Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Le Mans ’66”, czyli o dużych chłopcach i szybkich wyścigówkach [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Erich Maria Remarque w swojej powieści Przystanek na horyzoncie w bardzo plastyczny sposób przedstawił, jak przyspieszenie, w tamtym kontekście związane z powstaniem maszyn osiągających coraz większe prędkości, wpłynęło na zmianę ludzkiego życia. Opisane losy kierowcy rajdowego służyły za potwierdzenie tezy o rewolucji, jaka wtedy zachodziła nie tylko na poziomie całego społeczeństwa, ale również w perspektywie jednostkowej. Oto człowiek wreszcie nie był ograniczany przez przestrzeń. Przestał być “przyziemny”, zakorzeniony w zamieszkiwanym regionie. Stał się istotą “mobilną”, zdolną do podróżowania na znacznie większą skalę, zaś osiągane dzięki samochodom prędkości naprawdę potrafiły zawrócić w głowie. Świat uległ zmniejszeniu, stając się bardziej dostępnym dla mas. Jednocześnie człowiek tamtych czasów osiągał dziwny stan, dotąd nierozpoznany, gdy podczas przejażdżki krajobraz za oknem tracił kontury, rozmywając się w wielobarwne plamy.

Ówcześni czytelnicy Remarque’a otrzymywali opisy nowego zjawiska, które dopiero przybierało na sile. Jak jednak mówić o szybkości i jej wpływie na człowieka w XXI wieku, kiedy została zdemokratyzowana i stała się elementem powszednich doświadczeń? Problemów nastręcza również medium, za pomocą którego o niej się mówi. Ani szybki montaż, ani dłuższe ujęcia rejestrujące cały proces rozpędzania się, ani tym bardziej zdynamizowany literacki język nie oddają potęgi maszyn. Dość powiedzieć, że wielu widzów uważa relacje z wyścigów Formuły 1 za nudne, mimo że kierowcy osiągają prędkości często przekraczające 300 km/h.

Przed takim wyzwaniem stanął James Mangold w trakcie realizacji Le Mans ’66. Wprawdzie jego najnowszy film nie jest tylko dramatem sportowym, niemniej jednak dużo ekranowego czasu zostaje poświęconego na zaprezentowanie skrajnie wycieńczającego dwudziestoczterogodzinnego wyścigu samochodowego, który odbył się w 1966 roku we Francji. Reżyser sięgnął po biografie nietuzinkowych osób – Carrolla Shelby’ego (Matt Damon) i Kena Milesa (Christian Bale) – by opowiedzieć o uzależnieniu od prędkości, przekraczaniu kolejnych granic, aż wreszcie o przyjaźni ponad podziałami, mimo różnic klasowych i stawianych przed sobą celów.

Mimo że Le Mans ‘66 mieści się w kategorii filmów biograficznych, to reżyser nie popełnia kardynalnego błędu charakterystycznego dla tego rodzaju kina. Nie buduje historii, zaczynając od Adama i Ewy, młodzieńczych zachwytów bohaterów nad prędkością, pierwszych wzlotów i upadków. Mangold od razu zawiązuje akcję w interesującym go momencie, gdy włodarze korporacji Forda narzekają na spadek sprzedaży produkowanych przez nich aut. Dzięki sprytnego specowi od marketingu (Jon Benthal udający czasami Dona Drapera) pada pomysł startu w wyścigu organizowanym w Le Mans w celu osiągnięcia uznania i prestiżu, zwłaszcza wśród młodych konsumentów. By jednak odnieść zwycięstwo nad triumfującą rok w rok stajnią Ferrari, potrzebne jest zebranie szalonej ekipy, która w krótkim czasie rzuci rękawice wyścigowemu potentatowi.


Zobacz również: Recenzję filmu “Doktor Sen”

Wtedy właśnie na scenie pojawiają się dwaj bohaterowie: pozowany na szalonego rednecka, błyszczący brytyjskim akcentem “bitnik” Miles i były zwycięzca wyścigu w Le Mans Shelby. Jeden ma żonę i syna, mnóstwo długów i niezrealizowane marzenia, drugi musiał zakończyć karierę wskutek problemów zdrowotnych. Mężczyźni różnią się zasobnością portfela, temperamentem i życiowymi celami, a jednak darzą siebie szczerą przyjaźnią, dostrzegając po drugiej stronie prawdziwego profesjonalistę, na którym można polegać niezależnie od okoliczności. To oni, wraz z lubianymi fachowcami, zbudują odpowiednią maszynę, by Miles mógł stanąć na linii startu dwudziestoczterogodzinnego wyścigu.

Między innymi z tego względu Le Mans ‘66 to film ostentacyjnie konserwatywny. Nie dość, że konwencja buddy movie i przedstawianie kolejnych przygód bohaterów ma w sobie posmak chłopięcej zabawy (mimo że ta zabawa jest na śmierć i życie), to jeszcze główny konflikt w scenariuszu rozpisany jest na dobrze znanej osi: talent kontra korporacja. W produkcji Mangolda jest miejsce tylko dla jednej kobiety, żony Milesa (świetna Caitriona Balfe), reszta świata przedstawionego jest zaludniona przez wszelkie rodzaju Piotrusiów Panów, zaciekłych antagonistów, chłopców z kabzami napakowanymi gotówką, lubiącymi porozstawiać podwładnych po kątach. Natomiast sam spór między bohaterami a ich stajnią można odczytywać na dwa sposoby. Oczywiście, jest to prztyczek w nos możnym tego świata, zarządzających firmami tworzącymi produkty masowe, dalekie od doskonałości, nieposiadające ani grama duszy. Na drugim biegunie zaś są usytuowani prawdziwi wirtuozi, samorodni mistrzowie w swoim fachu, myślący nieszablonowo i nieprzedkładający finansów nad jakość wytworzonej rzeczy.


Zobacz również: Recenzję filmu “Curtiz”

Nie sposób jednak uciec od skojarzeń związanych z życiem artystycznym. Człowiek mający na swoim koncie wyszydzanego Wolverine’a i chwalonego za przełamywanie superbohaterskich schematów Logana opowiada o artystach uwikłanych w chore relacje z korporacyjnym światkiem. Bo Miles jest przecież artystą, którego umiejętności, najczęściej w wyniku zawiści, są przyduszane przez przełożonych. W kontekście reżyserskiej biografii ten wątek brzmi bardzo interesująco, jak gdyby opowieść o wyścigu sprzed ponad pięćdziesięciu lat była tylko pretekstem do komentarza na temat obecnej sytuacji w Hollywood.

Wracając jednak do samego filmu, należy docenić całą stronę techniczną przedsięwzięcia. Być może aktorzy czasami zachowują się w przerysowany sposób, ale widać, że jest to dla nich okazja do świadomego przeszarżowania wynikającego z zabawy w dużych chłopców realizujących młodzieńcze marzenia. Mangold, wespół z odpowiedzialnym za zdjęcia Phedonem Papamichaelem, znakomicie przedstawia klimat lat sześćdziesiątych. Wspaniale ogląda się rozświetlone blaskiem słońca karoserie starych samochodów, wdycha smar z warsztatów, patrzy na charakterystyczne dla tamtych czasów stroje. 

Le Mans ‘66 to film do bólu schematyczny, ale na tyle naiwnie szczery, że można z zapartym tchem śledzić kolejne życiowe wiraże brane przez Bale’a i Damona  Także wyścigi, główny element produkcji, zaprezentowane są z pasją oraz werwą, co pozwala bezproblemowo wniknąć na 150 minut w świat przedstawiony. Dzieło Mangolda w żaden sposób nie wyważa drzwi w swoim gatunku, lecz w ujmujący sposób przedstawia “wymarłe” wartości. Amerykanin daje widzom okazję na wybranie się w fascynującą podróż do rzeczywistości, w której umiejętności jednostki i wola walki liczyły się bardziej od sztabu fachowców oraz służących do tworzenia statystyk i strategii specjalistycznych komputerów. Ten rodzaj konserwatywnego podejścia jest na swój sposób oczyszczający.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.