“Królowa strachu” – Recenzja

Prezentowana na tegorocznym Sundance Królowa strachu wydawała się być jednym z najciekawszych tytułów pokazywanych na 34. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Okazało się jednak, że mariaż kina obyczajowego z elementami horroru i metakomentarzami na temat sztuki nie był najskuteczniejszą drogą do osiągnięcia sukcesu. Niby Valeria Bertuccelli Fabiana Tiscornia skrupulatnie wznosiły fabularną konstrukcję, lecz wykorzystane składniki okazały się niewystarczające do osiągnięcia kinematograficznego Parnasu.

Zobacz również: „Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” – Recenzja

Wszystko rozpoczyna się sceną godną najlepszych dzieł grozy. Oto popularna aktorka Robertina (w tej roli występuje sama Bertuccelli) przebudza się w środku nocy i zauważa, że w jej domu został odcięty prąd i panują egipskie ciemności. Poziom lęku rośnie z minuty na minutę, toteż decyduje się wezwać firmę ochroniarską w celu ustalenia przyczyny usterki oraz sprawdzenia, czy aby na pewno nikt nie zdążył w międzyczasie wtargnąć do jej domostwa. Przybycie czterech dziwacznie zachowujących się mężczyzn, zadających pytania i węszących po wszystkich zakamarkach wzmaga poczucie osaczenia u bohaterki. Twórczyniom udaje się skutecznie podszyć pod stylistykę horroru, dobitnie obrazując demony dręczące protagonistkę.

Królowa strachu

Sęk w tym, że stosunkowo szybko reżyserki odwracają się od kina gatunkowego i portretowania stanu psychicznego aktorki za pomocą skrupulatnie zaplanowanych kadrów. Twórcze wykorzystywanie obrazu schodzi na dalszy plan, ustępując pola konwencjonalnej i stanowczo za bardzo przegadanej historii o blokadzie twórczej, niemocy wyartykułowania wewnętrznych bolączek czy o czasie jako największym przeciwniku ludzkości. Bertuccelli Tiscornią topornie posuwają akcję do przodu, ocierając się momentami o banał. Spotkania bohaterki z ciężko chorym przyjacielem może mają w sobie potrzebny pierwiastek pozytywnej energii, niemniej jednak są one przedstawiane w tak schematyczny sposób, że nie mogą realnie wpłynąć na percepcję i odczucia widza.

Zobacz również: „Diabeł morski” – Recenzja

Najgorsze w Królowej strachu są jednak te momenty, w których reżyserki wypowiadają się na temat sztuki. Nie dość, że robią z bohaterki cudotwórczynię potrafiącą w kilka dni okiełznać teatralny żywioł, to jeszcze w swoich dywagacjach zbyt często wikłają się we wnioski wyciągnięte z Premiery autorstwa Johna Cassavetesa. Za dużo w argentyńskiej produkcji odgrywania dobrze znanych klisz, a za mało poczynionych osobistych poszukiwań.

Królowa strachu

Wprawdzie połączenie stylistyki sundance’owej obyczajówki z elementami kina grozy jest szyte grubymi nićmi, niemniej jednak nie można od razu spisywać tego filmu na straty. Jest coś w tym filmie ujmującego, zwłaszcza dzięki rewelacyjnej kreacji Valerii Bertuccelli. W zasadzie to dzięki jej roli seans przebiega w sposób sprawny i bezproblemowy. Aktorka oferuje szeroką gamę przeżyć, a prezentowana przez nią naturalność jest doprawdy ujmująca.

Mimo zaprezentowanych wyżej usterek argentyński tytuł powinien zaskarbić sobie sympatię widzów. Królowa strachu jest bowiem produkcją niepozbawioną ciepła, nutki humoru, a przede wszystkim sympatii do prezentowanych postaci. Wprawdzie reżyserki nie zaprezentowały swoich umiejętności od strony realizacyjnej, niemniej jednak napisały na tyle zgrabną historię, że z niekłamaną przyjemnością można śledzić kolejne perypetie Romantiny, co to uciekała przed sceną, mimo że tylko na niej mogła w pełni rozwinąć swe skrzydła.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.