KomiksKultura

“Hellblazer”, czyli drugi tom zbiorczy napisany przez Gartha Ennisa [RECENZJA]

Marcin Kempisty
Hellblazer recenzja komiksu
Okładka komiksu fot. Egmont

Do tej pory wydawało mi się, że nie jest mi po drodze z komiksami Gartha Ennisa. Jego bodaj najpopularniejsze dzieło – Kaznodzieja – jawi się jako niezaprzeczalnie urocza bajka, lecz pozbawiona w pewnych momentach dobrego smaku i umiejętności posuwania fabuły do przodu. Wiele tam scen ufundowanych na ogromnej potrzebie szokowania czytelników. Choć trudno odmówić Hellblazerowi również tego pierwiastka, to scenariuszowa praca Ennisa nie jest związana tylko z tą stroną historii. Tym razem, na szczęście, irlandzkiemu twórcy udaje się stworzyć postać z krwi i kości, której losy są przedstawione zarówno w sposób wybitnie jednostkowy, wszak mowa o czarodzieju mającym kontakty z zaświatami, ale także uniwersalny.

Gwoli przypomnienia: dzięki wydawnictwu Egmont na polskim rynku pojawiają się kolejne zbiorcze tomy przygód Johna Constantine’a, który po raz pierwszy pojawił się w komiksach poświęconych perypetiom Potwora z bagien pisanym przez Alana Moore’a. Jak do tej pory pojawiły się dwa tomy przygód Hellblazera od Briana Azzarello oraz dwa tomy napisane wcześniej przez Ennisa. Do wydania Egmontowi pozostał jeszcze jeden tom Ennisa i jeden autorstwa Warrena Ellisa.

Pierwszy tom zbiorczy rozpoczyna się od tragicznej wiadomości dla Constantine’a – oto nowotwór zżera jego ciało, przez co pozostało mu ledwie kilka miesięcy życia. By poradzić sobie z chorobą, musi wykiwać nawet moce nieczyste. Później ściga także członka brytyjskiej rodziny królewskiej opętanego przez demona. Pierwsze numery Ennisa cechowały się niesamowitą odwagą w przekraczaniu granic, ale także sumienną pracą nad szczegółową prezentacją charakteru bohatera. Rozbudowane monologi pełne były szczerych wyznań na temat tego, w jakim kierunku potoczyło się życie Johna.

Hellblazer egmont recenzja
Plansza z komiksu fot. Materiały prasowe

Opowieści zamieszczone w drugim tomie nie są już aż tak odważne. Choć nadal są skonstruowane w ciekawy sposób, brakuje im elementu zaskoczenia, który wcześniej był niczym obuch uderzający w głowę czytelnika. Kolejne prace Ennisa są odrobinę bardziej wyważone, przynajmniej na niwie scenariuszowej. To wcale nie oznacza, że również rysunki zostały uładzone. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza wspierający Irlandczyka Steve Dillon jak nikt potrafi oddać makabryczne wizje rozrywanych ciał i jak nikt przedstawia przedziwne formy astralne – niebiańskie oraz demoniczne – jakie przewijają się przez kolejne strony komiksu. Często stawia na realizm, choćby w zeszycie Czterdziestka, w którym Constantine przekracza magiczną barierę wieku i dokonuje swego rodzaju podsumowania dotychczasowego życia. Z drugiej strony, w zeszytach rysowanych przez Willa Simpsona, pojawiają się bardziej ekspresjonistyczne, monokolorystyczne rysunki utrzymane w różach, czerwieniach lub zieleniach.

Warto uszanować Ennisa za rozwijanie strony psychologicznej Constantine’a. Mimo że zeszyty fabularnie nie są często ze sobą powiązane, to wyraźnie dostrzegalna jest dynamika zmian, którego determinują kolejne poczynania bohatera. Choć nadal najbliżej mu do cynizmu, pojawiają się także w jego myślach bardziej liryczne partie monologów, zwłaszcza gdy myśli o swojej partnerce Kit Ryan. Ta relacja sprawia, że mężczyzna toczy wewnętrzny konflikt, od którego zależy, na ile dane mu będzie odnaleźć szczęście na swojej drodze.

Hellblazer recenzja egmont
Plansza z komiksu fot. Materiały prasowe

Jednakże wspomniany szacunek dla Ennisa ma swoje granice. Niestety, czasami zbyt dużo czasu poświęca tym sercowym rozterkom, przez co “mięso” opowieści schodzi na dalszy plan. Niby życie Constantine’a nie musi być związane tylko z walką z demonami, niemniej jednak czytanie na wielu stronach o jego miłosnych wątpliwościach staje się odrobinę nużące. Innymi słowy, co za dużo, to niezdrowo. Wątki obyczajowe są mile widziane, ale nie zawsze w takich ilościach, gdy bohaterem jest osoba korzystająca z magicznych sztuczek przeciwko wszelkiej maści demonom, wilkołakom, duchom i innego rodzaju strzygom.

Choć bardziej ceniłem historie z pierwszego tomu zbiorczego autorstwa Irlandczyka, również w drugim pojawiają się dwa cudeńka, do których warto wracać i którymi warto się zachwycić. Mowa o zeszytach Ciało i dusza oraz Najwspanialsza chwila. Dużo w tych dwóch opowieściach rzewności, swego rodzaju ujmującej melancholii. 

Brutalność i sentymentalizm, dosłowność i metaforyczność, cynizm i potrzeba szczerości – to na tych, pozornie sprzecznych filarach stoi Hellblazer. Ennisowi nadal skutecznie udaje się połączyć odmienne żywioły, dzięki czemu po wielu latach od premiery jego zeszyty nic nie tracą z aktualności, a także warsztatu. Nic tylko czytać i zachwycać się historią Johna Constantine’a, który w walce o pokój potrafi niemalże zstąpić do piekieł.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.