Advertisement
RecenzjeSeriale

“American Horror Story: 1984”, czyli o nekrofilskiej idealizacji ejtisów [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Kto nie znudził się kolejnymi wariacjami na temat amerykańskiej popkultury, ten bez problemu powinien zanurzyć się w świat dziewiątej odsłony American Horror Story. Podtytuł sezonu – 1984 – odsyła do zagadnień, jakie będą podejmowane przez twórcę Ryana Murphy’ego. Również i on pochyla się nad nostalgiczną falą produkcji zakorzenionych w ejtisowej stylistyce, przy okazji reinterpretując gatunek slashera.

Oto grupka młodych ludzi – wielbiących aerobik pięknisiów z natapirowanymi, farbowanymi fryzurami – udaje się w trakcie lata do obozu Redwood, by tam zostać instruktorami dla młodszych uczestników, co, według bohaterów, miałoby w praktyce oznaczać imprezowanie i okazję do zaznania niezobowiązującego seksu. Kilkanaście lat wcześniej doszło w tym miejscu do krwawego mordu, a jedyna osoba, która wtedy umknęła przed śmiercią – Margaret (Leslie Grossman) – zamierza ponownie otworzyć obozową przestrzeń, byle tylko ją odczarować i poradzić sobie z traumą. Kobieta będzie miała okazję, by stanąć twarzą w twarz ze swoim niedoszłym oprawcą, seryjnym mordercą o pseudonimie Mr. Jingles, bowiem uciekł on z leżącego nieopodal szpitala psychiatrycznego i zamierza dokończyć dzieła. Z tego względu również młodzi bohaterowie wpadną w sam środek letniego koszmaru, walcząc na śmierć i życie ze złem w czystej postaci.

Jak to bywa w serialach sygnowanych nazwiskiem Murphy’ego, również w dziewiątym sezonie AHS nie brakuje nawiązań do wcześniejszych produkcji korzystających z estetyki horroru. Już w pierwszym odcinku można odnaleźć zapożyczenia choćby z Piątku trzynastego oraz Halloween. Mimo że taki rodzaj opowiadania, zakotwiczony w dobrze znanej, popkulturowej stylistyce, jest znakiem firmowym scenarzysty, to tym razem ma to głębszy sens. Nie chodzi tylko o niczym nieskrępowaną żonglerkę motywami, ale także o podszycie się pod eksploatowaną obecnie strategię polegającą na nachalnym, bezkrytycznym powrocie do lat osiemdziesiątych. Ustami bohaterów scenarzysta kilkukrotnie wygłasza peany ku czci tego okresu, jak gdyby był on najlepszy w historii ludzkości. A wystarczy ledwie poskrobać po kolorowej powierzchni tamtych czasów, by pod zwałami pstrokacizny i chwytliwych popowych melodii ujawniła się systemowa dyskryminacja oraz patologia mainstreamowej kultury.

Trudno jednak od razu odkryć “drugie dno” serialu stacji FX, gdy widzowie są notorycznie bombardowani infantylnym zachowaniem bohaterów. Bawić może nadmierne wyuzdanie Montany (Billie Lourd), razić świętoszkowatość Brooke (Emma Roberts), wprawić w poczucie zażenowania narcyzm Xaviera (Cody Fern). Jednakże przede wszystkim widzowie mogą poczuć się zniesmaczeni niezwykle brutalną poetyką sezonu, w którym trup ściele się gęsto, krew hektolitrami tryska ku niebu, a bohaterowie wymyślają przeróżne sposoby na odbieranie innym życia. Nie trudno potraktować AHS: 1984 jako prymitywną, bezsensowną, pozbawioną dobrego smaku zabawę w mordowanie, ćwiartowanie i czego tam jeszcze oglądane patologiczne jednostki nie wymyślą.

Na szczęście, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Już od pierwszego sezonu AHS twórca Ryan Murphy z uporem maniaka podkreślał, jak pod płaszczykiem uładzonych, powszechnie przyjętych narracji skrywają się demony pragnące ujrzeć światło dzienne. Poprzez mielenie amerykańskich toposów artysta mówił o podziemnym przemyśle aborcyjnym, wykluczeniu Innych ze względu na stan psychiczny, wygląd oraz rasę, perwersyjnej funkcji telewizji, jak również o politycznych biesach, które jakiś czas temu dorwały się w USA do władzy. 

Dziewiąty sezon nie jest zatem odstępstwem od reguły. Poruszane są w nim wątki dotyczące dyskryminacji kobiet i ich seksualnego uprzedmiotowienia. Twórcy skupiają się także na infantylnej idealizacji przeszłości, bezrefleksyjnym wskrzeszaniu popkulturowych trupów. W tym kontekście szczególnie bawi, mimochodem podjęty, wątek nekroturystyki w miejsca pochówków gwiazd muzyki rozrywkowej. Idole, wokół których rozpościera się aura kultu i śmierci, są przecież o wiele bardziej pociągający aniżeli ich żyjący koledzy oraz koleżanki po fachu.

AHS: 1984 stanowi również formę namysłu nad patologicznymi ciągotami w stronę zrozumienia seryjnych morderców. Można to zresztą potraktować jako metakomentarz do wcześniejszych sezonów. Murphy w krzywym zwierciadle pokazuje, dokąd prowadzi chęć zrozumienia zwyrodnialców, podróż na rubieże moralnej aberracji.

Może jednak być tak, że podane wyżej hipotezy stanowią jedynie nadbudowę wobec głupkowatego wykwitu scenariopisarskich uniesień. Być może to tylko pułapka, w którą mają wpaść nadinterpretujący widzowie, bo tak naprawdę chodzi tylko o frajdę. Dziewiąty sezon American Horror Story zbyt często błąka się przy granicy dobrego smaku (również intelektualnego, nie tylko estetycznego), że trudno orzec, na ile powierzchowny przekaz był świadomie zaprojektowany, a na ile powstał tylko przez przypadek. 

Jedna konstatacja pozostaje niezmienna: Ryan Murphy po raz kolejny udowadnia, że zjada własny ogon. Zdarza mu się jeszcze zaskoczyć celnymi uwagami idącymi w poprzek dominujących tez, niemniej jednak coś złego dzieje się z jego twórczością, gdy po raz kolejny sięga po wykorzystywane przez niego niegdyś chwyty. Jeżeli artysta zaczyna sam siebie cytować, to nie jest to zwiastun niczego dobrego. Tym razem jednak Amerykaninowi uszło to na sucho, bo slashery rządzą się swoimi, dalekimi od racjonalności, prawami, niemniej jednak kolejnym razem może wyjść z tego już totalna katastrofa. 

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.