“Monument” – Nowy film Jagody Szelc [RECENZJA]

Grupa studentów wydziału hotelarstwa jedzie autokarem do hotelu umieszczonego w głębi lasu, by wywiązać się z wymaganych praktyk. Podróż odbywa się nocą, zmęczenie powoli obezwładnia wszystkie podróżujące organizmy, nawet spożywany na postoju alkohol nie chroni przed nadciągającą sennością. Zamykają się oczy, puls zwalnia, aż wreszcie zapada ciemność. Pobudka również nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Po kierowcy, wiecznie trzymającym w ustach tlący się papieros, nie pozostanie choćby ślad, nadal będzie panować mrok, a przed zgromadzonymi rozpościerać się będzie zimna bryła przybytku, w którym przyjdzie im odbywać staż pod nadzorem bezlitosnej menadżerki.

Zobacz również: Łukasz Grzegorzek: „Jestem ekspertem od własnego życia” [Wywiad z reżyserem “Córki Trenera”]

Tak oto rozpoczyna się Monument w reżyserii Jagody Szelc, której zeszłoroczny debiut był jednym z najbardziej zaskakujących wydarzeń ostatnich lat w polskim kinie. Tym razem artystka wraca na wielki ekran wraz z dwudziestką absolwentów łódzkiej filmówki, dla których jest to film dyplomowy, jak również symboliczne odcięcie studenckiej pępowiny i prawdziwe wejście w dorosły świat pozbawiony bezpiecznych murów uczelni. Nie należy jednak traktować tego zaliczenia po macoszemu, niesprawiedliwością byłoby spoglądanie na aktorów przez pryzmat ich młodego wieku i niewielkiego doświadczenia. Protekcjonalne spojrzenie utrudni bowiem odnajdywanie szczegółów świadczących o ogromnej świadomości tego, co reżyserka i jej zespół mają do zaproponowania. Wprawdzie Monument to taniutka maszyna, kosztująca ledwie dwieście tysięcy złotych, lecz nanobudżet nie przeszkodził w jej odpowiednim naoliwieniu i wprowadzeniu na tory prowadzące twórców oraz widzów w stronę wewnętrznej rewolucji.

Monument

To ten rodzaj kina, w którym od razu ma się wrażenie, że walka toczy się o najwyższą stawkę, o być albo nie być dla obserwowanych postaci. Początek stażu jest przecież dla studentów wstąpieniem do krainy wyzysku, w której nie ma miejsca na jakąkolwiek oznakę indywidualności, czy spontaniczności. Karzące oko menadżerki wyłapuje najdrobniejsze potknięcia, toteż cielesna tresura odbywa się na każdym polu. Koszule pracowników mają być czyste i wyprasowane, goście szybko obsłużeni, a gdy któryś z kelnerów tylko trochę zacznie się garbić, to w kołnierz zostanie mu wpięta szpilka, która zrani go przy każdym pochyleniu głowy. Dehumanizacja młodzieży ma wymiar totalny, gdy zostają nawet pozbawieni własnych imion. Wszystkie kobiety staną się Annami, zaś mężczyźni Pawłami. Mają szczęście, mogli w końcu otrzymać obozowe numery.

Zobacz również: „Wspomnienie lata”, czyli wakacyjna impresja [RECENZJA]

Z biegiem czasu okazuje się jednak, że pobyt w hotelu nie gwarantuje tylko doświadczania przemocy. Życie na odludziu, z dala od wścibskich oczu społeczeństwa, pozwoli na większą ekspozycję indywidualnych marzeń i lęków. Bohaterowie nareszcie wyjdą z kokonu bezpieczeństwa i zaczną otwierać się przed innymi, co doprowadzi do prawdziwego zderzenia ze skrywanymi problemami. To właśnie wtedy objawi się w pełnej krasie kunszt Szelc, gdy prowadzona przez nią narracja wyzbędzie się filmowych sztuczek, a stanie się jedynie rejestracją zachowań, którym ulegną studenci.

Oko kamery momentami tak mocno wwierca się w rzeczywistość, jak gdyby czekało na pęknięcie materii i wyskoczenie z tej dziury nadnaturalnej niespodzianki. Pełno jest scen, w których powolne zbliżenia potęgują napięcie i wymuszają oczekiwanie na nadejście niespodziewanego. Nie są to jednak zabiegi wyciągnięte z szufladki z horrorami. Drugi film autorki Wieży. Jasnego dnia jest bowiem zapisem rozpadającego się świata. Nareszcie przeszłość powoli odchodzi w zapomnienie, a na jej miejscu pojawia się teraźniejszość z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Monument

O ile formalnie Monument prezentuje się znakomicie, o tyle czasami powstaje wrażenie, że wielu aktorów zostaje zgubionych po drodze. Nie sposób każdemu z nich poświęcić należytej uwagi, toteż ich sylwetki są nakreślone jedynie szkicowo i w pośpiechu. Brakuje czasu, a przede wszystkim przestrzeni dla ich osobowości, co odrobinę stoi w sprzeczności z samą ideą przyświecającą temu filmowi. Jak gdyby od samego początku produkcja Szelc była naznaczona grzechem pierworodnym, możliwym do pokonania tylko przez najsilniejsze, najbardziej utalentowane jednostki. I tak właśnie się dzieje: na czoło wysuwa się zaledwie kilka postaci, których losami można się w jakikolwiek sposób przejąć.

Zobacz również: „Der Goldene Handschuh” – Zwłoki i pachnące sosny w najnowszym filmie Fatiha Akina [RECENZJA]

Wprawdzie Monumentu nie można traktować jako terapii w pełnym tego słowa znaczeniu, niemniej jednak jest coś ujmującego w tej psychomachii bohaterów, w ich szamotaniu się z odchodzącą niewinnością. Może nie każdy ich dramat wybrzmiewa z pełną mocą, niemniej jednak nie będzie przesadą, jeżeli na ten film spojrzy się niemalże jak na świadectwo pokoleniowego doświadczenia. Gdy bowiem sztuka zostaje naznaczona piętnem prawdziwego życia, to ujawnia się w pełnej krasie uniwersalna opowieść o ludziach poszukujących własnej drogi, o potrzebie wolności i lęku przed jej nieograniczoną przestrzenią. Z intymnego tonu wydobywa się cichutki szept obwieszczający potrzebę totalnej rewolucji, przetransformowania rzeczywistości na nową modłę, umożliwiającą pełniejsze wyrażanie potrzeb i ambicji. Zresztą sama taktyka reżyserki polegająca na świadomym ukazaniu filmowych mechanizmów zmusza widza do osobistego zderzenia z obserwowanym światem, na ciągłym odbieraniu sygnałów prowadzących do własnych przemyśleń. Dzieło Szelc jest jednocześnie ceremonią dla aktorów i lustrem dla obserwatorów.

Monument można przyrównać do rytualnego praktykowania transgresji prowadzącej do ucieczki ze skorupy niedojrzałości. To cielesne dziady, podczas których toczy się walka o odzyskanie własnego życia, o odczucie ciężaru skóry i podejmowanych wyborów. To kolejne zaproszenie od reżyserki do wykonania indywidualnej pracy, do pokonania drogi wiodącej ku samoakceptacji. To wreszcie zachęta do obalenia zmurszałych postumentów, którym bezrefleksyjnie oddaje się pokłony, do postawienia monumentu własnej przeszłości, co ostatecznie doprowadzi do przebudzenia się w trakcie jasnego dnia.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.