“Topielisko. Klątwa La Llorony”, albo odcinanie kuponów od sukcesu Jamesa Wana [RECENZJA]

Rozszerza się kinowe uniwersum kreowane przez Midasa współczesnego rynku horrorów Jamesa Wana. Po ciepło przyjętej Obecności i jej kontynuacji w londyńskim entourage’u epoki Margaret Thatcher, po dwóch częściach losów demonicznej lalki Annabelle oraz po zeszłorocznej katastrofie w postaci Zakonnicy, przyszedł czas na pojawienie się monstrum wyciągniętego wprost z meksykańskich podań i legend. Jako że wcześniejsze filmy przy niewielkim nakładzie budżetowym okazały się maszynką do robienia pieniędzy, to najprawdopodobniej podobny los czeka opowieść o odzianym w białą suknię duchu kobiety, która nie spocznie, póki nie odnajdzie swoich ukochanych dzieci.

La Llorona, czyli “Płacząca kobieta” (chociaż “Płaczka” też brzmi na swój sposób ujmująco) to jeden z najpopularniejszych elementów latynoamerykańskiego folkloru, którego pierwowzoru można doszukiwać się pod postacią azteckiej bogini Cihuacóatl, patronki wojny, orędowniczki złej nowiny. Opisywana jako mara o trupiobiałej barwie, kobieta-wąż, miała domagać się krwawych ofiar pod jej adresem. Później legenda o śmiercionośnym bóstwie została połączona z losami pięknej Indianki o imieniu Malinche, kochanki i tłumaczki znienawidzonego przez autochtonów Fernanda Hernána Cortésa, konkwistadora niosącego zagładę wielowiekowej cywilizacji.

Zobacz również: “Karnawał dusz”, czyli esencja horroru artystycznego – Felieton [CAMPING #29]

Pomocniczka Hiszpana miała być uosabiana ze zdradziecką matką prowadzącą swoje dzieci – naród – na zatracenie. Dopiero później, w wielu wersjach i kombinacjach, wytworzyła się w kulturze oralnej historia o nieszczęśliwie zakochanej La Lloronie, kobiecie oszukanej i porzuconej przez bogatego męża, która w przypływie rozpaczy utopiła własne dzieci, a następnie przemieniła się w zjawę błąkającą się po ziemi w poszukiwaniu zagubionych potomków. Do literatury została wprowadzona w XIX wieku w sonecie autorstwa poety Manuela Carpio i stała się symbolem, do którego artyści po wielokroć się odwoływali. “Płaczka” pojawiała się również w kulturze popularnej, między innymi w serialach Supernatural Grimm, także jest to na tyle popularna istota, że jej pojawienie się w uniwersum Obecności jest naturalną konsekwencją swego rodzaju “popularności”.

Topielisko. Klątwa La Lllorony

Reżyser Michael Chaves sięga po najbardziej znaną wersję historii La Llorony, przedstawiając ją jako demona mordującego kolejne dzieci. Od początku seansu powstaje jednak wrażenie, że ów wątek nie zostaje w jakikolwiek sposób pogłębiony, czy przedstawiony w mniej stereotypowy sposób, a jest jedynie ukłonem w stronę latynoamerykańskiej widowni w celu przyciągnięcia tej części społeczeństwa do kin. O samej kobiecie-zjawie pojawia się niewiele informacji, zostają one zresztą przedstawione dosyć skrótowo poprzez retrospekcję z otwarcia filmu, jak również dzięki opowieści ojca Pereza (Tony Amendola), znanego już z pierwszej części Annabelle. Nie dość, że postać duchownego jest jedynym łącznikiem między omawianą produkcją a całym uniwersum, to dodatkowo sam wątek “płaczącej kobiety” używany jest w sposób instrumentalny i pretekstowy.

Równie dobrze na miejsce La Llorony można podstawić dowolną inną zjawę, bowiem scenarzyści nie kwapią się do wykorzystania folkloru w mniej szablonowy, zaskakujący sposób. Wprawdzie historia toczy się w Los Angeles lat 70., a jądrem opowieści są losy latynoskiej rodziny dotkniętej traumą w postaci tragicznie zmarłego męża/ojca policjanta, lecz tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia dla całego przebiegu akcji.

Zobacz również: “Iron Sky. Inwazja”, czyli wielki popkulturowy miks absurdów [RECENZJA]

Matka Anna (Linda Cardellini) pracuje w pomocy społecznej i opiekuje się dwójką dzieci, synem oraz córką, lecz niech nikt nie oczekuje jakiegokolwiek społecznego komentarza ze strony twórców. Chociaż w Annabelle pojawił się popkulturowy epizod z szaloną “rodzinką” Charlesa Mansona, a w drugiej części Obecności dotknięto wątku rozbitej rodziny w erze konserwatywnych rządów Żelaznej Damy, to w przypadku Topieliska. Klątwy La Llorony nie uświadczy się podobnych zapędów. Nie pojawiają się żadne polityczne komentarze, czy choćby próby szukania analogii między sytuacją protagonistów a doświadczeniem imigrantów zza południowej granicy Stanów Zjednoczonych.

Historia jest zatem do bólu banalna. Osią dramatu jest ucieczka obserwowanej rodziny przed demonem ciągle poszukującym nowych ofiar. W przeciągu dziewięćdziesięciu minut na ekranie pojawia się cała paleta zgranych motywów i na pamięć znanych zabiegów służących wywołaniu strachu w duszy widza. Jest obowiązkowa zabawa cieniem, gra ciszą i zwalnianiem tempa, by następnie niespodziewanie atakować potężnym hukiem i znienacka wyskakującym straszydłem. Jest również szereg głupich decyzji bohaterów, których racjonalności nie sposób odnaleźć. Prym w tym wiedzie zwłaszcza córka Anny, bowiem jej nieroztropne czyny mogą wywołać co najwyżej salwę śmiechu z politowania.

Topielisko. Klątwa La Lllorony

Topielisko. Klątwa La Llorony to produkt wystrugany ręką rzemieślnika pozbawionego szansy na wprowadzenie choćby odrobiny szaleństwa do tej kunktatorskiej maszynerii. Wszystko w filmie skrojone jest pod “najprostszego” widza i podane na tacy wraz z zaproszeniem do szybkiej konsumpcji. Wielka szkoda, że w tej serii horrorów coraz bardziej odchodzi się od eksperymentowania. Mimo że pojawia się kilka momentów zdradzających potrzebę korzystania z zaskakujących rozwiązań – choćby leniwie, nastrojowo sunącej kamery po domu bohaterów, czy pewnej “teledyskowej” sekwencji zmontowanej z pojedynczych ujęć w końcówce filmu – to jednak można stwierdzić z pełnym przekonaniem, że wytwórnia i producenci nie pozwalają twórcom na odciśnięcie indywidualnego piętna.

Zobacz również: “Gra o tron” – S08E04: Czas na wielką wojnę [RECENZJA]

Na szczęście Chaves nie podchodzi ze śmiertelną powagą do scenariusza, wprowadzając postać curandero Rafaela, byłego duchownego, który zrzucił habit, aby w mało “dogmatyczny” sposób radzić sobie z siłami nieczystymi. Ten na poły szaman, na poły łowca demonów, przechodzi przez film z kamienną twarzą, by następnie w momentach największego zagrożenia rzucić żarcikiem rozładowującym atmosferę. Mimo że jest to zgrany motyw, do bólu wykorzystywany na przykład w filmach Marvela, to jednak tego typu zabiegi przynoszą efekt i sprawiają zwyczajną frajdę podczas seansu. Wielka w tym zasługa odzianego w czerń Raymonda Cruza, pamiętnego Tuco Salamanki z seriali Breaking Bad/Better Call Saul, którego promienny uśmiech i pewna nieporadność w rzucaniu one-linerów są na swój sposób urokliwe. Skoro nie ma powodów do strachu, to przynajmniej niech się widzowie pośmieją, zawsze to jakiś sukces.

To nie jest najgorsza produkcja z uniwersum Obecności, można nawet uznać, że pojawił się pewien progres po fatalnie zrealizowanej Zakonnicy. Sęk w tym, że liczenie kolejnych dolarów z przychodów powinno połączyć się z refleksją dotyczącą poziomu prezentowanych dzieł. Nazwisko Jamesa Wana nadal jest wabikiem, ale jeżeli nadchodzące następne odsłony przygód lalki Annabelle i małżeństwa Warrenów nie przyniosą jakiejkolwiek odmiany, jeżeli nie dojdzie do choćby drobnego przemodelowania wypracowanych schematów, to mozolnie budowana konstrukcja runie z hukiem. Topielisko. Klątwa La Llorony to ostrzeżenie dla producentów, że schematyczność i odcinanie kuponów przynosi zatrute owoce.


2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.