“Dziedziczki”, czyli wymarzony debiut – Recenzja

Niektórzy twórcy muszą podjąć wiele nieudanych prób, by odnaleźć własny język wypowiedzi i stworzyć dzieło, z którym wypłyną na szerokie wody dystrybucji i staną się rozpoznawalni. Potrzeba czasu, by poskromić ambicje, nauczyć się mierzyć siły na zamiary (i na posiadane fundusze), czy wypracować metodę skutecznego przelewania myśli na taśmę. Czasami jednak zdarzają się niespodzianki i zamiast ambitnej klapy pojawia się debiut dojrzały, głęboko przemyślany i skrupulatnie zrealizowany. Właśnie dlatego warto obwieścić, że oto na firmamencie światowej kinematografii pojawiła się nowa gwiazda, zwana Marcelo Martinessim. Pierwszy pełny metraż w jego dorobku spełnia bowiem wszystkie wyżej wymienione kryteria.

Zobacz również: You can’t kill the Boogeyman. O Michaelu Myersie przed premierą „Halloween”

Dziedziczki autorstwa paragwajskiego reżysera zostały wyróżnione trzema statuetkami na festiwalu filmowym w Berlinie. Film opowiada o losach dwóch leciwych kobiet – Cheli (Ana Brun) i Chiquicie (Margarita Irun) – przeżywających od dłuższego czasu kryzys w swoim związku. Brakuje między nimi spontaniczności, w rozmowach nie sposób odnaleźć czułości i szczerego zainteresowania drugą stroną, a i z bliskością cielesną protagonistki są na bakier. Gdyby tego było mało, nad ich głowami ciążą długi, a Chiquita za defraudację pieniędzy zostaje wysłana do więzienia. W takich warunkach rozpoczyna się jeden z najtrudniejszych okresów w życiu Cheli, pełen obaw o polepszenie losu oraz z trudem skrywanego poczucia samotności.

Dziedziczki

Dzieło Martinessiego jest po uszy zadłużone u Lucrecii Martel. Z równie mocną pieczołowitością kamera przygląda się strudzonej twarzy bohaterki, korzystając przede wszystkim z bliskich planów i prezentując ją w zamkniętych przestrzeniach. Ciasnota kadrów koresponduje z nastawieniem do życia bohaterki, zaś wszędobylskie cienie, wkradające się do zamieszkałych przez nią pałacowych pomieszczeń, stanowią preludium do powolnego odchodzenia Cheli, symbolizując zmierzch jej życia i nieunikniony przymus odejścia w zaświaty. Każda scena, na wzór obrazów, jest precyzyjnie zaplanowana, dzięki czemu reżyser umiejętnie odsłania i zakrywa istotne elementy świata przedstawionego.

Zobacz również: „Bergman – Rok z życia” – Recenzja dokumentu o legendarnym reżyserze

Styl Paragwajczyka nie przesłania jednak treści, lecz umiejętnie z nią romansuje. Nieukazywanie przestrzeni na ekranie służy podkreśleniu fatalnej sytuacji bohaterki. Dumna i zagubiona kobieta nie potrafi przyjąć pomocy, a świadomość przynależności do wyższej kasty społeczeństwa zdecydowanie nie pomaga w zmianie nastawienia. Martinessi nadstawia ucha i przysłuchuje się rozmowom starszych postaci, które bogactwo zawdzięczają głównie dobremu urodzeniu, lub mądremu zamążpójściu. Również Chela zdaje się być osobą całkowicie oderwaną od rzeczywistości – nie zajmuje się domem, notorycznie obsługuje ją pokojówka, wiecznie wybrzydza, a w dodatku z trudem pozbywa się kolejnych przedmiotów na poczet spłaty długów. Dopiero przypadek sprawi, że pojawi się okazja do dodatkowego zarobku w postaci podwożenia zamożniejszych koleżanek. Będzie to jednak wiązało się z przełamaniem hołdowanych przesądów, wyzbyciem się wstydu, a przede wszystkim zderzeniem się ze stereotypowym postrzeganiem ról płciowych.

Dziedziczki

Martinessi nie szczędzi krytyki wobec próżniaczej grupy społecznej, ale samą bohaterkę portretuje wyrozumiale i subtelnie. Uwydatnia brak posiadanych przez nią umiejętności, lecz jednocześnie przypomina, że w pewne schematy myślenia nie została z własnej woli zagoniona. Przygląda się jej walce o niezależność, śledząc wszystkie wzloty i upadki. Dziedziczki to studium kobiety mozolnie wychodzącej z apatii, walczącej z atrofią uczuć, dla której każdy wykonywany krok jest zdobywaniem Mount Everestu. Na szczęście paragwajska produkcja nie należy do nurtu feel good movie, reżyser dobrze pamięta o tym, że nie sposób z dnia na dzień dokonać życiowej rewolucji. Za każdym sukcesem czai się cień, za każdym uśmiechem obawa, gdy płynna rzeczywistość wymaga ciągłej gotowości do zmian. Mimo że większość bohaterów doświadcza “nieznośnej lekkości bytu”, to świat przedstawiony podszyty jest poczuciem melancholii, jak gdyby zaraz miał runąć i na zawsze zniknąć.

Zobacz również: „Sierpień u Akiko” czyli kinofilska medytacja – Recenzja

Autorska subtelność objawia się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim nie ma problemów z wykazaniem związków przyczynowo-skutkowych między kolejnymi krokami protagonistki. Każda podjęta decyzja jest fabularnie uzasadniona, każda zmiana emocjonalnej tonacji zostaje płynnie przeprowadzona. Reżyser trzyma się realistycznego podejścia do kina, co przejawia się w porzuceniu skrajności. Brakuje w Dziedziczkach fragmentów przedramatyzowanych, rozciągniętych na najwyższych rejestrach. W ujęciu Paragwajczyka świat nie jest czarno-biały, składa się raczej z odcieni szarości, których ukazywanie wymaga cierpliwości, wyciszenia i precyzji.

Debiutanckie dzieło Martinessiego składa się z detalicznych kadrów, ukradkowych spojrzeń i celnych wymian zdań, w ostatecznym rozrachunku tworzących dzieło nietuzinkowe, wyłamujące się poza dominujące tendencje. Dbałość o szczegóły znamionuje artystę wybitnego, świadomego zasad funkcjonowania gramatyki filmowej. Umiejętne balansowanie pomiędzy goryczą, a radością pozwala natomiast na szybką identyfikację przez widza z perypetiami bohaterki i odnalezienie z nią nici porozumienia, pomagającej zrozumieć pojawiające się na jej drodze dylematy. Wprawdzie oglądanie Dziedziczek wymaga skupienia, lecz gwarantuje to obcowanie ze sztuką wysoką, pozbawioną choćby jednej fałszywej nuty.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.