RecenzjeSeriale

“Hunters”, czyli Al Pacino w pogoni za nazistami [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Uwaga! Tekst zawiera fragmenty zdradzające fabułę.

Stany Zjednoczone, rok 1977. Wciąż trwa walka ze Związkiem Sowieckim, której finał wcale nie jest przesądzony. Tymczasem na zapleczu amerykańskiej władzy czai się nowy wróg, niczym tępiony szkodnik, który jakimś cudem przetrwał i szykuje się do krwawej wendety. Oto garstka nazistów, ukrywająca się na prestiżowych stanowiskach, między innymi w administracji prezydenta Jimmy’ego Cartera, zaczyna wcielać w życie demoniczny plan. Dzięki niemu chcą dokonać biologicznej eksterminacji najbiedniejszych warstw społeczeństwa, a przy okazji przejąć stery władzy, by IV Rzesza odrodziła się niczym feniks z popiołów. Mają jednak pecha, bo na ich ślad trafia niewielka grupka, głównie Żydów, pragnąca wyrównać wojenne rachunki za doznane krzywdy.

Najnowszy serial platformy Amazon Prime firmowany jest głównie nazwiskiem jednego z producentów wykonawczych – Jordana Peele’a – aczkolwiek nie ma co się do tej informacji nadmiernie przywiązywać. Autor Uciekaj! jest zaledwie jednym z kilku osób odpowiedzialnych za całokształt produkcji. Hunters to przede wszystkim dziecko Davida Weila, współscenarzysty i pomysłodawcy całego projektu. 

Wydaje się, że dotknięcie Peele’a jest najbardziej wyczuwalne tylko na początku serialu, kiedy jeszcze nie do końca wiadomo, w którą stronę zostanie poprowadzona fabuła. Pierwsze odcinki są bardzo stylowe, b-klasowe, jak gdyby widownia została przeniesiona wehikułem czasu do lat 70. i mogła przekonać się, na czym polegała “pulpowość” ówczesnego kina. Bohaterowie są charakteryzowani bardzo grubą kreską, krew leje się gęsto, ścieżka dźwiękowa wprawia stopę w tuptanie, a na dodatek samo jądro historii jest na swój sposób absurdalne. Oczywiście, twórcy nie sięgają po dokumenty historyczne. Swobodnie budują konstrukcję serialu z pomieszania prawdy i fikcji, nigdy nie stwierdzając jednoznacznie, gdzie przebiega między nimi granica. Hunters jest zabawą konwencjami kina zemsty i blaxploitation, dodatkowo wzbogaconą o wątek nierozliczonej traumy po holokauście. Na początku przeważa komizm, by z czasem powoli ustępować miejsca tragedii.

Głównym bohaterem jest Jonah Heidelbaum (Logan Lerman), chłopak rozpoczynający karierę dilera marihuany. Jego rodziców spotkał tragiczny koniec, o dziadku również niewiele wiadomo, dlatego opiekuje się nim babcia, robiąca wszystko, co w jej mocy, by Jonah “wyszedł na ludzi”. Misja nie zostaje jednak do końca wykonana – kobietę zastrzelono w swoim mieszkaniu, chłopak jest świadkiem zdarzenia, co wywraca jego życie do góry nogami. Strata opiekunki wywołuje w nim potworne poczucie samotności, nie pomaga obecność ani dwóch bliskich kumpli, ani dziewczyny mieszkającej po drugiej stronie ulicy, w której jest zauroczony. Sytuacja zmienia się jednak dosyć szybko, gdy pomocną dłoń wyciąga do niego Meyer Offerman (Al Pacino), stary znajomy babci z lat młodości.

Fot. Materiały promocyjne serialu Hunters, Amazon

Od tego momentu losy Jonaha przypominają historię Petera Parkera, komiksowego Spider-Mana, do którego jest zresztą często porównywany. Chłopak rozpoczyna działalność w tajnej komórce zajmującej się zwalczaniem nazistów i staje przed poważnym dylematem, jak daleko może się w tej walce posunąć. Czy złoczyńców należy karać samodzielnie czy tylko dostarczać ich przed oblicze wymiaru sprawiedliwości? Hunters momentami przypomina procedural, prawie każdy odcinek jest poświęcony innemu wyznawcy hitlerowskiej ideologii, toteż twórcy regularnie badają, jak zmienia się nastawienie Jonaha wraz z narastającą w nim furią i poczuciem dziejowej niesprawiedliwości.

Tutaj rozpoczyna się najtrudniejszy moment wywodu, bowiem ocena tej popkulturowej zabawy zależy od wrażliwości widza, od otwartości na inne sposoby mówienia o zagładzie Żydów. Hunters jest bowiem serialem superbohaterskim, choć bez pokazywania supermocy, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mimo że życie dostarczyło wystarczająco dużo świadectw o okrucieństwie “pracowników” obozów koncentracyjnych, to i tak pojawiają się w serialu zmyślone historie o grze w szachy, jaką w Auschwitz ludzkimi pionkami miał toczyć jeden z Niemców przeciwko wybitnemu żydowskiemu graczowi. Rozgrywki toczyły się na łące nieopodal pieców krematoryjnych, zaś zbicia pionków-ludzików polegały na wzajemnym mordowaniu się więźniów w celu przetrwania. Być może reakcja prawdziwej dyrekcji obozu – wystosowana do twórców prośba o jakiekolwiek zaznaczenie, że podobny epizod nie miał miejsca – jest odrobinę przesadzona, wszak mamy do czynienia z artystyczną fikcją, ale powstaje pytanie, czy takie zabiegi scenarzystów są w ogóle konieczne.

Według mnie, co może niektórym wydać się kontrowersyjne, obrana strategia nie narusza pamięci zamordowanych więźniów. Wpisanie historii żydowskiej zagłady w gatunkowe ramy narusza zmurszałe ramy konwencji, jednocześnie uczulając widzów na faktyczne emocje, jakie towarzyszyły ocalałym. Z jednej strony superbohaterszczyzna zyskuje namacalny wymiar, przestaje być bitewką o losy świata między kosmicznymi stworami i multimilionerami-gadżeciarzami, co w pewien sposób odświeża tę formułę. Z drugiej strony, służy celniejszej egzemplifikacji, przystosowanej do świadomości współczesnego odbiorcy, jak bardzo w ludziach tkwi potrzeba wymierzenia prymitywnej, acz uzasadnionej, zemsty na byłych oprawcach.

Problem jednak powstaje wtedy, gdy scenarzyści próbują ciągnąć kilka srok za ogon. Połączenie archetypicznej wojny dobra ze złem wraz z b-klasowymi postaciami nie wychodzi historii na dobre. Z tego powodu nie jest ani do końca poważnie, ani za bardzo śmiesznie. Trudno traktować serio historię o zemście, gdy bierze się za nią podstarzały gwiazdor Lonny Flash (Josh Radnor), któremu bokobrodów mógłby pozazdrościć sam Michał Milowicz. Także dylematy Roxy Jones (Tiffany Boone) nie wybrzmiewają w odpowiedni sposób, gdy aparycją i zachowaniem przypomina heroinę kina blaxploitation, by chwilę później zamartwiać się o losy dziecka. To samo zresztą tyczy się nazistów, których plany przypominają najmroczniejsze, najdemoniczniejsze zamiary marvelowskich villainów. Brakuje w ich kreacjach konsekwencji – albo absurdalnej jazdy po bandzie, albo uplastycznienia ich zamiarów polegających na wpisaniu tych postaci w polityczny pejzaż Ameryki lat 70. XX wieku.

Interpretacja Hunters sprawia wiele kłopotów. Trudno jednoznacznie stwierdzić, na ile jest to serialowa zabawa w “policjantów i złodziei”, a na ile poważniejsze rozliczenie z dziedzictwem III Rzeszy. Sytuacji nie poprawia plot twist ujawniony pod sam koniec pierwszego sezonu, balansujący na granicy pulpy i powagi. Zwróćmy uwagę na scenę konfrontacji poszukiwanego nazisty z Jonahem. Postać grana przez Pacino przyznaje się do tego, że zamordował prawdziwego Meyera, a następnie przybrał jego tożsamość. Chirurgiczna zmiana wyglądu twarzy to typowy zabieg dla telenoweli, ale czy w historii niby-Meyera, relacjonującego swoją przemianę,  nie wybrzmiewa realny żal za grzechy? Na swój sposób perwersyjny, narcystyczny, ale jednak uprawdopodobniony przez historię całego życia, jaką przed Jonahem rozwija Pacino w finałowej rozmowie, kiedy to opisuje, jak uczył się języka hebrajskiego, zasad Tory, a w ostateczności obrał drogę eksterminacji byłych kolegów z obozów koncentracyjnych.

Fot. Materiały promocyjne serialu Hunters, Amazon

Wydaje się zatem, że najbardziej warto doceniać Hunters za to, że w konwencji superbohaterskiej wreszcie pojawiają się prawdziwe emocje. Walka dobra ze złem przestaje być pozbawioną refleksji wojenką. Angażujący się w wendettę Jonah boleśnie przeżywa wyrzuty sumienia, miota się między żądzą krwi a wewnętrznym kompasem moralnym blokującym go przed popełnieniem zbrodni. Warto bowiem zauważyć, jakimi ideami karmieni są współcześni widzowie: wielu bohaterów napędzanych jest potrzebą rewanżu, która jest w pełni rozgrzeszana przez twórców. Triumf praw człowieka jest tylko pozorny, w sztuce nadal króluje apoteoza (choć nie zawsze jawna) przemocy i śmiercionośnego wyrównywania porachunków. Na podstawie losów Jonaha twórcy skutecznie pokazują, że taka strategia na dłuższą metę jest destrukcyjna i prowadzi tylko do zguby. 

Hunters to serial nierówny, lepiej działający jako poważna opowieść o rozbitkach żyjących w powojennej traumie, aniżeli jako post-tarantinowska historia z obowiązkowymi fontannami krwi i bajeranckimi kwestiami. Scenariuszowy rozkrok między tymi dwoma konwencjami negatywnie wpływa na ocenę jakości, ale też warto docenić próbę innego sposobu opowiadania o losach osób ocalałych przed nazistowską machiną. Produkcja Amazona puchnie od nadmiaru inscenizacyjnych pomysłów, ale w tym przypadku gatunkowa asceza wyszłaby tylko na dobre.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.