“Wywiad z Bogiem” [RECENZJA]

Kino religijne wywołuje niezdrowe emocje u znacznej części widowni. Jedni widzą w kolejnych filmach okazję do naśmiewania się ze źle skonstruowanych produkcji, w końcu wena najlepiej przychodzi przy ironizowaniu z “paździerzy”, zaś drudzy czują, że nareszcie w kinach pojawiła się produkcja skrojona pod własny gust i zamykają oczy na wszelkie niedoskonałości, byle tylko nie skrytykować filmu zgodnego z ich światopoglądem. Coś w tym jednak jest, że o wierze w Boga i trudnościach z tym związanych niewielu potrafi mówić mądrze, a jednocześnie nie wykładać wszystkiego kawa na ławę, stąd pewnie wynikają tak diametralne różnice po obu stronach sporu. Tymczasem Perry Lang to kolejny twórca, który poległ przy próbie uchwycenia istoty boskości, gdyż jego Wywiad z Bogiem stanowi kalejdoskop wszystkich wad, jakie mogą się pojawić w tego typu propozycjach.

Paul Asher (Brenton Thwaites) był niegdyś mężczyzną pełnym wiary i nadziei w ludzkie dobro. Chciał swoje zaufanie do Boga przekuć w czyn, dlatego też wyjechał jako dziennikarz do Afganistanu, by udokumentować wszelkie przejawy niesprawiedliwości i dać świadectwo walki o lepszą przyszłość. Wyjazd kosztował go jednak znacznie więcej, niż mógł przewidzieć. Powrót na łono rodziny okazał się zbyt trudny, a poniesione na wojnie psychiczne rany zbyt głębokie, by mógł odnowić relację z żoną Sarą (Yael Grobglas). To właśnie w tym kluczowym momencie, gdy szczęście bohatera wisi na włosku, na jego drodze pojawia się tajemniczy mężczyzna skory do udzielenia wywiadu i odpowiedzi na każde postawione pytanie. A imię jego – Bóg.

Już od samego początku uwiera w oglądanej produkcji brak jakiejkolwiek dozy tajemnicy, czy niedopowiedzenia. Ot, Paul po kłótni z żoną jedzie na rowerze do parku i tam siada do rozmowy z Bogiem, zaś między nimi znajduje się plansza z szachowymi figurami. Jak pokazał Ingmar Bergman Siódmej pieczęci, taki motyw w kontekście ścierania się z bytami metafizycznymi może być wykorzystany w odrobinę subtelniejszy sposób. Również sam dialog między postaciami pozostawia wiele do życzenia. Bohater nie zachowuje się jak postać patrząca na ucieleśniony Absolut. Zadaje jedynie podstawowe pytania z prawd wiary, na które Bóg (David Strathairn) odpowiada w taki sposób, jakby był młodym uczniem zdającym egzamin przed pierwszą komunią świętą.

Perry Lang jedynie udaje, że mówi w swoim filmie o sprawach poważnych. Skoro już od samego początku uderza w najwyższe tony i robi to niczym “mistrz” szkolnych jasełek, to wszelki ciężar dylematów głównego bohatera szybko odchodzi na dalszy plan. Jego zmagania z wojenną traumą, groźba utraty ukochanej kobiety, czy wreszcie rozmowy z Bogiem są nic nieznaczącymi epizodami, gdy zostają przedstawione w tak amatorski sposób. Wygląda to na robotę osoby dopiero wchodzącej w świat filmowy, a przecież reżyser ma na koncie udział w tworzeniu poszczególnych odcinków wielu seriali, takich jak Trawka, czy Czarodziejki. Tym bardziej nie da się zrozumieć niektórych cięć montażowych, scenariuszowej powierzchowności i ilustracyjnego podejścia do omawianych problemów. Twórca nie potrafi niczego pokazać, więc bohaterowie tylko mówią, mówią, mówią. Spotkania Paula z Bogiem to trzy kilkunastominutowe sekwencje, których Lang nie potrafi w żaden sposób ograć, skorzystać z przestrzeni wokół postaci, czy okrasić scen jakimś zaskakującym twórczym gestem. Mężczyźni jedynie siedzą naprzeciwko siebie i perorują, a kamera przygląda im się z różnych perspektyw.

Skoro dialogi pozostawiają wiele do życzenia, to i aktorzy sprawiają wrażenie zagubionych i kompletnie nieprzygotowanych do stworzenia wartościowych charakterów. Dlaczego wybrali uczestnictwo w tym projekcie, Bóg raczy wiedzieć, może to wynikało z osobistych przekonań, ale okropne kwestie nie pozwoliły im na zapalenie chociaż światełka w ciemnym tunelu. Czuć na tym polu ogromny niewykorzystany potencjał, zwłaszcza że Strathairn dał się poznać w wielu rolach, między innymi w Good Night and Good Luck, w ostatniej części Piratów z Karaibów można było oglądać Thwaitesa, zaś Grobglas lśniła od samego początku w autoironicznej telenoweli Jane The Virgin.


Seans Wywiadu z Bogiem po raz kolejny udowadnia, że o Bogu i wierze powinno się mówić tylko wtedy, gdy naprawdę ma się na to pomysł. Poszukiwanie autorskiego stylu wypowiedzi, pozbawionego uproszczeń i jednoznacznych deklaracji, to jedyna droga do stworzenia poruszającej historii. W przeciwnym razie, tak jak to dzieje się w przypadku Perry’ego Langa, zagwarantuje się widzom jedynie okazję do chichotu z obserwowanych wydarzeń. Nie trzeba się nawet silić na wytykanie błędów twórcom tego filmu, gdy autodestrukcja trwa nieprzerwanie od samego początku dziewięćdziesięciominutowego seansu.

1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.