozwiązania fabularne. I tam, gdzie całe polskie gremium komiksowych recenzentów jednogłośnie chwali nowy komiks od Nagle!, ja zamierzam narzekać.

Tytułową Hanę i jej trudny przypadek poznajemy nieco później, choć już pierwsze kadry komiksu Lee Dong-euna prezentują bohaterkę w niemej scenie tańca. Zanim jednak zrozumiemy, kim jest, autor przedstawia nam Kyung-woo – młodego nauczyciela, który właśnie został przeniesiony na prowincję. Jego narzeczona została w Seulu, podczas gdy ten próbuje zaaklimatyzować się w nowym lokum. Przewrotny los stawia na jego drodze nie tylko apodyktycznego właściciela mieszkania, ale i jego żonę, Hanę, z którą Kyung-woo chodził do liceum. Dwie zagubione i niepewne jednostki odnawiają kontakt i zacieśniają ze sobą więź sprzed lat. Nim jednak rzucimy się w żar zastygłej namiętności, będziemy stopniowo dmuchać na tlący się ledwie płomyk nadziei i ciepła, bowiem Przypadek Hany to historia przeszywająco wręcz zimna.

„Przypadek Hany”
fot. „Przypadek Hany” / materiały prasowe Nagle Comics

Cenię sobie realizacyjny minimalizm. To egzamin umiejętności twórczych zarówno komiksiarza, jak i reżysera/aktora, aby niewielkim nakładem środków zaprezentować odbiorcy mnogość emocji i przemyśleń. I od strony formalnej, taki właśnie jest Przypadek Hany. Wiele scen pozbawionych dialogu wybornie nakreśla kształtującą się relację między postaciami wyłącznie za pomocą rzuconych spojrzeń, mimiki czy nawet ujęć prezentujących „scenografię” wydarzeń. Dodając do tego charakterystyczną kreskę Jeong Yi-Yonga, staje się to tym bardziej imponujące, widząc jak niewiele detali jesteśmy w stanie wyciągnąć z oprawy wizualnej. Ten komiks bez najmniejszego problemu mógłby stanowić gotowy storyboard do swojej własnej filmowej adaptacji i nie utraciłby zupełnie nic ze swojego dramatyzmu i realistycznego podejścia do relacji międzyludzkich. Tylko niestety, to ze wspomnianymi relacjami mam pewien problem.

Chociaż staram się chować osobiste preferencje czy odgórne założenia w kieszeń podczas omawiania pewnych tekstów kultury, wielokrotnie jakiś tekst szarpnie konkretne struny. Niektóre z nich, nawet jeśli wydadzą nieprzyjemne dźwięki, opowiedzą o istotnej kwestii. Stworzą zaskakującą i dojrzałą artystycznie kompozycję, a ja zapłakany lub wściekły i tak uznam efekt końcowy za wybitny. W Przypadku Hany szarpana jest ta jedna z najcieńszych, jednak na koniec odsłuchu byłem zmęczony zarówno moim osądem emocjonalnym, jak i scenariopisarsko-krytycznym. Choć historia dotyka realnych, niezwykle powszechnych problemów i traktuje je z odpowiednią powagą czy dojrzałością, uważam ją za banalną i dość instrumetalizującą główną bohaterkę. Stawianie chochołów w słusznej sprawie nadal jest budowaniem kukieł, aby mieć na kogo wskazać palcem. Czy historia na ważny temat to od razu historia ważna? Czy pamiętacie, że zło jest złe? Czy to wszystko zależy? Może to deficytowe pokłady empatii, ale ciężko mi realnie wzruszyć się losem postaci, skonstruowanej tylko po to, abym na każdej ze stron oglądał kolejne akty cichego okrucieństwa, naprzemiennie z miejscami niezręcznymi aktami szukania pociechy w niesprzyjającym świecie.

„Przypadek Hany”
fot. „Przypadek Hany” / materiały prasowe Nagle Comics

Oddając cesarzowi co cesarskie, scenarzyście wielokrotnie udaje się uniknąć binarnego rozgraniczenia na dobro i zło, szukając źródła kontrowersyjnych decyzji i zachowań nawet najpodlejszych z bohaterów. I choć jak nadmieniłem wyżej, dość czytelnie widać jak pretekstowo potraktowano niektóre wątki, by stopniowo zmierzać do wielowątkowej tragedii. O ironio, gdyby niektórzy z bohaterów zdobyli się na odwagę i w niemych scenach zamienili ze sobą kilka gorzkich słów, skróciłoby to metraż komiksu o połowę, a skalę cierpień o pewnie drugie tyle. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto zawsze odezwał się wtedy, kiedy trzeba coś szczerze wyznać. Tak działa świat, takie jest życie, takie scenariusze są pisane.

Tam, gdzie artystyczna subtelność uwzniośla komiks, fabularna przeciętność ciągnie go w dół. Stoimy pośrodku skali, gdzie, tak jak w prezentowanym w komiksie życiu, nic nie jest takie proste w osądzie. Przypadek Hany to bez dwóch zdań opowieść dojrzała, jednak wałkowana już wielokrotnie, często po prostu lepiej. Poczułem zaplanowany przez twórców dyskomfort, jednak był on już uczuciem zbyt znajomym, abym realnie uronił łzę. Pozostaje mi wzruszyć ramionami i po raz nie wiadomo który przyznać, że takie jest życie, taka jest sztuka, taka jest nasza natura.

korekta: Monika Konkol

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.