Klub kanibali

“Klub kanibali” – Recenzja

Warszawski Festiwal Filmowy, zwłaszcza w sekcji konkursowej Wolny Duch, oferuje widzom dostęp do filmów dziwacznych, ale na swój sposób intrygujących. Nieszablonowych, momentami bełkotliwych, ale na pewno szybko zapisujących się w kinofilskiej pamięci. Taki los na pewno czeka brazylijski Klub kanibali.

Kobieta (Ana Luiza Rios) leży nad basenem i pożądliwie spogląda na umięśnionego mężczyznę zajmującego się czyszczeniem ogródka. Słońce praży, hormony buzują, romans wisi w powietrzu, zwłaszcza że mąż (Tavinho Teixeira) zapowiada wyjazd na weekend. Nadchodzi zatem noc, kamera podgląda wnętrze przyciemnionej sypialni, w której mlecznobiała skóra kobiety kołysze się na ciemnym ciele pracownika. Biodra mężczyzny pracują wytrwale, sapanie przechodzi powoli w jęki, aż nagle siekiera ląduje na plecach kochanka. Pragnął miłości, a los swój skończy na talerzu bogaczy szukających nowych podniet.

Zobacz również: „Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” – Recenzja

Klub Kanibali

Film Guto Parente oscyluje między czarną komedią, stylistyką gore, a socjologicznym komentarzem dotyczącym wciąż istniejących nierówności w brazylijskim społeczeństwie. Reżyser grubą kreską tworzy sylwetki prezentowanych bohaterów – zblazowanych bogaczy, hipokrytów za nic mających sobie życie biedniejszych. Dosłowność scen morderstw jest oczywista – zdeprawowana elita żywi się na ciałach strudzonych ciemnoskórych ludzi i prowadzi swój żywot z dala od jakichkolwiek norm moralnych.

Puenta Klubu kanibali jest oczywista od samego początku, jednakże to w ogóle nie przeszkadza w samym oglądaniu. Reżyser prowadzi narrację w sposób lekki, niepozbawiony elementów humoru czarnego jak smoła. Z lubością pokazuje tryskająca krew, ale mimochodem przemyca treści nieobce kinu latynoamerykańskiemu. Począwszy od Lucretii Martel i jej debiutanckiego Bagna, poprzez Sąsiedzkie dźwięki, a skończywszy na Królowej strachu (również prezentowanej na tegorocznym WFF) – we wszystkich wymienionych filmach pojawia się wręcz chorobliwa potrzeba odgrodzenia się bogaczy od biedoty. Jak gdyby pieniądze wzmagały lęk przed innością, zaś kultywowane rasistowskie stereotypy prowadziły do wynajmowania prywatnych firm ochroniarskich i budowy wysokich murów. Film Parente jest w tym trendzie odosobniony. Mimo wyraźnego uwikłania w gatunkowe ramy, potrafi momentami skupić się na politycznych problemach. Robi to jednak na tyle niewinnie i powierzchownie, że nie odbiera produkcji lekkości i pozwala na czerpanie zabawy z kolejnego puszczania w ruch śmiercionośnej siekiery.

Zobacz również: „Lemoniada” – Recenzja (oficjalnego) zwycięzcy festiwalu Ars Independent 2018

Klub kanibali

Klub kanibali wymaga przyjęcia przez widzów pewnej konwencji, jednocześnie oferując niezobowiązującą historię, której oglądanie sprawia niekłamaną przyjemność. Niektóre rozwiązania są uroczo absurdalne, co jednak należy zrzucić na karb świadomych wyborów, a nie reżyserskiej niefrasobliwości. Guto Parente doskonale wie, jaki film kręci. Wie, kogo uderzyć i jak skutecznie przyciągnąć widza. Nie epatuje obrzydliwie ekstremalnymi obrazami, ale też nie wikła się w wir politycznego sporu. Jedynie nakreśla sytuację bohaterów, a następnie wesołym krokiem podskakuje nad ciałami kolejnych ofiar, stołami zapełnionymi ludzkim mięsem i kazamatami wypełnionymi perwersyjnie chutliwymi starcami. Stawia na prostotę środków, kreuje klarowną wizję i właśnie dzięki tej uczciwości osiąga postawiony cel. Porzućmy zatem racjonalne narzędzia i cieszmy się brazylijską masakrą stalową siekierą.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.