FelietonyPublicystyka

Kempisty: O fantazjach Polaków opowiedzą
Lipińska, Zenek i Vega

Marcin Kempisty
Lipińska, Zenek, Vega
fot. Materiały prasowe oraz Instagram

1.

Mam 26 lat. Przeczytałem wszystkie części Zmierzchu. Nie przeczytałem ani jednej książki z serii Pięćdziesiąt twarzy Greya. Właśnie czytam 365 dni Blanki Lipińskiej. Nadal żyję.

To z ducha Różewiczowskie wyznanie nie nosi znamion świętokradztwa, nie jest również pustą figurą retoryczną. Bardziej wskazuje na fakt, w jaki sposób wymienione pozycje literackie były odbierane przez społeczeństwo (przyjmijmy na potrzeby felietonu, że chodzi tylko o polskie), a także, jaki miały wpływ na masową wyobraźnię, zwłaszcza na ten fragment odpowiedzialny za sprawy związane z seksem.

Bo nie ma co ukrywać: o ile brytyjska i polska powieść wręcz epatuje, dla niektórych perwersyjną, seksualnością, o tyle w prozie Stephanie Meyer sprawy cielesne są na drugim, odrobinę gorzej dostrzegalnym planie, mimo że tak naprawdę ustawiają całą fabułę. Główna bohaterka zakochuje się z wzajemnością w wampirze, symbolu fizycznych uciech i wiecznej młodości, ale do pierwszego stosunku dochodzi dopiero po ich ślubie. Do tego czasu mężczyzna musi poskromić swoje brudne żądze, które zostaną uświęcone dopiero mocą specjalnego sakramentu.

Premiera każdej z tych powieści, a także ekranizacji na ich podstawie, wywoływała u nas dyskusję na temat seksu. To znamienne, że o tych sprawach mówi się zawsze w jakimś kontekście. Najczęściej jest to kontekst negatywny, związany z niechcianymi ciążami, chorobami wenerycznymi, pornografią, pedofilią. W tym przypadku to sztuka inicjuje dyskusję, co na swój sposób jest ujmujące, ale także symptomatyczne, wszak w inny sposób literatura nie przedostaje się do mainstreamu. No, chyba że chodzi o nagrodę Nobla dla Polki, ale to tylko aberracja, a nie zwiastun zmian.

Wracając do seksu i opisywanych powieści – ich recepcja zależy od punktu siedzenia. “Środowisko” literackie przyjmuje je niczym zwiastun nadciągającej Apokalipsy. Jeżeli się już o nich pisze, to tylko w prześmiewczy sposób. To pornosy dla pań domu, niewyżytych kur domowych, napalonych nastolatek, ciekawskich prawiczków etc. Mimo że sięgają po nie miliony ludzi (głównie Polek), to mało poświęca się im czasu na merytoryczną analizę, uwzględniającą czas wydania, panujące warunki społeczne, ekonomiczne, kulturowe. Choć to produkty masowe kształtują świadomość, o tych książkach nie wypada rozmawiać z “światłym” towarzystwie. To jak puszczenie bąka. Powód do wstydu. Lapsus, z którego trzeba się długo tłumaczyć. “Jak to przeczytałeś Zmierzch? Nie szkoda ci czasu na takie bzdury? Ja mam w życiu lepsze rzeczy do roboty.”

źródło Wirtualna Polska

Cóż, można poznawać to, co nas otacza, jednocześnie nie żyjąc w przeświadczeniu, że coś lepszego umyka właśnie sprzed nosa. Odwrócenie się od rzeczywistości nie sprawi, że ona nagle przestanie istnieć.

2.

Z Zenonem Martyniukiem zapoznałem się, oczywiście nie osobiście, w wieku dziecięcym, gdy w niedzielne poranki na Polsacie emitowano program Disco Relax. To była rodzinna tradycja: wspólne śniadanie, program, później jakiś spacer, ewentualnie zakupy. To tam poznawałem hity “muzyki chodnikowej”, jak wtedy nazywano ów gatunek, tam objawiały się gwiazdy ogólnokrajowego formatu – Boys, Shazza, Topless i wiele, wiele innych. Wiem, że po czasie może to wyglądać jak dorabianie legendy, ale naprawdę zespół Akcent zdecydowanie wyróżniał się z reszty stawki. 

Bujne włosy Zenona Martyniuka, niewinny, delikatnie zbolały głos, cudne klawiszowe pasaże, a przede wszystkim teksty przepełnione słodką goryczą, sentymentem za utraconą miłością – te wszystkie elementy sprawiały, że śpiewane przez niego utwory bardziej wpadały do mojego małego, niewprawionego ucha. Piosenka Królowa nocy była (czy na pewno powinienem tutaj zastosować czas przeszły?) dla mnie hitem nad hitami, parnasem wirtuozerskich możliwości, dynamiczną serenadą ku czci ukochanej oblubienicy, zaś noszony na teledysku przez wokalistę zestaw – zielona koszula z żółtym t-shirtem – niedoścignionym wzorem, którego nigdy nie udało mi się skopiować. 

3.

Przeczytaj również:  Jackie Chan – tytan pracy, kapitalista i zwolennik partii komunistycznej w jednej osobie [Hong Kong]

Wydaję mi się, że ten tekst będzie pierwszym, w którym tak oficjalnie zajmuję stanowisko wobec kina Patryka Vegi. Wcześniej nie zależało mi za bardzo na tego typu dyskusjach, zwłaszcza że zatrzymałem się w jego twórczości na Ciachu, nie eksplorując dalej pokładów jego niewątpliwego talentu reżyserskiego. Może to nie jest zbyt profesjonalne, ale też nie jestem masochistą, któremu zależy na obejrzeniu filmu, by następnie tylko w niego uderzać. No dobra, czasami jestem, ale akurat twórczość Vegi wymyka się nawet poza te standardy. 

Pewnie to kwestia samego reżysera, na którego wolę patrzeć jak na fenomen socjologiczny. Nie interesują mnie jego filmy, wolę skupiać się na tym, co się wokół niego dzieje, również za jego przyczyną. Czuję się dzięki temu czystszy pod względem moralnym – nie biorę udziału w nabijaniu mu kabzy, a jednocześnie niewiele przy tym tracę, zwłaszcza gdy dyskusje o filmach Vegi wyglądają bardziej jak strzelanie do bezbronnych kaczek. Może też tak być, że reakcje widowni są o wiele ciekawsze od tego, co wcześniej zobaczyli na wielkim ekranie.

Kadr z filmu “Polityka”

Skoro jednak luty będzie wyjątkowym miesiącem dla polskiego kina, to postanowiłem, że złamię daną sobie obietnicę. Chociaż raz to nazwisko w szerszym kontekście pojawi się w moim tekście.

4.

365 dni, Zenek, Bad Boy – szykujcie się na armagedon w polskich kinach. Współczuję wszystkim, którzy będą pracowali w lutym w multipleksach, bo wymienione tytuły zwiastują niekończący się napływ ludzi żądnych wrażeń, zabawy, skandalu. Mogą paść kolejne frekwencyjne rekordy, które trudno będzie później pobić. W końcu w przeciągu czternastu dni dojdzie do syntezy trzech tematów rozpalających sumienia Polaków: seksu, pieniędzy i polityki. Oto na naszych oczach trzy tajemnice zostaną odkryte, trzy tematy tabu odsłonięte, trzy pokusy zrealizowane. Dostaniemy Polskę w pigułce.

Blanka Lipińska, otwarcie mówiąca o “kutasach”, “ruchaniu” i wielkich pieniądzach z literatury (chociaż sama twierdzi, że pierwszą powieść napisała tylko dla siebie), zapewni widowni skosztowanie zakazanego owocu, wyuzdaną zabawę w realizowanie najskrytszych fantazji, od których pojawiają się rumieńce na twarzy. Będzie na bogato, z rozmachem, z pięknymi ludźmi bawiącymi się na włoskich plażach. Jeżeli według danych GUS na październik 2018 r., w firmach zatrudniających przynajmniej dziewięć osób mediana zarobków wynosi prawie 3000 złotych netto, to zaprezentowana w filmie wizja zapewne przez zdecydowaną większość odbiorców nie zostanie nigdy zrealizowana. 365 dni staną się masowym snem na jawie o życiu do utraty tchu.

Z Zenkiem sprawa ma się inaczej. Historia Martyniuka to losy self-made mana, polski odpowiednik amerykańskiego snu, gdzie człowiek przeszedł drogę od grania w wiejskich remizach do koncertów na Stadionie Narodowym i benefisów ku jego czci w publicznej telewizji. W dobie zmniejszających się szans na awans społeczny i wskoczenia do wyższej klasy majątkowej, takie opowieści powstają ku pokrzepieniu serc. W tym kontekście filmowy Zenon Martyniuk jest niczym chusteczka na otarcie łez zwykłych Polaków, podnoszący na duchu kompan, zwiastun świetlanej przyszłości, która czeka na każdego, kto zakasa rękawy i porządnie weźmie się do roboty.

Z kolei Patryk Vega znowu odsłoni kulisy zdemoralizowanego świata celebrytów i ludzi postawionych na świeczniku, by udowodnić, że źle się dzieje w państwie polskim. Wokół sami kryminaliści, skorumpowani urzędnicy, drobni oszuści próbujący zbierać okruszki z pańskiego stołu. Bohaterowie będą sypać przekleństwami na prawo i lewo, zatrują się oparami nihilizmu, zgniją w rodzimym bagnie, aż nie zostanie ślad choćby po jednym sprawiedliwym człowieku. Vega skutecznie, żerując na podświadomych obawach wielu obywateli, podkopie zaufanie do elit, odbierając wiarę w możliwość stworzenia dobrze funkcjonującego państwa. A to wszystko pod płaszczykiem zrealizowania “historii opartej na faktach”.

5.

Przeczytaj również:  "Kino niezależne potrafi być bardzo negatywnym określeniem w Hong Kongu" – mówi Fruit Chan, jeden z najważniejszych hongkońskich reżyserów [WYWIAD]

Na ten moment trudno stwierdzić, z jakimi myślami będą wychodzić widzowie po obejrzeniu tych trzech filmów. Krytycy zapewne będą mieszali produkcje z błotem, prześlizgując się po przedstawianych tam tematach. A przecież to niesamowita okazja do prześledzenia najważniejszych tendencji w polskiej kulturze na przestrzeni ostatnich kilku lat. Połączenie disco polo, seksu i zwulgaryzowanej publicystyki da w efekcie bombę atomową, której skutków eksplozji nie sposób przewidzieć.

“Zenek” / TVP

Przykro mi to mówić, ale to nie Nobel dla Olgi Tokarczuk jest najważniejszą informacją dla polskiej sztuki. To właśnie w lutym 2020 roku dojdzie do prawdziwej walki o rząd dusz. W każdym z trzech filmów zostanie podsumowana dotychczasowa rewolucja, jaka zachodzi w społeczeństwie, a następnie ujawnią się szlaki, którymi ten proces dalej będzie podążać.

Profetyczny ton tekstu wynika z jednej prostej konstatacji: za promocję filmów będą odpowiadali specjaliści od marketingu, a za nimi będzie stać cała popkulturowa machina. Za 365 dniami będzie ciągnąć się aura seksualnej transgresji, a w dodatku jeden z producentów – Maciej Kawulski – już udowodnił, że potrafi zarabiać na swoich tytułach. Za Zenkiem stoi między innymi TVP, więc nie trzeba wspominać, co to będzie oznaczać. Z kolei Patryk Vega to Patryk Vega, jednoosobowa armia zaciężna rozjeżdżająca przeciwników w box officie. Choć temat Bad Boya nie jest tak nośny, jak na przykład w Polityce, sprawy patologii w świecie sportu aż tak nie rozgrzewają publiczności, to można się domyślić, że i tak zostanie osiągnięty bardzo przyzwoity wynik frekwencyjny.

Czekają nas polskie gwiezdne wojny. Przygotujmy popcorn i bacznie popatrzmy, co z nich wyniknie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.