“Portret kobiety w ogniu” – Wizualna ekstaza, fabularna powtórka [RECENZJA]

Namnożyło się ostatnio dzieł, w których uwięzione w sukniach kobiety walczą ze sztywnymi, anachronicznymi obyczajami i ograniczającymi zasadami. W polskim teatrze zajmowała się tym m. in. Ewelina Marciniak w gdańskim Portrecie damy, w serialach podobne wątki pojawiają się chociażby w Gentleman Jack oraz Outlander, zaś w filmach można te tematy odnaleźć w Faworycie, Lady M.czy Marii, królowej Szkotów.Schemat jest zawsze podobny: żyjąca w przeszłości bohaterka nie chce postępować według norm arbitralnie przyjętych przez mężczyzn, dlatego walczy z wszelkiej maści seksistami, by wreszcie odetchnąć powietrzem wolności. Albo, jak pisze większość recenzentów, żeby zdjąć gorset konwenansów. Tłem wydarzeń jest dawna epoka, zaś nakładane na protagonistki kostiumy są traktowane przez twórców w dwojaki sposób: jako elementy, najczęściej pełnego przepychu i pięknego estetycznie, świata przedstawionego, ale także jako symboliczny kaganiec, w którym ujarzmione są, zwłaszcza w sferze seksualnej, ciała oglądanych postaci.

Przeczytaj również: “Zabierz mnie w jakieś miłe miejsce”, czyli coming of age jak stąd do Bośni [RECENZJA]

Céline Sciamma podąża podobnym tropem, ani trochę nie podważając reguł przedstawionej powyżej konwencji. Dzieło Francuzki jest także tematycznie spokrewnione z Midsommar. W biały dzień, można je również potraktować jako przyrodnią siostrę Suspirii (2018). Jej Portret kobiety w ogniu jest bezpieczną fabularnie historią o wyzwalaniu się spod władzy męskiego spojrzenia, o ucieczce przed patriarchalną wszechwładzą, wreszcie o krętych ścieżkach wiodących ku upodmiotowieniu, które w ostateczności wcale nie muszą prowadzić do upragnionego szczęścia. Reżyserka zręcznie rozpisuje partyturę opowieści na dobrze znanych tonach, umiejętnie wyciąga najważniejsze elementy z wcześniej powstałych propozycji, dzięki czemu bodaj nigdy nie fałszuje. Mimo to ma się wrażenie obcowania z tytułem na chłodno wykalkulowanym, umiejętnie skrojonym pod gusta festiwalowej publiczności, z produktem godnym naszej epoki, który jak szybko zdobył poklask, tak szybko zostanie zapomniany. 

Portret kobiety w ogniu

XVIII wiek, Francja, prowincja. W położonym w urokliwej lokalizacji dworku mieszka hrabina (Valeria Golino) wraz ze swoją córką Heloizą (Adèle Haenel). O rękę młodszej kobiety zabiega mediolański książę, ale matrymonialna transakcja dojdzie do skutku dopiero wtedy, gdy dotrze do niego jej portret. To od umiejętnie przeniesionego na płótno wyglądu zależy, czy mężczyzna ostatecznie złoży propozycję małżeństwa. Opinia Heloizy kompletnie nie jest brana pod uwagę, więc dziewczyna czuje się niczym towar na wystawie, niemy przedmiot wymiany. Z tego względu robi wszystko, by sabotować cały proces i opóźnić nadejście tragedii. Skutecznie walczy z wynajętym malarzem, ukrywając się po komnatach i unikając pozowania do obrazu. Matka jednak nie odpuszcza, dlatego też zatrudnia kolejną osobę – Marianne (Noémie Merlant) – która, tym razem fortelem, próbuje zdobyć zaufanie szlachcianki. Przyjezdna podaje się za damę do towarzystwa, podczas wspólnie odbywanych spacerów pokątnie przygląda się twarzy modelki, by później nocami pracować nad zamówionym portretem. 

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Z początku czysto zawodowa znajomość, ufundowana przecież na kłamstwie i ukrywaniu prawdziwych zamiarów, przeradza się w intymną zażyłość. Bohaterki spędzają ze sobą coraz więcej czasu, a długie rozmowy pomagają im w poznaniu się od tej prawdziwej strony, tak często wcześniej skrywanej przed światem zewnętrznym. Obie kobiety przestają się bać szczerości, odkrywając przed sobą pokłady czułości i dobroci. Nie jest to jednak związek li tylko platoniczny:  gdy tylko nadarza się okazja, dochodzi również do kontaktu seksualnego, dzięki któremu nie tylko dusze, ale i ciała odnajdują upragnione zaspokojenie.

Sciamma regularnie stara się rozbijać zastałe struktury narracyjno-formalne. Zaczyna od walki z męską optyką, bo w końcu od spojrzenia włoskiego księcia zależy przyszłość Heloizy. Sytuacja ulega zmianie, gdy za malowanie bierze się Marianne – jej punkt widzenia będzie determinował kształt powstającego dzieła. Artystka szybko porzuci odtwarzanie rzeczywistości na rzecz intymnego podglądactwa i przelewania subiektywnych doznań na płótno. Innymi słowy: nie będzie malować dla małżeńskiego biznesu, lecz dla uwiecznienia postaci kochanki. Za pomocą sztuki spróbuje wyrazić eksplozję emocji, której doświadcza za sprawą modelki. Efekt tego będzie oczywisty – uśmiech postaci umieszczonej na obrazie nie będzie zaadresowany do mężczyzny. W delikatnie uniesionych ustach będzie kryła się obietnica miłosnej słodyczy przeznaczonej tylko dla Marianne, zaś za blaskiem ciemnych oczu znajdzie się tajemnica, której powierniczkami na zawsze będą kobiety.

Przeczytaj również: “Parasite”, czyli najbardziej polski film z Azji [RECENZJA]

Jest jednak rzeczą zaskakującą, jak nieudolnie Sciamma walczy z konwencjonalnym spojrzeniem na kochanków. Z jednej strony próbuje nadać tej relacji “cielesnego” wymiaru, pokazując kochanki w pościeli, odsłaniając ich piersi, czy owłosione pachy. Z drugiej strony popada w ckliwy, banalny sentymentalizm. Miała wyjść zapewne poważna debata z Rousseau i jego Nową Heloizą, a wyszło tylko delikatne pudrowanie schematu w klimacie osiemnastowiecznej epoki. Reżyserka próbuje wyrugować platoniczną wizję uczucia na rzecz tego “rzeczywistego”, ale jednocześnie odrealnia je w inny, artystyczny sposób. Umieszcza bohaterki w oddalonej od cywilizacji i pozbawionej natrętów idylli, przysłuchuje się miłosnym szeptom, robi zbliżenia na nitki śliny łączące usta całującej się pary. Brakuje w tej historii jedynie cherubinków uciekających z plafonów i dźwięków anielskiej harfy. Nawet w romansach z klasycznej ery Hollywood stawiano granicę, by nie popaść w egzaltację. Tymczasem Francuzka dociska gaz do romantycznej dechy i nawet nie próbuje unikać przesadzonych, cukierkowych obrazków.

Portret kobiety w ogniu

Idealizacja świata przedstawionego dokonuje się na wielu frontach. Autorka Tomboya konsekwentnie usuwa męskie zagrożenie poza kadr, obserwując feminoutopię składającą się z Marianne, Heloizy i jej służącej. Dzień płynie za dniem, a w bezpiecznych czterech ścianach rozwija się oaza miłości, równości i siostrzeństwa. Kochanki mają ciała o barwie mleka, pozbawione jakichkolwiek szpecących znamion i pieprzyków, zaś w niektórych momentach ich oczy przypominają czarne studnie bez dna. Sciamma bawi się kolorami, raz lokując akcję w pokoju żywcem wyciągniętym z vermeerowskich płócien, by innym razem otulać kadry mrokiem niczym Georges de La Tour na swoich obrazach. 

Przeczytaj również: “Ból i blask”, czyli testament twórczy Almodóvara [RECENZJA]

Dziwią również głosy o subtelności i niejednoznaczności przekazu, bo Portret kobiety w ogniu momentami przypomina harlequina przeznaczonego dla inteligentów. Niby pojawiają się dywagacje na temat istoty sztuki, niby cała historia zostaje bardzo dosłownie zestawiona z mitem o Orfeuszu i Eurydyce, ale jednocześnie reżyserka sięga po banalną symbolikę. Przecież nie sposób na poważnie podchodzić do obrazów wzburzonego morza, tlącego się ognia w kominku i wspólnego wchodzenia do jaskini w kontekście rozwijającej się relacji kobiet. 

Na pewno najnowszy film Céline Sciammy olśniewa pięknem i niezwykłą precyzją wykonania. Obie bohaterki prezentują się również nadzwyczajnie, dlatego szkoda, że nie otrzymały żadnego wyróżnienia za osiągnięcia aktorskie na festiwalu w Cannes. Trzeba jednak pamiętać, że pod czarującą warstwą wizualną skrywa się dobrze znana historia o miłości wbrew otoczeniu, o porywach namiętności wbrew podszeptom umysłu. Portret kobiety w ogniu to kino wysokiej klasy, którego założenia chyba nie do końca zostały zrealizowane. Trudno uwierzyć w to, że autorka chciała przedstawić obraz rozanielonych kochanek rodem z hurtowo produkowanych romansów. Abstrahując od tego, powszechne uznanie i popularność filmu Francuzki to kolejny, po Zimnej wojnie, dowód na to, że publiczność pragnie wrócić do ckliwych melodramatów dających szansę na ucieczkę od rzeczywistości, marzy chociaż o krótkiej zmysłowej eskapadzie pozbawionej nadmiernego ironizowania i szydzenia z potęgi uczuć.


3/5


3 thoughts on ““Portret kobiety w ogniu” – Wizualna ekstaza, fabularna powtórka [RECENZJA]

  1. Kolezanka mi kiedyś powiedziała ze miała dobrego terapeutę, który dużo jej pomógł ogolnie, ale zupełnie nie rozumiał jej złożoności emocjonalnej. Ta recenzja mi wlasnie to przypomina. Recenzja faceta o wybitnie kobiecym filmie, o sile i jedności kobiet, o pewnym wyłomie spod męskiej kurateli w tamtych czasach, gdzie nawet słowa na ten temat nie ma, za to jest ” feminoutopia” i widziany jest tylko prosty seksualizm i „cukierkowe” obrazy, dobitnie świadczy o płytkości postrzegania pewnych elementów rzeczywistości i tym ze recenzje niektórych kobiecych filmów znacznie przekraczają zdolności poznawczy autora. Reszta to juz własne, męskie oczekiwania i obalanie swoich tez.

    1. Pani komentarz jest na wielu poziomach seksistowski i dyskryminujący. Nie dość, że odbiera mi Pani niemalże prawo do pisania o tym filmie (no bo jak to tak, facet o kobietach), to jeszcze sugeruje, że kobiety są Wielką Tajemnicą, której prosty męski umysł i jego prymitywna strona emocjonalna nie sprosta. Taki korwinizm a rebours.

  2. Kanwą Pana recenzji jest opowiedzenie jego treści. Pal diabli co Pan o tym filmie sądzi, ale zdradzenie fabuły od a do zet cofa Pana refleksje ponownie do szkoły :( Gdybym najpierw przeczytała co Pan pisze przed pójściem do kina, byłabym, mówiąc delikatnie, wkurzona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.