Advertisement
Seriale

“Wybory Paytona Hobarta”, czyli twórca “Glee” wraca do szkolnych klimatów [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Zapewne dla wielu widzów premiera Wyborów Paytona Hobarta nie znaczy zbyt wiele, ot, kolejny nowy tytuł pojawia się na platformie Netflixa, ale prawda jest zgoła inna. To jedna z ważniejszych dat dla trwającej obecnie “złotej ery seriali”. Może nie punkt zwrotny w historii tego medium, ale na pewno znak czasu, o którym długo jeszcze będzie się mówiło. Najprawdopodobniej sama produkcja nie osiągnie szczytów popularności, jeżeli chodzi o zestawienia najlepszych seriali obecnego roku, niemniej jednak już samo jego przedstawienie publice świadczy o jednym – Netflix nie składa broni w walce o dusze widzów.


Zobacz również: “Nóż + Serce”, czyli orgiastyczne neogiallo [RECENZJA]

Powróćmy na chwilę do 13 lutego 2018 roku, kiedy to Ryan Murphy podpisał, opiewający na 300 milionów dolarów, pięcioletni kontrakt ze streamingowym gigantem. Takiej sumy za nazwisko producenta nikt jeszcze w historii telewizji nie wyłożył. Dla porównania, przechodzący z Barcelony do PSG piłkarz Neymar kosztował katarskich szejków 222 miliony euro. Podana kwota może wydać się szalona, ale decyzja Netflixa była precyzyjnie wykalkulowana. Włodarzom platformy zależało na przyspieszeniu transakcji, aby Disney nie zdążył wykupić stacji, dla których twórca American Horror Story robił seriale. Gdyby doszło do jakiegokolwiek opóźnienia, nowy właściciel Foxa zapewne zablokowałby podpisanie umowy, co byłoby tragedią dla obu stron umowy, zważywszy na to, co mogą sobie zaoferować.

“Wyszedłem z tego spotkania z przeświadczeniem, że właśnie zobaczyłem przyszłość.” – te słowa padły z ust Murphy’ego, gdy w styczniu 2018 roku, po ponad dwugodzinnej rozmowie, opuszczał siedzibę Netflixa. Przywitały go tam najważniejsze osoby w korporacji, w tym Ted Sarandos, by szczegółowo przedstawić mu wszystkie dane, jakie dzięki aplikacji posiedli na temat nawyków oglądania u ponad stu milionów klientów. Gość miał zapoznać się również ze statystykami tych z jego produkcji, które były udostępniane na platformie. Najprawdopodobniej wtedy została postawiona “kropka nad i”, dzięki czemu doszło do mariażu netflixowej technologii z serialowym imperium Murphy’ego.

Przypomnijmy: Ryan Murphy to ulubieniec zarówno widzów, jak i gremiów odpowiedzialnych za przyznawanie nagród. Pracuje jak szalony, jego doba trwa najprawdopodobniej czterdzieści osiem godzin, bowiem trudno inaczej wytłumaczyć, jak jedna osoba może być odpowiedzialna za tyle projektów. Jego nazwiskiem sygnowane są takie seriale, jak American Horror Story, American Crime Story, Feud, Glee, czy wcześniejsze Nip/Tuck. Tylko w tym roku premierę mają trzy sezony produkcji, nad którymi sprawuje pieczę: druga odsłona Pose (za pierwszą aktor Billy Porter dostał nagrodę Emmy), dziewiąta seria American Horror Story z podtytułem “1984”, jak również Wybory Paytona Hobarta.


Zobacz również: “Rambo: Ostatnia krew” [RECENZJA]

Nad pierwszym projektem przygotowanym dla Netflixa czuwała trójka scenarzystów –  Murphy, jego wieloletni współpracownik Brad Falchuk oraz Ian Brennan. Sama historia dotyczy młodego chłopaka, Paytona Hobarta (Ben Platt), który już od siódmego roku życia marzy o zostaniu prezydentem Stanów Zjednoczonych. Studiuje biografie wcześniejszych głów państwa, rozgorączkowany śledzi wszelkie najważniejsze społeczne trendy, dzięki czemu dochodzi do wniosku, że podążanie wydeptanymi przez poprzedników ścieżkami doprowadzi go prosto do zrealizowania marzenia. To dlatego zanim dostanie się na Harvard, do którego uczęszczało wielu wcześniejszych prezydentów, bierze udział w licealnym wyborach na przewodniczącego samorządu uczniowskiego, upatrując w tym okazję do nabrania pierwszych szlifów politycznych, jak również szansę na naukę zjednywania sobie wyborców. A że został adoptowany przez bajecznie bogatą rodzinę, to ma środki do tego, by skutecznie zawalczyć o osiągnięcie upragnionego sukcesu. Do wyborczej walki nie staje sam – chłopak może liczyć na wsparcie ukochanej matki Georginy (Gwyneth Paltrow), partnerki Alice oraz dwójki niezastąpionych przyjaciół, totalnych freaków na punkcie sondaży i zakulisowych rozgrywek. Zaś naprzeciw Paytona do pojedynku staje jego bliski znajomy River, ulubieniec szkoły o twarzy Clarka Kenta/Henry’ego Cavilla, którego wspierać będzie jego dziewczyna Astrid. 

A to wszystko udokumentowane jest na podstawie losów obrzydliwie bogatych, rozpuszczonych nastolatków. Scenarzyści ujawniają cynizm skrywający się za gładkimi zdaniami pełnymi truizmów. Po owocach ich poznacie, a w przypadku Paytona i jego rywali są one zatrute. Zamiast walki o poprawę sytuacji szkolnej społeczności, dochodzi do realizacji osobistych ambicji i rekompensowania sobie przez kandydatów różnego rodzaju braków. Absurd całej sytuacji jest bodaj najlepiej skwitowany wątkiem chorej na raka Infinity (Zoey Deutch) i jej nadopiekuńczej babci (Jessica Lange). Dziewczyna dostaje propozycję stanowiska wiceprzewodniczącej tylko dlatego, że ma problemy ze zdrowiem i można dzięki niej nabić dodatkowe punkty, biorąc wyborców na litość. Co ciekawe, ta część historii jest bliźniaczo podobna do opowieści zaprezentowanej w jednym z najciekawszych seriali tego roku.

Netflixowa produkcja to mariaż telenoweli rodem z Dynastii z pokręconymi machinacjami znanymi z House of Cards. Naturalnie nie brakuje też odniesień do Glee, skoro za oba tytuły odpowiada ten sam producent. Najnowsze dziecko Murphy’ego również posiada wstawki muzyczne, znakomicie wyśpiewywane przez Platta i Deutch. Dopiero w tych nielicznych momentach postacie szczerze ujawniają swoje emocje, uwalniając się od wszechobecnej sztuczności oraz zakłamania. Jak to mówią, piosenka jest dobra na wszystko.

Niestety serial posiada zbyt wiele wad, by czerpać tylko przyjemność z seansu kolejnych odcinków. Przede wszystkim powtarza się sytuacja z wielu wcześniejszych tytułów Murphy’ego, kiedy to ewidentnie brakowało pomysłu na fabularną klamrę. Zaczyna się znakomitymi pomysłami i sprytną zabawą konwencją, by w pewnym momencie akcja osiadła na mieliźnie i tułała się między nic nieznaczącymi wątkami. Końcówka sezonu jest wybitnie rozczarowująca w kontekście początku dającego nadzieję na bardzo solidną produkcję. Ta niemożność dociągnięcia historii do końca razi przede wszystkim w rozwijaniu losów chorej Infinity, rodzinnych perypetii Paytona oraz zawirowań wokół Astrid. Twórcom nie udaje się odnaleźć odpowiedniego momentu, w którym należałoby postawić kropkę, przez co serial zdaje się być na siłę rozciągnięty, a ostrze satyry zostaje wyraźnie stępione.

Długi wstęp o przygodach Netflixa i Murphy’ego nie jest tylko rysem historycznym, ale także kontekstem, przez który należy spoglądać na pierwszy efekt prac artysty. Wydaje się bowiem, że jego estetyka została odrobinę zmodyfikowana, przystrojona w algorytmiczne wzory. Niby Wybory Paytona Hobarta to wciąż przegląd wszystkich ważnych dla Amerykanina tematów, ale nie ma tu zadziorności rodem z produkcji przygotowywanych dla stacji FX. Ten serial ma się podobać, co nie musi być wadą, aczkolwiek jego treść znakomicie wpisuje się w profil platformy streamingowej. Nie jest już tak bardzo widoczny osobisty podpis autora, w przeciwieństwie do równolegle emitowanego dziewiątego sezonu American Horror Story: 1984. Wprawdzie zadawane są sztychy w bogaczy oderwanych od rzeczywistości, a ujawniane polityczne machinacje momentami niebezpiecznie flirtują ze znaną widzom rzeczywistością, ale nadal jest to wszystko podawane grzecznie, w bardzo wykalkulowany sposób. 

Może najnowszy serial Netflixa bywa chwilami rozczarowujący, ale za dwie sprawy należy twórców bardzo pochwalić. Chodzi przede wszystkim o obsadzenie Bena Platta w roli głównej. Aktor jest niezwykle charyzmatyczny, wypowiada kwestie z szybkością karabinu maszynowego, wiecznie irytuje swoją manierycznością oraz chorobliwym pędem ku władzy, ale właśnie taka ma być ta postać. Po prostu nie można go lubić za to wszystko, co jest w stanie zrobić, byle tylko spełnić swoje wydumane marzenie. Może jego intencje są czasami szczere, ale summa summarum jest tylko dzieckiem czasów wyprutych z wyższych wartości, bohaterem epoki instagramowego lansu. Mimo to, momentami może nawet wzbudzać współczucie, gdy wije się w gąszczu autodestrukcyjnych emocji, będących wykwitem zewsząd atakujących go idei – wolności, samorealizacji, sukcesu zawodowego traktowanego równoznacznie z sukcesem życiowym.


Zobacz również: “Serpentário” – Co o kinie drogi ma do powiedzenia Carlos Conceição? [RECENZJA]

Zaś najkrótszy, niespełna trzydziestominutowy odcinek o “typowym wyborcy”, nakręcony z perspektywy pierwszoklasisty skłanianego do oddania głosu przez każdego z kandydatów, jest jedną z najlepszych rzeczy, jaką obejrzycie w tym roku w serialach. To jest właśnie ten Murphy, na którego zawsze powinno się liczyć. Kąśliwy, kontrowersyjny, celnie pokazujący, jak bardzo demokracja jest zgniła u swoich korzeni. Można się łudzić i wznosić peany ku chwale wartości, ale rzeczywistość szybko jest w stanie je wszystkie zweryfikować, co w tym odcinku zostało udowodnione.

Wybory Paytona Hobarta to serial nierówny, z mocnym początkiem i słabowitym zakończeniem. Trochę tu wywracania konwencji, zwłaszcza teen drama, na drugą stronę, trochę zabawy w nawiązywanie do współczesnych trendów, a trochę też pustej, mało angażującej rozrywki. Początek współpracy Murphy’ego z Netflixem wypada solidnie, ale aż chciałoby się zobaczyć w jego kolejnych produkcjach więcej, tak dobrze znanego, szaleństwa. Oby twórca nie zaplątał się w sieci algorytmów, bo byłaby wielka szkoda, gdyby jego talent zmarnował się na tworzenie produkcji schlebiających masowym gustom. Niech robi to, co do tej pory, wtedy na pewno wyjdzie na tym najlepiej.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.