Kulturawka #13 – Polski smak rewolucji

Między lutym 1983 roku a tym samym miesiącem roku następnego urodziło się czterech reżyserów wyznaczających nowe trendy w polskim kinie. Wprawdzie do tej pory stworzyli tylko pięć filmów pełnometrażowych, lecz to wystarczyło, by zyskać sympatię widzów. Jagoda Szelc, Piotr Domalewski, Paweł Maślona Krzysztof Skonieczny poruszają się po różnych stylistykach, lecz łączy ich dotykanie tego samego tematu. Nie jest on eksplorowany z taką samą intensywnością, natomiast wyczuwalne jest w tych dziełach podobne, niemalże pokoleniowe doświadczenie, którego ślady pojawiają się mimochodem, jak gdyby ten temat był tak samo naturalny, jak miłosne nieporozumienia, czy nierówności społeczne. Mowa o niezgodzie na zastaną rzeczywistość; o gniewie na odziedziczone zasady gry, według których nie da się normalnie funkcjonować; a tak naprawdę mowa o furii prowadzącej do potrzeby zniszczenia systemu.

Jagoda Szelc

Młodzi znowu gniewni?

Teza dotycząca buntu debiutantów może zostać zdeprecjonowana przez znawców literatury, historii, lub wrodzonych sceptyków, widzących w młodocianych porywach przemijalną modę i burzę hormonów. Wystarczy zerknąć do poezji Adama Mickiewicza, co to na skrzydłach chciał wznosić się nad szkieletami ludów i pchać bryłę świata na nowe tory. Również w kinie na przestrzeni lat pojawiła się rzesza aktorskich pogrobowców Jamesa Deana, jak również reżyserskich odszczepieńców. Bunt na stałe wpisał się w tkankę cywilizacji jako sposób walki z niesprawiedliwością i niepożądanymi, uwierającymi regułami. Niezgoda młodych na warunki stawiane przez starsze pokolenia stała się czymś naturalnym, przypadłością idealistów, którą trzeba przebyć tak samo jak ospę.

Wymienieni Polacy tylko pozornie buntują się podobnie do poprzedników. Nie dość, że cel ataków jest inny, to jeszcze różnią się skutki proponowanej rewolty. Ostrze nie jest dogmatycznie wymierzone w starszyznę okupującą synekury. Napięcia przebiegają wzdłuż różnic klasowych, a nie pokoleniowych; na styku różnic kulturowych wynikających z wyznawanych poglądów, co nie musi pokrywać się z różnicą życiowych doświadczeń. Wreszcie: wymierzona w system złość nie ma charakteru oczyszczającego, twórcom nie zależy na wyrugowaniu “błędów i wypaczeń” z dobrze zaprojektowanej machiny społecznej. Rewolucja ma wymiar totalny, jej celem jest zniszczenie, a dopiero później odbudowanie wszystkiego od podstaw.

Piotr Domalewski

Rewolucja a sprawa polska

Zadyszka cywilizacji zachodniej jest mocno wyczuwalna. Powojenny liberalizm zaczyna być wypierany przez radykalne prądy, konsumpcyjny kapitalizm prowadzi do wyprania ludzkiego doświadczenia z odwiecznych cech (takich jak przygodność i unikatowość), zaś kultura masowa sprowadza jednostkę do tego samego, uniformizującego mianownika. Gdy dodamy do tego jeszcze lęk przed galopującą technicyzacją życia codziennego, automatyzacją pracy oraz sceptycyzm wobec sztucznej inteligencji, to w całej krasie objawi się kruchy, ponowoczesny podmiot wrażliwy na wiatr zmian i gotowy do wyzbycia się części przywilejów w celu zagwarantowania sobie bezpieczeństwa.

Sztuka daje odpór takim tendencjom, ostrzegając przed traktowaniem postępu jako nienaruszalnej świętości. Pojawiło się mnóstwo produkcji na różne sposoby flirtujących z konwencją science-fiction, począwszy od Igrzysk śmierci, przez Wyścig z czasem, Elizjum, Altered Carbon a kończąc na zeszłorocznych Zabójczych maszynach, za pomocą których artyści ostrzegają przed zniszczeniem znanego nam świata i nadciągającą zapaścią ekonomiczną, która może zagwarantować powstanie nieprzekraczalnego limesu między bogaczami a biedotą. Powstają też dzieła pozbawione futurystycznej otoczki, ze społecznym pazurem, opowiadające o międzyrasowych i międzypłciowych węzłach gordyjskich możliwych do przecięcia tylko za pomocą rewolucji. W ten nurt wpisuje się choćby Assassination Nation autorstwa Sama Levinsona (rocznik ‘85), będące reinterpretacją historii czarownic z Salem. Tym razem kobiety nie dają się zaprowadzić na stos, tylko biorą sprawy w swoje ręce i dokonują krwawej zemsty na tępych, seksistowskich osiłkach.

Kadr z filmu “Assasination Nation”

Gdzie nie spojrzeć, tam wieszczony jest koniec świata, niemający nic wspólnego z estetyczną dekadencją a’la Luchino Visconti. Najlepiej to ujmuje László Nemes w swoim najnowszym Schyłku dnia, prezentując na podstawie sytuacji politycznej Cesarstwa Austro-Węgierskiego w 1910 roku, jak niewiele potrzeba, by wprowadzić terror i szturmem napaść na klasę posiadającą władzę. Mniej w spojrzeniu Węgra metafizycznej zadumy, którą odznaczał się jego rodak Béla Tarr Harmoniach Werckmeistera, zaś więcej badawczego, chłodnego poszukiwania zalążków konfliktów. Nemes jest szalenie blisko ciał bohaterów, wwierca się w ich twarze, śledzi wyrywające się na światło dzienne, podskórnie buzujące atawizmy. Reżyser wyraźnie buduje paralelę między wygasającą Belle époque a obecnymi czasami, które z końcem historii nie mają nic wspólnego. Widzi hipokryzję i obłudę władzy, jak również zauważa mechanizmy pozwalające diabelskim szarlatanom na zdobycie rządu dusz i zasianie w nich nihilistycznego zwątpienia. Stawrogin z kart powieści Dostojewskiego jest wiecznie żywy.

Czarodziejska Leśna Góra

Polscy debiutanci lokują swoje filmy na styku zamaszystego fresku i walki o słuszną sprawę. Wprawdzie interesuje ich optyka całej rzeczywistości, łącznie ze spoglądaniem w traumatyczną przeszłość, niemniej jednak cel jest bardziej generalny, bo chodzi im o ludzką godność per se. Niuanse schodzą na dalszy plan, gdy walka toczy się o odzyskanie wolności i szansy na samostanowienie; o pozbycie się intelektualnej mielonki i otwarcie przed widzem ogromnego pola możliwości. Co istotne – na tej wojnie nie bierze się jeńców.

Hardkor Disko to fantazja na temat Teorematu autorstwa Piera Paolo Passoliniego, w której nieznajomy nikomu Marcin wdziera się w przestrzeń dobrze sytuowanej mieszczańskiej rodziny, uwodzi młodą Olę, a następnie poprzysięga dokonanie zamachu na życie każdego z członków jej familii. Bohater filmu Krzysztofa Skoniecznego tuła się za dziewczyną po domówkach i nadwiślańskich spędach, obserwując pijaną młodzież, która za pieniądze starszych bawi się do utraty przytomności. Dryfuje po sterylnych, bezdusznych przestrzeniach, doświadczając pustki i jeszcze bardziej fiksuje się na nienawiści do bogatej rodziny. Cicha noc opowiada o powrocie Adama w rodzinne strony z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Mężczyzna przyjeżdża z emigracji, by unormować stosunki z najbliższymi, a może nawet powrócić na ojcowiznę i założyć własny biznes. Protagonista nie zdaje sobie sprawy, że demony przeszłości, łechtane ostrym smakiem wódki, potrafią skruszyć nawet najsilniejszą wolę. Film Piotra Domalewskiego to osadzona na wsi opowieść wigilijna napisana nieprzepracowanymi traumami i polskimi kompleksami. Z kolei Atak paniki autorstwa Pawła Maślony to anatomia gniewu rozpisanego na kilka niezależnych od siebie historii, w których stopniowo narastające nieporozumienia osiągają apogeum pod postacią emocjonalnych eksplozji. Reżyser nie sięga po katalog narodowych problemów, wystarczy mu zarysowanie drobnych niesnasek wynikających z “normalnego” życia, by z biegiem czasu urosły one do rozmiaru nuklearnych konfliktów.

Kadr z filmu “Atak Paniki”

Zaprezentowana w tych trzech filmach Polska to kraina z pogranicza magii i realiów telenoweli. Niby zadekretowano potrzebę powszechnej modernizacji, lecz skutkiem ubocznym okazało się zbudowanie muru trwalszego niż berliński. Niewidzialna granica odcięła część społeczeństwa od owoców transformacji, skazując ich na dziedziczenie traum, aplikując potężną dawkę frustracji wynikającą z poczucia zmarginalizowania. Powstały dwa wrogie obozy: syta klasa średnia (szyta na polską miarę) z wielkimi mieszkaniami, wakacjami w Egipcie i poczuciem wyższości (rodzina z Hardkor Disko, para lecąca samolotem w Ataku paniki), kontra klasa dorobkiewiczów, najczęściej o wiejskiej proweniencji (Adam z Cichej nocy), spazmatycznie bijąca głową w ekonomiczną barierę. Niezależnie od klasowej przynależności, oba fronty uważają, że “im się należy”, co prowadzi do wykreowania rozbuchanych oczekiwań przy chronicznym braku gotówki. Pogoń za życiem “na poziomie”, wypoczynkiem “jak ludzie” i podbiciem godnościowych deficytów prowadzi do alkoholizmu (Domalewski), zaprzedania ideałów (Skonieczny) i utraty kontroli nad własnym losem (Maślona).

A jednak, mimo niesprzyjających warunków, nie dochodzi do zmiany nastawienia obserwowanych bohaterów. Popełniają oni te same błędy, mimowolnie wchodząc w buty rodziców. Ogrodnik reprezentuje trzecie pokolenie emigrantów, nadal niepotrafiących wyprowadzić się z obskurnych wiejskich chat. Rodzina z Hardkor Disko porzuca marzenia na rzecz pieniędzy, konsumując kolejne dobra i zatracając istotę samych siebie. Nad wrogimi obozami roztacza się aura marazmu i beznadziei, jak gdyby odgrywany przez Chochoła koncert trwał w najlepsze. Polacy trwają w półśnie, urzeczeni własną chorobą, bezczynnie doświadczając niepowodzeń i sukcesów. Jedyną dostępną reakcją jest gniew nieprowadzący do potrzeby zmian. Złość wyładowuje się na postawionych niżej w drabinie społecznej, często domownikach, a prawdziwe źródło traumy pozostaje niezauważone.

Kadr z filmu “Hardkor Disko”

Ogniu krocz za mną

O ile starsi artyści upatrywali szansę na poprawę losu w upadku komunizmu i odzyskaniu politycznej wolności, o tyle młodsze pokolenie podchodzi do przyszłości bardziej cynicznie. Skoro intelektualna praca u podstaw, a nawet pieniądze nie są w stanie odmienić ludzkiej mentalności, to pozostaje tylko oczyszczająca moc ognia. Może to być paląca się chata, wściekłość i kłótnie, a nawet morderstwo. Katalog rewolucyjnych narzędzi ulega rozszerzeniu, bo liczy się cel – jednoznaczne zerwanie z przeszłością i otwarcie nowego rozdziału.

Szczególny rodzaj przechodzenia “na drugą stronę” prezentuje w swoich filmach Jagoda Szelc. Zarówno w Wieży. Jasnym dniu, jak i w Monumencie, wrzuca najpierw bohaterów w bezduszny świat pustych religijnych sakramentów oraz powierzchownych relacji międzyludzkich. Prezentowana rzeczywistość zbudowana jest z odgórnie ustalonych zakazów i nakazów. Czy to młodzież musi podporządkowywać się despotycznej dyrektorce hotelu, czy Kaja zobowiązana jest do przestrzegania reguł ustalanych przez siostrę, wszyscy są zakneblowani przez władzę reprezentującą rozpadającą się aksjologicznie nowoczesność.

Według reżyserki tylko symboliczna śmierć ma sens. Jeżeli człowiek pragnie odnaleźć dla siebie drogę, to musi najpierw przekreślić i wymazać przeszłość, zaprzeczyć sobie i przejść rytuał inicjacyjny. W debiucie oznaczało to otrucie rodziny przez Kaję, w Monumencie odpowiadają za to końcowe “modły” i tańce wokół bezbronnego, drgającego ciała Mateusza Więcławka. Chłopak leży na zimnej posadzce z odsłoniętym torsem i wygina się w konwulsjach, a wokół niego reszta studentów zachowuje się jak w transie. Krzyczą i łkają, odrzucając cywilizację na rzecz mrocznej siły wydobywającej się prosto z trzewi. Tak ukazywane są obrzędy w serialowych Wikingach, tak mogły zachowywać się plemiona, gdy wśród gęstych borów dumnie wyrastały posągi Światowida.

Monument
Kadr z filmu “Monument”

Chodzi o ostateczne zwycięstwo Naphty w pojedynku z Settembrinim. Oświeceniowy humanizm zostaje wyrugowany przez pierwotną energię. Bohaterka Wieży… ufa nie Bogu, lecz ulotności wiatru, trwałości ziemi, potędze ognia i życiodajnej wodzie. Kobieta jest silnie związana z Matką Naturą, to tam odnajduje jedyną szansę na wyzwolenie. Natomiast w drugim filmie Szelc skupia szczególną uwagę na wszelkich płynach wydzielanych przez ludzkie ciała, począwszy od potu, przez ślinę i krew, a na spermie skończywszy. Młodzi mogą wreszcie zamieszkać między rusztowaniem z kości i skóry, co prowadzi do prawdziwego poznania siebie. Tym samym reżyserka walczy o cielesną transgresję, pokonanie kulturowo narzuconego obrzydzenia i wstąpienie na nową ścieżkę. W dziełach artystki mroczna, ezoteryczna asceza znaczy więcej niż mędrca szkiełko i oko.

Opisywany zwrot ma charakter antyracjonalny oraz quasi-religijny. Nie dość, że zdobycze ekonomicznych przemian zostają zanegowane, to jeszcze zakusy bohaterów sięgają znacznie dalej, poza ich doczesne losy. Bohater Skoniecznego nie tyle chce zabić rodzinę, ale traktuje ich przede wszystkim jako owoce zgniłego systemu. Kaja w ostatnich sekundach Wieży… nie idzie sama w stronę lasu, lecz ciągnie za sobą pokaźny tłum. Końcówka Monumentu również ukazuje gromadę nie jako zbiór wolnych elektronów, lecz jako jeden, dostrajający się organizm. Wspólnie przeżywane rozczarowanie rzeczywistością prowadzi do zespolenia się i podążania w jednym kierunku. Niekiedy te postacie zachowują się niemalże jak Kiryłow z Biesów, który był zdolny do odebrania sobie życia, byle stawiana przez niego teza została potwierdzona, byle oddać Absolutowi bilet wstępu i wejść w nowe życie na własnych zasadach.

Kadr z filmu “Wieża. Jasny Dzień”

Niesiemy dla was bombę

Film Maślony pokazuje, że gniew jest wszechobecny i niemożliwy do przekształcenia w coś konstruktywnego. Domalewski udowadnia, że frustrację wysysa się z mlekiem matki. Skonieczny Szelc z kolei mówią wprost, że czas na zburzenie starego porządku. Kryzys intelektualny jest wręcz niezbędny do tego, by zredukować człowieka do jego subiektywności i skonfrontować go z całą potęgą świata. Marsz ku wyzwoleniu wymaga podłożenia bomby pod dotychczasowe życie, wymaga wydobycia się z matni marazmu i samozadowolenia.

Znamienne, że w tym punkcie kończą się dywagacje reżyserów. Żadne z nich nie prezentuje, co będzie po przeprowadzonej rewolucji, jak gdyby przyszłość zależała tylko od osobistych wyborów. Nie są nazywane nawet idee, które miałyby się objawić przy okazji dokonanej zmiany. Transformacja niesie ze sobą śmiercionośną moc, więc nie sposób przewidzieć tego, co będzie na mecie.

Kadr z filmu “Cicha Noc”

Polski bunt ma swój specyficzny smak i jest na tyle radykalny w potrzebie przekreślenia teraźniejszości, że wyróżnia się na tle kinematografii innych krajów. Wydaje się, że zanikającego zaufania do obecnych struktur państwa nie uda się już odzyskać. Patologie zaszły już tak daleko, że tylko za pomocą ognia można przywrócić równowagę. Muszą runąć wieże, trzeba zniszczyć monumenty ku czci fałszywych bożków, by wreszcie mógł nastać jasny dzień.

Zdjęcie wprowadzenia – Krzysztof Skonieczny


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.