Tylko nie mów nikomu

Powiedzcie każdemu o filmie “Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich [RECENZJA]

Tylko nie mów nikomu już w tym momencie wchodzi do historii polskiego filmu dokumentalnego i zajmuje jedno z bardziej nobilitowanych miejsc. Niezależnie od tego, jakie efekty przyniesie produkcja Tomasza Marka Sekielskich, bez cienia zawahania można określić ich pracę jako najważniejsze wydarzenie dla rodzimego kina w tym roku. Niby przygotowany przez braci dokument nie powinien być traktowany jako otwarcie Puszki Pandory, wszak informacje o pedofilii w polskim kościele katolickim pojawiają się w mediach od wielu lat, natomiast sposób, w jaki została przez nich poprowadzona narracja, znamionuje niezwykle uczciwe podejście do tematu. Chyba każdy czekał podświadomie na tak poważne potraktowanie tej sprawy – bez tabloidowej sensacji, za to z wyczuciem i wiedzą, o czym i jak chce się mówić.

Zobacz również: “Czarnobyl” – poziom napromieniowania po trzech odcinkach

Przy okazji recenzowania filmu Sekielskich pojawia się “odwieczny” problem związany z recepcją produkcji dokumentalnych. Często podejmowane przez twórców tematy są niezwykle istotne dla społeczeństwa, a ich prace odkrywają fragmenty rzeczywistości, o których wcześniej niewielu miało pojęcie. Jako że mówimy o dziełach sztuki, to nie można zapominać również o formie wykorzystywanej przez artystów, co niekiedy wprowadza zamieszanie i okazję do sprzeczki. Wydaje się, że u wielu widzów istnieje cienka granica między oceną dokumentu pod względem treści a formą. Skoro omawiana sprawa jest ważna, skoro uznajemy, że została przedstawiona prawda, to niejako automatycznie wszelka krytyka musi być odebrana jako atak na tę prawdę, jako niezgoda na zaprezentowane tezy. To niezwykle newralgiczna sprawa, niezbędna do wyartykułowania przy okazji omawiania Tylko nie mów nikomu, ponieważ jest to produkcja momentami wadliwa od strony formalnej.

Tylko nie mów nikomu

Zacznijmy jednak od sprawy fundamentalnej: bracia Sekielscy dobitnie udowadniają, że istniał (i niestety pewnie nadal istnieje) zorganizowany system ochrony przestępców w polskim kościele. Na przykładzie losów kilku osób prezentują całe okropieństwo związane z przypadkami gwałtów i molestowań, które były notorycznie zamiatane pod dywan. Co jednak najważniejsze, twórcy nie uderzają w instytucję na zasadzie ateistycznej wojenki, nie idą z klerem na noże w imię laicyzacji. Umiar w tym kontekście jest cnotą, szansą na realne przeprowadzenie problemu. Chodzi tylko o ukaranie winnych – zarówno sprawców, jak i osób chroniących ich za wszelką cenę.

Zobacz również: “Synonimy” – Poszukiwanie własnej tożsamości na paryskim bruku [RECENZJA]

Zwłaszcza Tomaszowi Sekielskiemu należą się brawa za to, jak potrafi wycofać się z kadru i oddać głos ofiarom. Jest przecież rozpoznawalny, a temat nośny, więc mógł bez problemu “polansować” się przy okazji premiery swojej produkcji, mógł chodzić po wszystkich mediach i stawiać siebie w roli jedynego sprawiedliwego. Na szczęście do tego nie doszło, a dziennikarz w spokoju, przy pomocy pieniędzy zebranych podczas zbiórki na portalu Patronite, rzetelnie odrobił pracę domową. Usunął się w cień, oddając pole ofiarom i ich stawiając w roli bohaterów tego dokumentu. Słowo “ofiara” w tym kontekście pada bez żadnego pejoratywnego skojarzenia – osoby wspominające traumatyczną przeszłość nie są jedynie figurami cierpienia, które biernie, z automatu relacjonują stare dzieje.

To osoby często ujawniające się z imienia i nazwiska, aktywnie walczące z przestępcami w koloratkach. Z jednej strony Sekielscy szanują decyzję niektórych, chcących nadal ukrywać twarz, z drugiej strony pomagają tym, którzy dążą do konfrontacji z oprawcami i wymierzenia sprawiedliwości. Kręcenie filmu miało dla nich wymiar terapeutyczny, jako być może ostateczne przegnanie demonów przeszłości i pogodzenie się z traumą towarzyszącą od wielu lat.

Dwugodzinny seans Tylko nie mów nikomu jest napakowany ludzkim bólem i poczuciem życiowego wykolejenia z powodu doznanej tragedii. Najtrudniejszymi emocjonalnie momentami, zarówno dla bohaterów, jak i widzów, są zapewne sceny spotkań z oprawcami. Wystarczy spojrzenie kamery na starych, często schorowanych ludzi oczekujących na śmierć, wystarczy posłuchać ich komentarzy, próby ucieczki od odpowiedzialności, by złość wezbrała się wraz ze smutkiem. Rzadko kiedy ofiary, ale też widzowie jakichkolwiek dzieł kinematografii, mają okazję wejrzeć prosto w oczy potworów, wystosować oskarżenia i oczekiwać na reakcję.

Tylko nie mów nikomu

Zobacz również: “The Act”, czyli serial o tragedii, która nie miała prawa się wydarzyć [RECENZJA]

Konfrontacyjny charakter produkcji oraz poczucie sprawczości po stronie skrzywdzonych to elementy wyprowadzające Tylko nie mów nikomu dalece poza świat filmowy. Odbiorcy nie mają do czynienia z typową smarzowszczyzną Kleru ze swoim na wpół mistycznym zakończeniem, lecz z wydarzeniem politycznym, manifestem zmian, może nawet mitycznym strzałem z Aurory, od którego rozpocznie się lawina zmian w kościele katolickim. Od samej premiery internet jest zalany falą komentarzy słusznie potępiających bierność instytucji chroniącej przestępców. Za oskarżeniami idą jednak wnioski niemalże reformatorskie, sugerujące totalną zmianę relacji na linii państwo – kościół. Trudno w tym momencie orzec, na ile praca Sekielskich będzie początkiem rewolucji obyczajowej w polskim społeczeństwie. Na szczęście twórcom zależało na prezentowanych bohaterach, dlatego też dalsza recepcja nie jest już od nich zależna.

Najważniejsze dla braci jest oczywiście ukazanie hipokryzji uniemożliwiającej przedstawicielom kościoła przyznanie się do grzechów i do oczyszczenia środowiska z przestępców, ale przy okazji ujawniają oni w szerszej skali, jak istotne jest to zagadnienie. Wprawdzie na plan pierwszy wysuwają się instytucjonalne przewinienia hierarchów kościelnych, ale po pewnym czasie powinny się pojawić również pytania natury ogólnej – gdzie były sądy świeckie?

Dlaczego lekką ręką, niezależnie od tego, kto rządził, sędziowie i prokuratorzy potrafili przekreślić czyjeś zeznania i nie wszczynać postępowań? Czy na podstawie historii księdza Cybuli nie wyszło też na jaw, że nie tylko biskupi, ale również osoby niezwiązane z kościołem chroniły swoich kolegów? Wprawdzie po emisji dokumentu Lech Wałęsa oskarża swojego byłego kapelana, ale w samym filmie nadal pojawia się jako ten, który broni i oczyszcza kolegę. Niech trwa zatem dyskusja o kościele, ale Sekielscy delikatnie sugerują, że sprawa może być poważniejsza, że w wielu środowiskach w naszym kraju ręka rękę myje, a lojalność jest cenniejsza od dążenia do prawdy.

Zobacz również: “Królowa Kier”, czyli skomplikowana walka z kulturą gwałtu [RECENZJA]

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że pod względem realizacyjnym nie jest to dzieło spełnione. Trudno orzec, czy to kwestia budżetu, czy zwyczajnie braku pomysłu, natomiast sposób wizualnego prezentowania opisywanych zdarzeń jest daleki od standardów wyznaczanych przez współczesne dokumenty. Produkcji znacznie bliżej do telewizyjnych reportaży rodem z Superwizjera, czy Sprawy dla reportera, aniżeli pracom pokazywanym chociażby podczas obecnie trwającej szesnastej edycji Millenium Docs Against Gravity. Reżyserzy nie wiedzą, co zrobić z obrazem podczas puszczanych w tle wypowiedzi, serwując wielokrotnie ujęcia kościołów robionych z drona, lub tworząc “wizualizacje” słów wypowiadanych przez ofiary. Wydaje się jednak, że widok zabrudzonego stołu i mleka spływającego po męskiej brodzie odbiera powagę sytuacji. Momentami również brakuje umiaru w doborze ścieżki dźwiękowej. Naprawdę nie trzeba było podkładać przejmującej muzyki pod trudniejsze dla ofiar chwile, historia całkowicie broni się sama. Czasami cisza jest głośniejsza od kościelnych chorałów czy podniosłych orkiestrowych partii.

Tylko nie mów nikomu

Pod względem merytorycznym film Sekielskich jest nie do ruszenia, aczkolwiek zakończenie może być potraktowane jako odrobinę manipulujące. Ostatnie kilka minut poświęcono bierności Jana Pawła II wobec problemu pedofilii, zasugerowano potrzebę rozmowy z asystującym mu przez wiele lat kardynałem Dziwiszem, a w ostatecznym momencie doszło do zawieszenia narracji i pozostawieniu wytaczanych oskarżeń bez wyraźnej puenty. Twórcy uczciwie ujawnili w napisach końcowych listę duchownych, którzy nie chcieli brać udziału w nagraniach, więc tym bardziej dziwi, dlaczego akurat ten wątek nie został jednoznacznie domknięty.

Zobacz również: “Karnawał dusz”, czyli esencja horroru artystycznego – Felieton [CAMPING #29]

Jeżeli zatem potraktujemy Tylko nie mów nikomu jako dzieło kultury, to ujawni się przepaść między formą a treścią. Tematycznie jest to prawdziwa bomba, której odłamki będą latały w przestrzeni publicznej przez wiele miesięcy, a jej eksplozja może być zaczynem potężnych zmian, jakich jeszcze polska ziemia nie widziała. Natomiast formalnie jest to produkcja zaledwie poprawna, mocno niedopracowana, pozbawiona elementów poprawiających odbiór. Bądźmy jednak szczerzy: w przypadku takiego tytułu podana poniżej ocena nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Recenzowanie wymusza nabranie dystansu wobec omawianej pracy i chłodne spojrzenie na obie strony medalu. Bo w kwestiach merytorycznych nie powinno dojść do żadnych dyskusji: Marek Tomasz Sekielscy wykazali się uczciwością, rzetelnością oraz szczerością, a dzięki nim ofiary nareszcie przestały być stygmatyzowane. Mało mamy w Polsce okazji do obcowania z tak kompetentnie zrelacjonowanymi faktami. Prawda zatriumfowała, oby też prawda wyzwoliła niektórych i pozwoliła na surowe rozliczenia z problemem pedofilii w polskim kościele katolickim.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.