Recenzje

“Kochankowie jednego dnia” – Recenzja

Marcin Kempisty
Kochankowie jednego dnia
kadr z filmu “Kochankowie jednego dnia”

Jeanne (Esther Garrel) kocha Matéo, ale uczucie nie pomaga jej w utrzymaniu relacji przy życiu. Jej ojciec Gilles (Éric Caravaca) kocha Ariane (Louise Chevillotte), ale nie potrafi utrzymać znacznie młodszej kochanki przy sobie. Bohaterowie rozmawiają, spacerują, zdradzają się i tak powoli mija ich żywot. Kochankowie jednego dnia w reżyserii Philippe’a Garrela to kameralna opowieść o emocjonalnych wykolejeńcach, dla których miłość bywa śmiercią, a śmierć miłości szansą na odrodzenie.

Film Francuza od samego początku odznacza się kruchą strukturą narracyjną opartą na subtelnie zarysowanych relacjach damsko-męskich. Pomiędzy kolejnymi działaniami bohaterów z trudem można wskazać związki przyczynowo-skutkowe. Są oni jak listki na wietrze, kierowani przez podmuchy pożądania oraz porywy żalu. Cienka jest bowiem linia między radością a smutkiem. Miłość być może cierpliwa jest i łaskawa jest, ale przede wszystkim kapryśna jest – im częściej się o niej mówi, tym bardziej ulatnia się z serc i sprawia, że ciała głodne są nowych doznań.

Najnowsze dzieło autora Zwyczajnych kochanków w wielu momentach mogłoby zostać potraktowane jako pretensjonalna historyjka bez puenty, przy czym ten przymiotnik określałby sytuację, w której tylko pozornie mówiłoby się o poważnych rzeczach, podczas gdy tak naprawdę dialogi opierałyby się na powszechnych banałach. I rzeczywiście, ciągła paplanina bohaterów nie otwiera przed widzem jakichkolwiek nowych przestrzeni. Nie daje okazji do tego, by zderzyć się z własnymi emocjami czy też ewentualnie bardziej zrozumieć motywacje protagonistów.

Na szczęście cała historia ujęta jest w wielki nawias. Philippe Garrel unika dosłowności, stawiając na mocno skrywaną, a mimo to wyraźnie wyczuwalną ironię względem przedstawianych na ekranie wydarzeń. Wkłada w usta postaci peany na cześć miłości zestawiając je z ich działaniami dalekimi od ideałów. Kreuje ich na wyzwolonych i nowoczesnych, ale wystarczy, że zderzą się oni z twardą rzeczywistością, by zbudziła się w nich “burżuazyjna” moralność. Nie robi tego jednak w złośliwy sposób. Jest naprawdę czuły wobec ich słabostek. Po prostu celnie pokazuje, jak rewolucja obyczajowa sprzed pięćdziesięciu lat wprowadziła chaos w świecie uczuć.

Przeczytaj również:  "Dżentelmeni" – Gościu powraca w wielkim stylu [RECENZJA]
Kochankowie jednego dnia
kadr z filmu “Kochankowie jednego dnia”

Być może jest tak, że strona formalna jest skutkiem wciąż niesłabnącej fascynacji francuską Nową Falą. Wydaje się jednak, że ten celowo zastosowany anachronizm ukazuje, jak przedstawiane w tym nurcie historie oddziałują na współczesność. Podczas gdy Jules i Jim czy Amatorski gang można traktować jako opowieści o potrzebie niczym nieskrępowanej wolności, o tyle na najnowszy obraz Philippe’a Garrela warto patrzeć jako na smutną konsekwencję tamtych postulatów. Bohaterowie są przytłoczeni nadmiarem swobody, a szeroka paleta możliwości wprost przyprawia o zawrót głowy. Cóż po słowach, skoro nie da się dzięki nim zagwarantować wierności?

Kochankowie jednego dnia są jak zaschnięty liść między kartkami książki przypominający o miłości z III c, niczym przejaw ludzkiej kruchości umieszczony w połyskującej kropli bursztynu. Według reżysera tak właśnie wygląda labirynt ludzkich spraw – miłość to cel życia i przyczyna ludzkiej zagłady. Jest zawsze na wyciągnięcie ręki, ale gdy się ją pochwyci, to parzy i trzeba ją wypuścić. Z wieczną rozkoszą ciała wiąże się wieczny smutek duszy. Rendez-vous z goryczą. Emocjonalne perpetum mobile.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.