“Boska miłość” daje odpowiedź na pytanie, czy można tańcem wielbić Boga [RECENZJA]

Rzadko kiedy religia, zwłaszcza katolicka, prezentowana jest w filmach w pozytywny, a przy okazji niejednoznaczny sposób. Zazwyczaj twórcy przedstawiają wiarę jako klatkę dla wolnego umysłu, zbiór skostniałych, ograniczających przepisów, a także dostrzegają w niej źródło nietolerancji i nienawiści wobec osób o innych poglądach. Istnieje także mniej liczna grupa reżyserów, dla której nauki Boga i kościoła są synonimem niepodważalnej, uniwersalnej prawdy. W produkcjach ufundowanych na nienaruszalnych dogmatach nie ma choćby odrobiny przestrzeni na jakiekolwiek zawahanie. Jedyna słuszna droga prowadzi do Stwórcy, a wszelkie odstępstwa od niej wiodą wprost ku zatraceniu.

Przeczytaj również: “Portret kobiety w ogniu” – Wizualna ekstaza, fabularna powtórka [RECENZJA]

Ze świecą szukać reżyserów poszukujących historii na styku wiary i jej braku. Obranie jednej z dwóch bezpiecznych dróg jest przecież takie kuszące w swej prostocie, zaś wikłanie się w niejednoznaczności może tylko wprowadzić niepotrzebny galimatias do i tak już skomplikowanego zagadnienia. Na szczęście znajdują się jeszcze tacy szaleńcy jak Gabriel Mascaro, wizjonerzy poszukujący odpowiedzi w najmniej oczywistych miejscach. Jego Boska miłość to przykład kina czerpiącego z wielu stylistyk, czasami ze sobą sprzecznych, lecz ożenionych ze sobą w zaskakujący sposób.

Boska miłość

Pod względem estetycznym najnowsze dzieło Brazylijczyka zaczyna się tam, gdzie kończy jego wcześniejsza produkcja. Wprawdzie zaprezentowany w 2015 roku Neonowy byk był najbliżej nurtu slow cinema, lecz przedostatnia, około dwunastominutowa scena seksu z ciężarną kobietą zwiastowała nadejście czegoś nowego, do tej pory niespotykanego w twórczości Mascaro. Od początku kariery obrana przez niego stylistyka opiera się na niezwykle zmysłowym przedstawianiu cielesności, bodaj nikt (może za wyjątkiem Barry’ego Jenkinsa) nie potrafi tak pięknie ukazywać magii ludzkiej skóry, lecz dopiero teraz ten element stał się głównym budulcem filmowego tworzywa. Odeszło zdystansowane przyglądanie się ranczerom, ich znojowi i momentami bezcelowej tułaczce, a nadeszło niezwykle bliskie przypatrywanie się blaskom i cieniom duchowej strony człowieka.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Naturalnie, poruszane kwestie metafizyczne nie usuwają spraw seksualnych poza orbitę reżyserskich zainteresowań. Raczej stają się ich dopełnieniem, przeplatającymi się i wzajemnie uzupełniającymi yin yang. Zaś to wszystko zostaje jeszcze uzupełnione przez neonową estetykę znaną z twórczości Nicolasa Windinga Refna oraz moralne dylematy rodem z Black Mirror, co daje w efekcie kino widowiskowe, choć zbudowane na bardzo prostej konstrukcji. Oto Joana (Dira Paes) i jej mąż Danilo (Julio Machado) są głęboko wierzącą parą, która od wielu miesięcy bezowocnie stara się o dziecko. Chodzą również na spotkania grupy “Boska miłość”, gdzie prowadzone są warsztaty dla małżeństw borykających się z kryzysem. Oprócz lektury Biblii, czy różnego rodzaju “zabaw” służących odbudowie zaufania, uczestnicy łączą się w czwórki, by uprawiać seks z innymi partnerami i w ten sposób naprawiać także życie seksualne. 

Boska miłość

Mascaro od początku szokuje zaprezentowaną wizją chrześcijaństwa. Umieszcza akcję w 2027 roku, żeby uwolnić się od obecnych konfliktów i przedstawić drogę, którą mogłaby (?) podążać ludzka religijność. Nie zakłada szat proroka, unika jednoznacznych osądów i kaznodziejskich tromtadracji. Z tego też względu trudno wyczuć, na ile jawna kpina z niektórych rytuałów wynika z jego awersji do wiary, a na ile człowiek jest po prostu istotą wiecznie balansującą na granicy powagi i śmieszności. To jest jednak w tej historii fantastyczne – ten wiecznie wiszący nad filmem znak zapytania, dzięki któremu zarówno wierzący, jak i ateiści znajdą argumenty potwierdzające wyznawane przez nich tezy.

Przeczytaj również: “In Fabric” czyli zabójcza sukienka, mordercza pralka i pożyczka na duży procent [RECENZJA]

Na pewno Boska miłość nie jest poważną analizą zmian zachodzących we współczesnych społeczeństwach. Momentami reżyser ślizga się po powierzchni tematu, stawiając bardziej na impresje, mgliste przewidywania tego, co ludzie będą sobą reprezentować w przyszłości. Mascaro zdecydowanie woli niebanalne pomysły od spiżowych tez. Stąd też w jego produkcji duża liczba scenariuszowych błyskotek w rodzaju konfesjonału przypominającego myjnię samochodową, imprez pod patronatem Jezusa i bansujących jego wyznawców, obrazów rozrastającej się biurokracji, która dzięki Joanie ma jednak ludzki wymiar, a nie przypomina bezlitosnego Lewiatana. Błyskotliwe, zapadające w pamięci koncepty zostają dodatkowo wzmocnione przez fantastycznie zaprojektowaną warstwę wizualną, co w efekcie przypomina chwytliwą popową melodię. Może nie jest ona nadmiernie skomplikowana, ale na tyle mocno zakorzenia się w sercu, że sprawia odbiorcy mnóstwo frajdy.

Bo taka właśnie jest Boska miłość: daje przyjemność z oglądania, a jednocześnie oferuje wiele tematów do przedyskutowania po seansie. Wizja Mascaro może być potraktowana jako infantylna, można w niej ujrzeć eskapistyczny rodzaj popchrześcijaństwa. Jest w niej jednak coś hipnotycznego, na swój sposób obrazoburczego, zwłaszcza gdy w pewnym momencie fabuła skręca w niewygodnym dla niektórych kierunku. Może ten film jest tylko żartem, a może obecnie istnieje potrzeba poszukiwań nowych form religijnych wybudowanych na starych fundamentach – autor tak namącił, że pozostaje mu jedynie przypatrywać się dyskusji z uśmiechem Sfinksa. Jedno jest pewne: w Polsce nie ma kompletnie żadnych szans, aby taki film powstał. Brakuje na to przestrzeni i otwartości, ale też szacunku dla osób stojących po drugiej stronie barykady. My nadal musimy strzelać do siebie z dawno temu wybudowanych okopów, a Brazylijczycy dzięki Mascaro mogą transowym, dyskotekowym tańcem wielbić Boga.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.