“Z perspektywy Paryża”, czyli intertekstualny niewypał – Recenzja

Zapewne wielu czytelników ma już za sobą okres “burzy i naporu” i przeszło chorobę zwaną roboczo “romantyczną gorączką”. Owo schorzenie objawia się czytaniem do poduszki twórczości zbuntowanych artystów, co to w pogardzie mieli burżuazyjną mentalność i łokciami, nierzadko odurzeni różnego rodzaju używkami, rozpychali się na scenie życia. W takich przypadkach pacjent bierze sobie do serca odczytane wersy, na ich podstawie dokonując oceny dotychczasowego życia, jak również postępowania najbliższych mu osób. Porównywani są oczywiście z góry skazani na klęskę w zestawieniu z owocami Muz.

Zobacz również: Z miłości do kina. Recenzja „Suspirii” Luki Guadagnino

Czy zwykły człowiek może stanąć w szranki z idealnie zarysowanymi bohaterami, dla których zimny bruk jest słodszy od pracy choćby delikatnie odbiegającej od zainteresowań? Poezja, z jej wymuskanymi rymami, zawsze jest większa od codzienności, a pojawiające się w niej postulaty szczelniej otulają młodzieńcze serca niż świadomość żmudnej pracy bez pewności osiągnięcia zamierzonego efektu. Zapatrzeni w sztukę, schorowani egzystują z głową w chmurach, co bywa momentami szkodliwe. To rzecz jasna nie oznacza, że poezję trzeba wyrzucić na śmietnik historii. Należy jej się jednak bacznie przypatrywać i nie pozwalać na omamienie zgrabnymi sformułowaniami.

Z perspektywy Paryża

“Romantyczna gorączka” jest jak różyczka czy świnka, której trzeba doświadczyć w młodości, by później nie mieć z nimi problemów. Nie wszyscy jednak skutecznie radzą sobie z tym schorzeniem, czego film Z perspektywy Paryża jest najlepszym przykładem. Reżyser Jean-Paul Civeyrac najwidoczniej nie przeszedł skutecznej kuracji, ponieważ zaprezentował widzom dzieło totalnie przegadane i pretensjonalnie “upoetyzowane”. Wytoczył najcięższe działa i oddał kanonadę, z której niewiele wynika. Ale czegóż się nie robi, żeby zacytować fragmenty ulubionych książek, prawda?

Zobacz również: Koszmar o Warszawie – Po pierwszych trzech odcinkach „Ślepnąc od świateł”

Główną oś filmu stanowi opowieść o losach młodego Etienne’a (Andranic Manet) pragnącego zostać reżyserem. W tym celu pozostawia najbliższych, w tym partnerkę, w rodzinnym Lyonie i wyjeżdża do Paryża, by uczęszczać do szkoły filmowej i tam realizować swoje marzenie. Nurt życia, wraz z atrakcjami mieszkania z dala od rodzicielskiego oka, kompletnie go pochłania. Protagonista uczęszcza na kolejne zajęcia, rozmawia o kinematografii, chodzi na imprezy ze znajomymi, gdzie może na podobieństwo szermierki zadawać sztychy w postaci literackich cytatów.

Z perspektywy Paryża

I tak chłopakowi mija czas – przeszłość odchodzi w zapomnienie, dawne życie wygasa, a na jego miejscu pojawiają się nowe szanse, między innymi na romanse z wieloma kobietami. Z perspektywy Paryża jest stworzone w duchu przegadanych produkcji Woody’ego Allena, lecz bywa również głęboko zanurzone w stylistyce nowofalowej. Narracja prowadzona jest niespiesznie, a czarno-białe kadry i nastrojowa muzyka (przede wszystkich autorstwa Bacha oraz Mahlera) mają budować odpowiedni nastrój. Nostalgia miesza się z nutką dekadentyzmu, zaś poczucie zagubienia rywalizuje z poszukiwaniem sensu.

Zobacz również: „House of Cards” – Recenzja ostatniego sezonu

Grzechem głównym popełnionym przez Civeyraca jest nieumiejętność spojrzenia z dystansu na prezentowanych bohaterów. Reżyser całkowicie wierzy w szczerość postaci, jak i w słuszność wygłaszanych przez nich sądów. Wydaje się, że nie przeszkadzają mu liczne aforyzmy i zgrane frazesy, którymi Etienne ze znajomymi wymieniają się nawet w błahych rozmowach. A przecież od samego początku słychać, jak te dialogi szeleszczą papierem. Film staje się przez to zbyt literacki, co przynosi niezamierzony efekt komiczny. Wprawdzie zachowanie protagonisty bez trudności można zaklasyfikować jako egoistyczne i narcystyczne, niemniej jednak nie zostaje ono w żaden sposób przez autora skomentowane. Jego charakterystyka jest kompletnie niewiarygodna, wyprana z jakichkolwiek emocji, pozbawiona ludzkiego pierwiastka. Nad sposobem ukazania relacji damsko-męskich również trzeba spuścić zasłonę milczenia. To cudowne, jak chłopakowi wystarcza rzucenie kilku górnolotnych zdań o życiu, by kolejne kobiety wskakiwały mu do łóżka. Artyści to jednak zupełnie inna kasta ludzi.

Z perspektywy Paryża

Istnieje cienka granica między artyzmem a śmiesznością. Civeyrac nie potrafił jej od samego początku zlokalizować, co zakończyło się wielokrotnym jej przekraczaniem. Notoryczne nawiązywanie do Śmierci w Wenecji nie czyni od razu dzieła wybitnym. Puszczenie muzyki klasycznej podczas uprawiania seksu nie zawsze musi skutecznie wskazywać na rozdźwięk między naturą a kulturą, albo odpowiednio “uromantyczniać” daną chwilę. Momentami wygląda na to, że reżyser powrzucał do swojego filmu wszystko to, co lubi najbardziej, pragnąc stworzyć z tego intertekstualną układankę. Nie wyszło.

I tak sobie spokojnie płynie ten film przez prawie 140 minut, oferując jedynie bryki z francuskich klasyków. Estetyczne wzruszenia ustępują jednak zgrzytaniu zębów. Civeyrac nie zaprasza widzów do poważniejszej dyskusji, gwarantując jedynie pretensjonalne westchnięcia nad niemożnością porozumienia między ludźmi. Z perspektywy Paryża jest filmem nieznośnym, o fakturze trudnej do zaakceptowania.


2/5


One thought on ““Z perspektywy Paryża”, czyli intertekstualny niewypał – Recenzja

  1. Stuprocentowa racja. Popłuczyny po nowej fali, wsparte nieznośnie banalnymi cytatami z wielkiej literatury. Tzw. film literacki plus koniecznie klasyczna muzyka, wielowarstwowy pozór przełożony pozorami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.