“Listopad” – Recenzja

Wilki grasują w pobliskich lasach, duchy przechadzają się gościńcem, a mróz ścina krew w żyłach wieśniakom żyjącym razem ze zwierzętami w drewnianych chatkach. Brud z ubóstwem dzierżą władzę, a wszelkie marzenia mogą być co najwyżej utopione w błocie. W tych warunkach rozgrywa się estoński Listopad, którego fabuła jest oparta na powieści Rehepapp autorstwa Andrusa Kivirähka.

Film Rainera Sarneta to zanurzona w ludowej baśniowości historia o parze nieszczęśliwych kochanków z gminu. Liina (Rea Lest) kocha się w Hansie (Jorgen Liik), zaś młodzieniec jest zadurzony w córce mieszkającego nieopodal barona. Tragedia omyłek, nieporozumień i buzujących emocji nierozerwalnie połączy losy tych trzech dusz, z których każda zderzy się z siłami wykraczającymi poza ludzką materię.

Zobacz również: Recenzję “Dukuna”

Reżyser rozpoczyna budowę świata przedstawionego od skrupulatnie zaplanowanej strony formalnej. Korzystając z prac fotografa Johannesa Pääsuke, z antropologiczną precyzją przedstawia realia życia estońskiego chłopstwa. Miesza wściekle oślepiającą biel ze stonowaną czernią, tworząc kadry pełne liryzmu, melancholii, ale również podskórnie tętniące siłą witalną. Kamera Marta Taniela z dokumentalnym zacięciem przygląda się krzywym zębom służących czy umorusanym ryjom parobków, niczym Brouwer na swoich płótnach, by w następnej scenie z gotyckim przepychem ukazać puste korytarze zamczyska czy z wizyjną subtelnością podejrzeć lunatykowanie i błądzenie po dachu jednej z postaci. Naprzemiennie pojawiają się plany dalekie i bliskie, Taniel nie boi się przedstawić szerokiej panoramy wypełnionej dziką, zaśnieżoną przyrodą, albo ciasnej, śmierdzącej, ledwie rozjaśnionej świecami chaty. Eklektyczny styl operatora okazuje się dla filmu zbawienny. Nie dość, że w ten sposób przykrywane są ewidentne braki finansowe produkcji, to jeszcze widz znacznie łatwiej może wniknąć w pokazywaną materię i zrozumieć prawidła jej funkcjonowania.

A świat przedstawiony zamieszkuje wielość bytów, często z pogranicza życia i śmierci. Są oczywiście chłopi, brzydcy i brudni, zazdrośni i zawistni, zakorzenieni w swojej ziemi od pokoleń; jest też najeźdźca i pan na włościach, pochodzący z Niemiec baron wraz ze swoją córką, któremu autochtoni muszą usługiwać i przeciwko któremu chcą się buntować. Obok ludzi egzystuje byt przypominający diabła, chętny do paktowania i przejmowania kolejnych dusz, a jego świtę stanowią kratty, duchy wcielające się w przedmioty codziennego użytku. Estońską wieś ominęła oświeceniowa rewolucja, rozum nie zatriumfował nad czuciem i wiarą, toteż wspomniane byty istnieją równolegle, wchodząc ze sobą w rozmaite relacje. Tutaj nic nikogo nie dziwi, każdy rodzaj spirytystycznej niesamowitości przyjmowany jest tak, jak przyjmowane są wschody i zachody słońca.

Zobacz również: Recenzję “Z perspektywy Paryża”

Zaprezentowana przez Sarneta historia jest oczywiście konwencjonalna, bo takie są też baśnie. Nie chodzi w nich o skomplikowaną intrygę czy nieszablonową narrację, lecz o celne nakłucie powierzchni i odsłonięcie uniwersalnej prawdy na temat rzeczywistości. Reżyser nie sili się na szkicowanie wysublimowanych portretów psychologicznych, grubą kreską tworząc marzenia i lęki protagonistów. Perypetie Liiny i Hansa mają w sobie coś z Romea i Julii, ale przede wszystkim są zanurzone w ludowych przypowieściach, tak obficie wykorzystywanych w epoce romantyzmu. Bohaterowie są jedynie figurami, za pomocą których trubadur może snuć swoją opowieść o miłości niemożliwej do spełnienia, skomplikowanych wyrokach losu, ale także samotności czy zazdrości.

Listopadzie reżyser oferuje przechadzkę po nieistniejącej już rzeczywistości, jeszcze zaczarowanej, nieznanej, pełnej niebezpieczeństw. W tym aspekcie estońskie dzieło znakomicie koresponduje z Czarownicą: Bajką ludową z Nowej Anglii, z tym że u Roberta Eggersa większy nacisk został położony na płaszczyznę religijną. O ile tam w bohaterach z minuty na minutę wzrastała religijna trwoga, o tyle u Sarneta chrześcijaństwo ukazywane jest raczej w tonie żartobliwym. Owszem, wieśniacy uczęszczają na msze, ale sformalizowane wierzenia są dla nich pustym produktem, zaś ksiądz jest zbyt słabym człowiekiem, by szerzyć wśród pospólstwa nauki Jezusa. Znacznie lepiej do bohatera zbiorowego przemawia konkret: złoto, dzika przyroda, ciepły kąt do spania, wzorzyste suknie. Obu reżyserów łączy jednak pietyzm w ukazywaniu trudu i znoju jako nieodłącznych towarzyszy wieśniaków.

Zobacz również: Recenzję “Suspirii”

Okazuje się, że nie przez przypadek Listopadowi przyznano nagrodę na Tribeca Film Festival w zeszłym roku. To również znakomity debiut Velvet Spoon na rynku dystrybutorów filmowych. Dbałość o detale, piękne kadry, a także różnorodna ścieżka dźwiękowa autorstwa polskiego kompozytora Jacaszka stanowią o niewątpliwej sile oddziaływania tego tytułu.  Niewolny od zbędnych epizodów i niekiedy mało czytelnych wizji, Listopad to rodzaj kinematograficznej podróży coraz rzadziej oferowanej przez artystów. Wprawdzie wymaga ona apriorycznego zawierzenia konwencji i porzucenia krytycznych narzędzi, lecz jednocześnie gwarantuje eksplorację rzeczywistości wypełnionej na równi ludźmi i wszelkiej maści strzygami. Bajka Rainera Sarneta nie nadaje się do opowiadania dziecku na dobranoc; zapewne lepiej funkcjonowałaby jako mroczna historia wygłaszana przy ognisku, wśród szumu ciemnych kniei i posępnego pohukiwania sów. Film estońskiego reżysera będzie najprawdopodobniej jedną z najoryginalniejszych propozycji w rodzimych kinach w tym roku.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.