Kulturawka #5 – Pech, przypadek i przeznaczenie w serialu “Better Call Saul”

Siódmego sierpnia na Netflixie pojawi się pierwszy odcinek czwartego sezonu Better Call Saul, co stanowi doskonały asumpt do zastanowienia się nad fenomenem tego tytułu. Kolejne, po Breaking Bad, dziecko Vince’a Gilligana z sezonu na sezon staje się coraz lepszym serialem. Może to nie jest okręt flagowy stacji AMC, niemniej jednak ta produkcja jest dobitnym przykładem na to, że skrupulatnie i mądrze rozpisany scenariusz połączony z plejadą znakomitych aktorów tworzą mieszankę wybuchową. Natomiast same perypetie Jimmy’ego McGilla dają możliwość wglądu w sam środek amerykańskiego społeczeństwa, gdzie pod woalem pięknych słów i wzniosłych haseł kryją się hipokryzja oraz prostacka żądza pieniądza.

Po raz pierwszy postać grana przez Boba Odenkirka pojawia się w drugim sezonie Breaking Bad. Od razu zdobywa sympatię widzów ekstrawagancką postawą – sypie żarcikami jak serią z karabinu maszynowego, a przedziwne zestawienia kolorystyczne ubrań sprawiają, że bardziej traktuje się go jako nadwornego błazna, potrafiącego za sowite wynagrodzenie wyciągnąć klienta z największych tarapatów. Wtedy jest jeszcze Saulem Goodmanem, występującym pod fałszywym nazwiskiem prawnikiem z kręgosłupem giętkim jak plastelina. Natomiast w Better Call Saul twórcy dają możliwość poznania przeszłości Saula, a w zasadzie Jimmy’ego McGilla. Opowieść skupia się przede wszystkim na jego walce o zdobycie szacunku wśród prawniczej palestry, sercowych perypetiach z Kim Wexler (Rhea Seehorn), a także szorstkiej braterskiej relacji z Chuckiem (Michael McKean). Kolejne odcinki dają coraz większą wiedzę na temat tej tragicznej postaci, która dobra pragnąc, wiecznie zło czyni.

Zobacz również: „Jeszcze Dzień Życia” – Recenzja

“Świat jest pełen wilków i owiec” – usłyszy młody Jimmy od okradającego jego ojca złodziejaszka i podług tego zdania będzie budować swoje dalsze życie. Mimo że zechce być owcą zdobywcą, to przypadnie mu rola przegranego wilka. Wprawdzie postara się na różne sposoby wyjść z cienia brata i zbudować wygodną egzystencję, lecz zawsze pech albo przypadek staną mu na drodze do szczęścia. To nie jest jednak tak, jak się często pisze w różnego rodzaju zapowiedziach, że Better Call Saul opowiada historię upadku McGilla i jego przemiany w Goodmana. Zło towarzyszy protagoniście od samego zarania. Pierwsze kombinacje, dzięki którym zyskuje pseudonim “Jimmy Ślizgawka”, a także szereg retrospekcji z kolejnych dokonywanych przekrętów, bardziej charakteryzują go jako drobnego rzezimieszka, z czasem uświadamiającego sobie fatalne położenie. To dobry chłopak niewierzący w możliwość społecznego awansu w zgodzie z prawem, więc dopiero kolejne wizyty w areszcie staną się katalizatorem zmian.

Gilligan po raz kolejny w swojej twórczości zastanawia się, na ile funkcjonujący w powszechnej świadomości mit amerykańskiego snu jest możliwy do zrealizowania w praktyce. Umieszcza swojego bohatera w środowisku wydawałoby się najczystszym, najbardziej sterylnym – w końcu gdzie, jak nie w wymiarze sprawiedliwości powinno się stawiać przede wszystkim na kompetencje, a nie na koneksje rodzinne czy innego rodzaju “pomoce”. Jimmy chce podążać właśnie tą drogą. Zatrudnia się jako zwykła pomoc biurowa w kancelarii prawniczej swojego brata, zaczynając od pokoju pocztowego – umieszczonego w piwnicy miejsca dla najgorzej wykwalifikowanych i najbardziej eksploatowanych pracowników. Daje z siebie wszystko, a w międzyczasie przechodzi internetowy kurs, dzięki któremu sam staje się prawnikiem. Nie może jednak przebić szklanego sufitu, przez co prywatna działalność opiera się na nisko płatnych obronach z urzędu.

Zobacz również: „Dom, który zbudował Jack” – Recenzja

Mimo że Jimmy świetnie odnajduje się w gąszczu przepisów, to umiejętności nie pozwalają mu na wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery zawodowej. Better Call Saul jest ciosem w zatęchły i skompromitowany system, w którym to, co dobre i sprawiedliwe musi ustąpić kombinatorstwu i wynajdywaniu kruczków prawnych. Oczywiście Jimmy również jest cwaniakiem, ale summa summarum dba o interes klientów i ze szczerego serca chce dla nich jak najlepiej. Uderza fakt, jak bardzo mężczyzna stoi na straconej pozycji głównie przez to, że nie ma za sobą sztabu ludzi, że nie ma kancelarii potwierdzającej jego opinie swoją renomą. Są dwie drogi dla bohatera – albo się podda i da się zmielić przez tryby systemu, albo dalej będzie dawał się upokarzać.

Losy głównego bohatera są wypadkową pecha, przypadku i przeznaczenia, między którymi nie można poprowadzić wyraźnej granicy. Gdyby nie dwójka młokosów próbujących go okraść, to nigdy nie trafiłby na Tuco Salamancę, jednego z członków kartelu narkotykowego. Gdyby nie choroba brata, to mógłby się znacznie szybciej od niego uwolnić. Lecz co najważniejsze – gdyby nie przypięta do niego etykietka, to mógłby zajść znacznie wyżej. Najgorsze są bowiem te momenty, w których Jimmy nie może się rozwijać przez zawiść otaczających go ludzi. Jak gdyby było mu przeznaczone ledwo wiązać koniec z końcem, jak gdyby nie mógł się rozwijać pod kątem intelektualnym.

Zobacz również: Kulturawka #4 – Serialowa dostojewszczyzna, czyli o serialu „Terror”

Warto również zwrócić uwagę na relacje synów z ojcami, bo to głównie na tej płaszczyźnie daje o sobie znać przeznaczenie. Budowane to jest zawsze na zasadzie awersu i rewersu. Podczas gdy jedna osoba stara się wieść prawe życie, to druga musi zejść na złą drogę, jakby walka o autonomiczność zakładała przekreślenie cech osób z najbliższej rodziny. Ojcowie Nacho, jednego z członków kartelu, i Jimmy’ego są łagodni jak baranki, więc ich potomkowie walczą za pomocą ostrzejszych narzędzi o lepszy byt, bo wiedzą, że dobre serce fruktów nie przyniesie. Więzy rodzinne stają się w ich przypadku zgubne, bo paradoksalnie to dla najukochańszych ludzi ci bohaterowie są w stanie dokonywać najgorszych czynów, łącznie z usiłowaniem morderstwa.

Wydaje się czasami, że nad głowami wszystkich ciąży bezlitosne fatum. Postacie mogą szamotać się z losem, lecz podejmowane przez nich działania prędzej czy później prowadzą do katastrofy. Jako że serial jeszcze się nie skończył – czwarty sezon rusza lada chwila, a piąty jest już zamówiony – to na ostateczne interpretacje i wnioski przyjdzie jeszcze czas. Tymczasem warto napawać się nadchodzącymi odcinkami. Historia Jimmy’ego McGilla pokazuje, jak bardzo niejednoznacznymi istotami są ludzie. Przecież protagonista często rozpętuje wokół siebie chaos, lecz mimo to budzi swoim zachowaniem prawdziwe współczucie. Chciałby się wyrwać ze swojego życia i otworzyć inny etap, ale podjęte wiele lat wcześniej kroki wciąż determinują przyszłe poczynania. Better Call Saul gwarantuje niezwykle gorzkie doświadczenia – chociaż znany jest finał tej historii, to wciąż ma się nadzieję, że Jimmy odmieni swój los i odejdzie pod rękę z Kim w stronę zachodzącego słońca.

Zobacz również: TOP15 najlepszych filmów pierwszego półrocza 2018

PS. Wiem, że nie ma tutaj nic o Gusie, Mike’u i innych fascynujących postaciach zamieszkujących serial. Powyższy tekst nie jest i nie miał nigdy być pogłębioną analizą Better Call Saul. Jest raczej impresją, zbiorem kilku przemyśleń, które, mam nadzieję, wprowadzą w odpowiedni nastrój i przygotują do katastrofy, jaka zapewne lada chwila nastąpi w życiu Jimmy’ego McGilla.


Za dwa tygodnie: O oczekiwaniu na koniec epoki w “Śmierci Ludwika XIV”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.