“Psy ras drobnych” [RECENZJA]

Zazwyczaj jest tak, że cierpienie wymaga bycia “wypowiedzianym”. Inaczej mówiąc: niewysłowiony ból, niewyartykułowany problem trawi ofiarę od środka, pali trzewia i nie sposób tego pożaru jakkolwiek ugasić. Wprawdzie pojawiają się nowe modele przepracowywania traumy za pomocą wykonywania odpowiednich ćwiczeń fizycznych, niemniej jednak “klasyczna” psychoterapia nadal opiera się na rozmowie. Julia Kristeva w racy “Czarne słońce. Depresja i melancholia” zauważa, że osoba przytłoczona trudnymi emocjami jest jak “niemowa”, niepotrafiąca za pomocą znanych jej słów skonstruować odpowiedniej definicji tego, co ją dopadło; niepotrafiąca zbudować leksykalnego pomostu między własnymi emocjami, a światem zewnętrznym. Również Edouard Louis w niedawno wydanej “Historii przemocy” zauważył, jakiej precyzji i trudu wymaga opowiadanie o traumatycznej przeszłości, ale również jak takie historie podlegają konfabulacji i zawłaszczeniu przez osoby trzecie.

Tymczasem Olga Hund wychodzi naprzeciw dominującej konwencji. Jej powieść “Psy ras drobnych”  nie jest literackim elaboratem, w którym włos dzielony jest na czworo. Nie jest również studium schorzenia i katarktycznej drogi do wyzwolenia. Opowieść o kobiecie lądującej w zakładzie psychiatrycznym składa się z kilkudziesięciu króciutkich rozdziałów, z serii ironicznych sztychów nakłuwających rzeczywistość jakby z innej planety.

“Psy ras drobnych” to historia świata funkcjonującego na własnych zasadach, z regułami wypracowanymi przez doświadczenia kolejnych pokoleń pacjentów. Walutą są zawsze potrzebne papierosy, istnieje jasny podział na “trudne” przypadki i osoby bliskie wyzdrowienia, zagwarantowany zamieszkiwaniem innych pięter budynku, zaś języków urzędowych jest tyle, ilu pacjentów.

Lokatorzy zakładu płyną na falach codzienności, często nierozumiejąc, co się wokół nich dzieje, a to ze względu na schorzenie, a to z powodu otumaniających pigułek. Powieściowy mikrokosmos jest delikatnie naszkicowany, czytelnicy nie dostają wglądu w uczucia postaci, czasami nawet trudno będzie spamiętać i odróżnić osoby, których opowieści zostaną przez narratorkę przytoczone. Hund zależy głównie na wydobyciu esencji z obserwowanego świata, na szokująco skutecznym zestawieniu językowej dezynwoltury z grozą doświadczanych przez pacjentów wydarzeń. Nie sposób uniknąć śmiechu podczas lektury, mimo że nie ma przecież nic zabawnego w wielokrotnie podejmowanych próbach samobójczych, czy szaleństwie uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie. Autorka obłaskawia tragedię, nie pozwala jej się stłamsić, staje w obliczu absurdów i nie tłumaczy ich, dając im wybrzmieć z całą swoją mocą. W pamięci pozostaje ankieta wypełniana przez bohaterkę, polegająca na postawieniu krzyżyka przy sugerowanej odpowiedzi na pytanie, czy właśnie przeżywa depresję.

Spod warstwy humoru wyziera jednak potężne poczucie samotności. Zarówno główna bohaterka, jak i towarzyszący jej pacjenci, skazani są często na bezdusznych lekarzy i pielęgniarki zobojetniałych na troski podopiecznych. Bywają również opuszczeni przez najbliższą rodzinę, niepotrafiącą lub niechętną do pomocy krewnym dotkniętym schorzeniami psychicznymi. Wykorzystywana przez Hund ironia nie jest zatem tylko kluczem do ukazania świata nieznanego większości czytelnikom, to również rodzaj mechanizmu obronnego chroniący przed czołowym zderzeniem z problemami.

Siła tej prozy zasadza się na klarowności, umiejętności wydobywania z języka maksimum znaczeń przy wykorzystaniu jak najmniejszej liczby słów. Kilka szybkich machnięć piórem wystarcza autorce do wprowadzenia czytelnika w opisywaną sytuację i przedstawienia błyskotliwej puenty. Zwięzłość jest tym bardziej zaskakująca, że przecież narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Na korzyść prozy Olgi Hund działa brak egzaltacji, czy nadmiernej ekscytacji nad doświadczanym przez bohaterkę schorzeniem. Ta antymodernistyczna powściągliwość jest naprawdę godna podziwu.

Dzięki Fundacji Korporacji Ha!art pojawiła się na rynku niezwykle interesująca pozycja, jednocześnie wpisująca się w pewien trend, jak również odznaczająca się silnie autorskim piętnem. “Psy ras drobnych” można potraktować jako kolejną herstorię, mikropowieść pisaną z kobiecej, intymnej perspektywy, w której losy bohaterki bywają odzwierciedleniem ulegającego korozji patriarchalnego paradygmatu. Warto przyglądać się dalszemu rozwojowi twórczości Olgi Hund, bo wydaje się, że ta utalentowana artystka ma jeszcze wiele do powiedzenia.

Tytuł: Psy ras drobnych
Autorka: Olga Hund
117 stron
Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Kraków 2018


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.