Advertisement
NetflixRecenzjeSeriale

“Locke & Key”, czyli guilty pleasure i dzieło algorytmów [RECENZJA]

Marcin Kempisty
Locke Key

Im więcej ogląda się seriali Netflixa, tym częściej ma się wrażenie, że dany tytuł widziało się już dużo wcześniej. Niby na ekranie ukazywana jest nowa historia z nowymi postaciami, lecz wszystko wygląda jakby znajomo: bohaterowie stają przed identycznymi dylematami, scenografia zostaje poddana drobnej renowacji, nawet wykorzystywane utwory muzyczne brzmią w podobny sposób. Czasami doświadczanie deja vu nie ma znaczenia, lecz tym razem owe uczucie utrudnia czerpanie przyjemności z oglądania kolejnych odcinków serialu Locke & Key.

To tym dziwniejsze, że przecież fabuła dziesięcioodcinkowej produkcji oparta jest w dużej mierze na komiksie autorstwa Joe Hilla (syna Stephena Kinga) i Gabriela Rodrigueza. Seria posiada zatem własny rodowód, z którego scenarzyści mogli korzystać do woli. Rzeczywiście, momentami eksplorowane są wątki nieznane z wcześniejszych produkcji, twórcy ewidentnie poszukują języka adekwatnego do przedstawianej historii, niemniej jednak bardziej artystyczne zapędy są szybko duszone w zarodku, jak gdyby wszechmocni cenzorzy dbali o prostotę i jasność przekazu.

Z tego też względu członkowie rodziny Locków poruszają się po dobrze znanych torach. W wyniku makabrycznego morderstwa ginie Rendell, pozostawiając w żałobie żonę i trójkę dzieci. Najmłodszy Bode (Jackson Robert Scott), Kinsey (Emilia Jones) i Tyler (Connor Jessup) nie chcą mieszkać w miejscu przypominającym im o traumatycznym wydarzeniu, dlatego też wraz z matką przeprowadzają się do posiadłości będącej od dawien dawna w posiadaniu rodziny od strony ojca. To właśnie tam zaczynają się dziać dziwne rzeczy, gdy w ręce protagonistów wpadają klucze, za pomocą których mogą być dokonywane prawdziwe czary. Oczywiście, nie dane jest im długo cieszyć się nowymi znaleziskami, bowiem na horyzoncie pojawia się groźna przeciwniczka Dodge (Laysla De Oliveira), również mająca niecne plany wobec wspomnianych kluczy. Rozpoczyna się poważny pojedynek, podczas którego wychodzą na jaw mroczne tajemnice z przeszłości rodu Locków, które postawią pod znakiem zapytania całą wiedzę do tej pory zdobytą przez młodych bohaterów.

Locke Key
Źródło materiały prasowe Netflix

Dla wielu widzów zaskoczeniem może być obrana przez twórców stylistyka. Locke & Key jest trochę dziecięcą przygodówką, ale także poruszane są  w tym serialu tematy charakterystyczne dla teen dramy. Blisko produkcji Netflixa do rozrywkowego fantasy, ale momentami pojawiają się również zagrywki znane z horrorów. Scenarzyści ciągną za wiele estetycznych sznurków, dając szansę młodszej widowni na bezproblemowe zapoznanie się z elementami kina grozy, jak również zwracając się ku “starszakom”, oferując opowieść pełną tajemnic. Formalny eklektyzm jest mocnym punktem Locke & Key. Świadczy bowiem o potrzebie dostosowywania języka nie tylko do odbiorców, ale także do przedstawianych treści. Zresztą w obecnych czasach jest już tyle makabry w popkulturze, wielu artystów na siłę stara się przekraczać granice dobrego smaku, dlatego też pewna powściągliwość w przedstawianiu trudniejszych zagadnień jest na swój sposób oczyszczająca.

Serial Netflixa dobrze działa jako historia-zagadka. Porozrzucane po kolejnych odcinkach wskazówki podsycają ciekawość, więc połykanie kolejnych odcinków w celu poznania rozwiązania nie powinno być jakimkolwiek wyzwaniem. Prawie na każdy epizod przypada odnalezienie przez protagonistów nowego klucza, dlatego też tak po ludzku, na podstawowym poziomie, zżera ciekawość, jakie jeszcze umiejętności uda się posiąść, jakie jeszcze czary zostaną odprawione przy pomocy magicznych artefaktów. Seans Locke & Key gwarantuje niezobowiązującą, niemalże dziecięcą przyjemność z odkrywania tajemnic świata przedstawionego.

Głębsze wniknięcie w tkankę produkcji grozi jednak utratą dobrego zdania na jej temat. Boli przede wszystkim nieumiejętność zachowania logicznego sensu wydarzeń. Scenarzyści nie potrafią połączyć “detektywistycznej” pasji młodzieży z jej codziennymi obowiązkami, nie wiedzą również, jaką rolę w życiu bohaterów ma odgrywać ich matka. Z tego względu scenki szkolne, związane z nowymi miłostkami i rodzącymi się przyjaźniami, są żywcem przepisane z innych produkcji. Wszyscy wiedzą, jak to wygląda: obowiązkowo musi być miłosny trójkąt, zła konkurentka oraz fragmenty z lekcji, najczęściej prymitywnie tłumaczące to, co się dzieje między postaciami. Niezrozumiały jest również sposób prezentacji antagonistki. Pojawia się szybko na fabularnej szachownicy, gwałtownie i bez ceregieli wdzierając się w życiu Locków, a jednak wcielany przez nią w życie plan nie jest ani trochę logiczny. Dodge pojawia się i znika, a widzowie mogą jedynie snuć rozważania, co robi, gdy tak długo nie męczy swoich przeciwników. Prawda jest oczywista: czeka na swoją kolej, by ponownie wejść na scenę. 

Locke Key
Źródło materiały prasowe Netflix

Locke & Key cierpi również na nieumiejętność rozłożenia akcentów przez scenarzystów. Ledwie poruszony jest jeden wątek, pewna refleksja na temat emocji, ludzkich pragnień czy obaw, lecz szybko to jest porzucane na rzecz kolejnej atrakcji. Seans przypomina tematyczną ślizgawkę po powierzchni, aż po zakończeniu ostatniego odcinka pozostaje myśl, o czym jest to historia. Rzecz jasna fabularnie nie jest ona skomplikowana, lecz za parawanem formalnych zabaw niewiele można odnaleźć. Inna rzecz, że nawet z tempem jest spory problem. Bywają takie chwile, gdy akcja wyraźnie przyspiesza, by zaraz widzowie zostali ponownie uraczeni młodzieńczymi rozterkami i bezsensownymi dywagacjami na temat tego z kim, kogo i dlaczego. 

Scenariuszowe bzdurki byłyby jeszcze do przełknięcia, gdyby nie grzech niewybaczalny popełniony przez twórców: Locke & Key to przecież wariacja na temat wcześniejszych produkcji Netflixa. Głównym miejscem wydarzeń jest duża posiadłość w niewielkiej miejscowości, pojawiają się magiczne przedmioty, rodzina traci ważnego członka i musi sobie poradzić ze stratą, bohaterami są dzieciaki mające własne problemy związane z okresem dorastania. Toż to skrzyżowanie Umbrella Academy z Nawiedzonym domem na wzgórzu! Wprawdzie utrzymane w najmniej mrocznej tonacji, ale nadal poruszające się po dobrze znanych rejonach. Mamy do czynienia z dalej postępującą algorytmizacją treści, gdzie wiecznie mielone będą te same motywy, także natury estetycznej, skoro przynoszą entuzjazm widowni.

Wystawienie oceny najnowszemu serialowi Netflixa jest piekielnie trudnym zadaniem. Hipokryzją byłoby stwierdzić, iż seanse Locke & Key nie gwarantują prostej, ale jakże przyjemnej frajdy. Bywają przecież momenty, gdy scenarzyści ujawniają ciągoty do podejmowania trudniejszych spraw i sięgania po zaskakujące rozwiązania formalne. Można poczuć się jak narkoman na głodzie, kiedy chce się jak najszybciej dostać kolejną działkę odpowiedzi na wcześniej postawione pytania. Niestety błędów jest tak dużo, a w dodatku są one tak bardzo typowe dla streamingowego giganta, że nie da się przymknąć oczu i tego wszystkiego pominąć. Pozostaje jedynie wiara, że jeżeli dojdzie do realizacji drugiego sezonu, to scenarzyści dostaną więcej przestrzeni na podążanie własnymi ścieżkami, a nie drogami utorowanymi przez skrupulatne wyliczenia komputerów, co się może najlepiej sprzedać.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Nawiedzony dom na wzgórzu, Umbrella Academy, Seria niefortunnych zdarzeń

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.