Pose

“Pose”, czyli tańcz, baw się, kochaj [RECENZJA]

Nie wszystko, co wychodzi ostatnio spod ręki Ryana Murphy’ego, świeci niczym złoto. Coraz częściej zdarzają mu się potknięcia w roli producenta oraz scenarzysty, ale nie ma się czemu dziwić, skoro Amerykanin prowadzi tyle projektów w tym samym momencie. American Horror Story, American Crime Story, Feud, dodatkowo podjęta współpraca z Netflixem, która w najbliższym czasie zaowocuje powstaniem The Politician oraz Ratched, i dopiero gdzieś pomiędzy tymi wielkimi tytułami przeszedł niezauważenie jeden z najbardziej osobistych seriali w karierze Murphy’ego, czyli Pose. Wprawdzie premiera miała miejsce już w czerwcu zeszłego roku na stacji FX, a od stycznia można oglądać to dzieło również na polskim Netflixie, niemniej jednak doczekało się ono stosunkowo niewielu opracowań, zwłaszcza na rodzimym rynku recenzenckim.

Zobacz również: “Gra o Tron” – S08E01 [RECENZJA]

Trudno wyjaśnić tę niepopularność, skoro i nazwisko twórcy jest niezwykle ważne w serialowym świecie, i podejmowane zagadnienia są na pewno dla wielu osób kontrowersyjne, co zawsze wywołuje szum oraz przyciąga kolejnych odbiorców. Oto bowiem mają oni możliwość cofnąć się w czasie do drugiej połowy lat 80. i przypatrzeć się z bliska, jak środowiska transseksualne walczą o prawo do samostanowienia w świecie wyzutym z jakiejkolwiek empatii, czy tolerancji. Widzowie lądują również w samym środku bali organizowanych przez tę społeczność, gdzie pod płaszczykiem kolorowych bibelotów i bujającej muzyki trwa bój o uzyskanie stempla “prawdziwości”, jakże istotnego dla osób, które po korekcie płci pragną być akceptowane takimi, jakimi są w rzeczywistości.

Pose

Ryan Murphy, wraz z innymi twórcami Bradem Falchukiem Stevenem Canalsem, rozpisują historię na wiele głosów, śledząc losy postaci z różnych środowisk i o różnym statusie majątkowym. Polifoniczna fabuła pozwala na głębsze wniknięcie w struktury nowojorskiej społeczności i ujawnienie wszelkiego rodzaju dyskryminacyjnych zasad uniemożliwiających życie w zgodzie ze sobą. Kamera śledzi zatem losy Blanki (Mj Rodriguez), zakładającej nowy dom i szukającej zagubionych dusz, którym będzie starała się pomóc zarówno na płaszczyźnie materialnej, jak i emocjonalnej.

Do jej podopiecznych będą należeli między innymi młodziutki Damon (Ryan Jaamal Swain), wypędzony z domu przez ojca za “sodomię” i skazany na uliczne życie, ale też Angel (Indya Moore) prostytuująca się przez doskwierającą jej biedę. To dzięki temu będzie mogła poznać korzystającego z jej usług nowobogackiego Stana (Evan Peters), co z kolei pozwoli wejrzeć widzom także w świat socjety białych “mężczyzn sukcesu”, utrzymujących żony z dziećmi na przedmieściach i jednocześnie posiadających tabuny kochanek na każde zawołanie. A że Stan przy okazji rozpoczyna karierę w Trump Towers, to zapewne przypadek i żadna złośliwość ze strony twórców.

Zobacz również: “GRA O TRON”: S08E01 [Podcast]

Wydawać się może, że Pose to kolejna produkcja o wykluczeniu osób LGBT, traktowaniu ich jak pariasów, wyrzutków niegodnych zaufania. Naturalnie te wątki są podejmowane, niemniej jednak twórcom udaje się nareszcie zróżnicować obserwowane postacie, nie traktując ich jak jednorodną masę posiadającą te same lęki i marzenia. Co więcej, nawet na łonie omawianej społeczności pokazywane są pęknięcia, gorsze traktowanie transseksualistów przez gejów (“knajpiana” historia z początków sezonu), a także wypominanie sobie “męskiej” przeszłości, gdy tylko dojdzie do niesnasek.

Pose

Mimo że padają frazesy dotyczące walki o siebie, o potędze marzeń i jednym życiu, które trzeba przeżyć do utraty tchu, to wreszcie bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Jasne, że Murphy i spółka mają ciągoty edukacyjno-moralizatorskie, co w kontekście takiej tematyki jest dość zrozumiałe, lecz nie zapominają oni również o ukazywaniu błędów i nieporozumień wśród protagonistów. Niby to takie oczywiste, a i tak we współczesnych filmach, czy serialach rzadko spotykane, by lubiana przez scenarzystów osoba czasami się myliła. Daje to przecież mnóstwo możliwości do pełnego zrozumienia ich dylematów i trudów, z którymi muszą się zmagać na codzień.

Widać to szczególnie w postaci wspomnianego Stana, bodaj najbardziej zagubionego bohatera Pose, rozdartego między “mentalnością” suburbii a zasmakowaniem seksu z osobą nieheteronormatywną. Niby mężczyzna spełnia marzenia, pracuje w korpo i stać go na drogie prezenty dla żony, lecz w tym samym czasie umawia się na schadzki i oddaje fantazjom, które zapewne wcześniej traktował jako grzeszne. A że sceny z udziałem Stana i Angel okraszone są fantastyczną ścieżką dźwiękową w postaci piosenek Kate Bush oraz Bryana Ferry’ego, to tym bardziej twórcom udaje się oddać emocjonalny stan osoby niepostępującej w zgodzie z etyką, zwykłego karierowicza i zdrajcy, na którego mimo wszystko należy spojrzeć z odrobiną współczucia.

Zobacz również: Podcast o serialu “GLOW”

Szczególną atencją cieszą się jednak osoby trans i to dla nich Murphy zarezerwował najwięcej zrozumienia oraz empatii. Przejmujące są te momenty, w których muszą się mierzyć z takimi problemami, jak brak akceptacji czy szalejącym wirusem HIV, dziesiątkującym społeczność LGBT. Szczególnie w pamięci zapada scena odśpiewywania przez Blankę piosenek przed szpitalnymi pacjentami. Jej jeszcze młode, ale już zakażone ciało łapczywie chwyta kolejne chwile, zwłaszcza w obecności śmierci wyzierającej z sylwetek chorych widzów.

Znakomitym suplementem do Pose jest zrealizowany w 1990 roku dokument Paris Is Burning w reżyserii Jennie Livingston. Jako że bale w serialu, prowadzone przez niezwykle żywiołowego Praya (Billy Porter) stanowią ważną część opowieści, to dzięki filmowi amerykańskiej reżyserki pojawia się okazja do bardziej szczegółowego poznania funkcji oraz zasad panujących w trakcie tych specjalnych wydarzeń. Dzięki tej propozycji znacznie łatwiej zrozumieć, z czego wynika potężna rywalizacja na tego typu eventach, ale też na jakich zasadach funkcjonują “rodziny”, czy jak ważną rolę pełnią “matki”. Okazuje się, że bale nie służą tylko do zabawy i spędzania wolnego czasu, lecz są przede wszystkim bezpieczną przestrzenią, w której realizują się marzenia niemożliwe do spełnienia.

Pose

Uczestnicy dobrze wiedzą, że z powodu swojego koloru skóry (najczęściej są czarni), lub orientacji seksualnej nie są w stanie osiągnąć sukcesu, że nietolerancyjne społeczeństwo nie potrafi nawet zaakceptować ich istnienia, więc sukces jest możliwy do osiągnięcia tylko przy pomocy takich zawodów, dających ułudę wtopienia się w tłum, bycia “normalnym”. W Paris Is Burning na zmianę można wydobywać smutne i pozytywne akcenty, tak jak i w serialu stacji FX. Z jednej strony zawsze jest dobrze, gdy ludzie się jednoczą i tworzą własną subkulturę, ale źle, jeżeli robią to zepchnięci na margines, niezrozumiani i wyszydzani.

Zobacz również: “Miłość śmierć i roboty”, czyli Netflix tym razem trafia w dziesiątkę [RECENZJA]

Murphy nie idzie jednak tylko w minorowe nastroje, nie robi z bohaterów ofiar. Stara się ich przedstawić również jako silne jednostki, zdolne do przezwyciężania barier. Serial odziany jest w doskonale znaną z jego wcześniejszych produkcji estetykę, także lśni od nadmiaru barw, kostiumów, kołysze się w rytm wielkich hitów Diany Ross, czy Whitney Houston. Kadry rozrywane są przez tkwiącą w nich energię, pękają od przeładowania szczegółami, ale oczywiście jest również miejsce na trudniejsze momenty. Udało się zbalansować dawkę uśmiechu i łez, tworząc mieszankę iście wybuchową.

Pose jest produkcją ze wszech miar godną polecenia. Nie należy jej traktować tylko jako kolejnej lekcji z tolerancji, to byłoby wysoce niesprawiedliwe. To przede wszystkim bardzo solidnie zrealizowana opowieść o ludziach, którzy nie ze swojej winy trafili na dno i próbują się stamtąd wydostać. Twórcom udało się kompleksowo przedstawić problemy dotykające społeczność transseksualistów końca lat 80., ale wydaje się, że nadal większość z tych zagadnień mogłaby być powtórzona również w kontekście współczesności. Murphy jak zwykle praktykuje widmontologię stosowaną, wyciągając na światło dzienne i wprowadzając do mainstreamu głosy niesłyszanych i marginalizowanych. Upodmiotawia ich i buduje przestrzeń do prezentacji samych siebie, a jednocześnie nie zapomina o niezbędnych walorach rozrywkowych serialu, czym po raz kolejny udowadnia, że jego propozycje nadal wnoszą wiele do prowadzonych obecnie debat na temat równouprawnienia.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.