Łukasz Grzegorzek: “Jestem ekspertem od własnego życia” [WYWIAD]

Marcin Kempisty: Chciałbym zacząć od studiów prawniczych – jak to się stało, że te studia zostały przez Pana wybrane?

Łukasz Grzegorzek: Kończyłem karierę tenisową między trzecią a czwartą klasą liceum i wtedy prowadziłem długie rozmowy ze swoim tatą na temat przyszłości. Powiedział mi: “Skoro nie wiesz, co chcesz robić i jesteś humanistą, to idź na prawo”.

Marcin: Z podobnych powodów tam wylądowałem.

Najpierw przymierzałem się jednak do dziennikarstwa, na szczęście zmieniłem zdanie. Dostałem się na Wydział Prawa do Warszawy i na Uniwersytet Jagielloński, wybrałem Warszawę.

Marcin: Nie żałuje Pan, że tam poszedł?

Nie. Miałem okazję poznać wielu świetnych profesorów. Czy to debaty polityczne z profesorem Gwiazdowskim, który traktował nas jak równych rozmówców, czy filozofia prawa, czy nawet prawo cywilne i znienawidzone przeze mnie prawo administracyjne. Pamiętam też pasjonujące wykłady u profesora Zubika.

Marcin: Przydaje się Panu to prawo teraz, w trakcie tworzenia filmu i związanych z tym kwestii prawnych, czy są od tego specjalne osoby w Pana zespole?

Piętnaście lat temu, studia prawnicze na UW odznaczały się bardzo humanistycznym podejściem. Codziennie ciekawa debata, masa intrygujących spotkań, które to kształtowały mnie i w tym aspekcie wiele mi to dało. A druga rzecz – nie wiem, jak jest teraz – to pierwszy rok był rokiem “przesiewowym”. Trzeba było dużo się nauczyć i, co ważniejsze, regularnie siedzieć nad książkami, a ja z tą regularnością miałem problemy, szczególnie w przypadku prawa rzymskiego. Ale na przykład bardzo lubiłem logikę.

Maciej Kędziora: Czy myśli pan, że Kamper, gdyby nie został testerem gier, również usłyszałby, żeby iść na prawo, żeby zarabiać, zrobić coś w życiu, żeby “ogarnąć się”? Przez wiele osób zawód testera gier nadal jest traktowany z przymrużeniem oka.

Zależy przez kogo. Jeżeli chodzi o Kampera, to on miał akurat to „szczęście”, że prawie cały czas miał wokół siebie ludzi, którzy mu dobrze radzili. Tak był zresztą skonstruowany ten film: przyjaciele i żona mówili mu, co powinien zmienić. Zresztą sam Marek Bana, grany przez Jacka Braciaka, wiedział, gdzie jest Kampera miękkie podbrzusze. Ja tak myślę w kontekście prawników – bo oczywiście nadal utrzymuję kontakt z kolegami ze studiów, że nabiera się bardzo mocny dystans do tego wszystkiego. Ci, którzy na pierwszym roku zawsze chodzili w koszuli i garniturze, dzisiaj już odpuścili i wszystkim na dobre to wyszło.

Kamper
fot. Kadr z filmu “Kamper”

Marcin: A w którym momencie Pan zrozumiał, że studia prawnicze nie są dla Pana?

To się działo równolegle. Jak już wylądowałem na WPiA, to raczej szukałem swojego miejsca i już wtedy robiłem pierwsze przymiarki scenariuszowe. Ale pracowałem też w dziale prawnym firmy deweloperskiej, miałem praktyki w kancelarii. Im dłużej jednak przebywałem w kancelarii, tym bardziej rozumiałem, że to nie jest moje miejsce. Na 3-4 roku już czułem, że trzeba zaryzykować. Nie miałem pieniędzy, nie przelewało nam się za bardzo i musiałem podjąć pracę. Robiłem reportaże, felietony i byłem mistrzem sond. Jechałem 50 kilometrów pod Warszawę, koczowałem pod sklepem monopolowym i zadawałem egzystencjalne pytania pijaczkom.

Maciej: Przenosząc się do “Córki Trenera”, ale zahaczając jeszcze o “Kampera” –  Pana debiut miał premierę na festiwalu w Karlowych Warach, zaś “Córka Trenera” na Nowych Horyzontach we Wrocławiu. Czy następnym krokiem jest, patrząc również na stylistykę, to powtarzane jak mantra Sundance? Czy ten festiwal jest w sferze marzeń?

Jeżeli miałbym powiedzieć, gdzie chciałbym być, to najbardziej chyba podoba mi się formuła festiwalu SXSW.  Sundance to jest teraz przeglądówka kina europejskiego i amerykańskiego, które jest już robione za grube miliony dolarów, grają świetni aktorzy a myślenie o formie filmowej jest zachowawcze. Nie chodzi o to, że to jest zły festiwal – to bardzo dobry festiwal. Natomiast SXSW to przede wszystkim miejsce powstania ruchu mumblecore’owego, posiadające rozbudowany system Q&A i warsztatów. Rzeczywiście zastanawiałem się nad tym festiwalem, ponieważ można tam zobaczyć dużo rodzących się trendów.

Marcin: Nie wydaje się Panu, że jest Pan jedynym twórcą w Polsce tworzącym filmy w nurcie mumblecore’owym?

Mumblecore ze slow motion? (śmiech)

Marcin: Bardziej chodzi mi o to, że mamy mnóstwo kryminałów i komedii romantycznych, a mało takiego spojrzenie po prostu na życie, bez ideologicznego zacięcia.

To, co mnie uwiera dzisiaj i nie chodzi mi o kino, które również się tabloidyzuje, ale to co się dzieje z szeroko rozumianą kulturą masową, to przerażająca ilość mielonki i sztuczności. Wpycha nam się tę mielonkę wszędzie, tego jest za dużo. Zaczynamy dochodzić do momentu, kiedy mamy dosyć, kiedy wydalamy z siebie tę mielonkę. Panaceum są filmy możliwie szczere, bez oceniania i pochylania się nad bohaterem. Mam nadzieję, że ta mielonka zostanie przez to wyparta.

Marcin: A czym jest ta mielonka? Nie pytam o konkretne tytuły, bardziej triki i trendy.

Chodzi mi o to, że za dużo rzeczy w obszarze kultury, która ma jednak dotykać poważnych spraw, jest produktem, takim chamskim, źle skrojonym. Ostatnio zrobiłem spot dla TVN-u, który bazował na dzisiejszych trendach muzycznych – dosyć mocno prześledziłem współczesną scenę taneczną…

Maciej: Ten obecny spot?

Marcin: Taka “Gorączka sobotniej nocy”?

Łamana na Polskę 2019.

Marcin: To był Pana autorski pomysł?

Zobaczyłem Huberta Urbańskiego pierwszego września na rozpoczęciu roku szkolnego, bo mamy dzieci w tej samej szkole, i wyobraziłem go sobie z mikrofonem w ręku. (śmiech)

Marcin: Swoją drogą on chyba tam najlepiej zagrał. Na podstawie jego roastu wydaję mi się, że musi mieć sporo dystansu do siebie

Hubert jest bardzo dowcipnym typem i od razu wyczuł nasz koncept. Taki właśnie prztyczek w stronę mielonki. Robiliśmy to praktycznie tą samą ekipą co “Córkę trenera”, ta sama operatorka, montażystka, scenografka.

Maciej: Jak pójdziemy do kina, to widzimy tam głównie dwadzieścia pokazów Kogla Mogla i Planety Singli. Czy jest możliwość zredefiniowania gatunku w naszym kraju produkcją z dużym budżetem?

Jest i to się cały czas dzieje. Nie chcę oceniać pojedynczych tytułów i nie chcę sprawiać wrażenia, że wdziera się resentyment i kogoś atakuję, każdy przypadek warto rozpatrzyć indywidualnie. Chodzi mi generalnie o trend, nie tylko w kinie. Jest tabloidyzacja i co jest dla mnie najciekawsze – jeżeli mam trochę pomędrkować – że z jednej strony „tu i teraz” jawi mi się jako bardzo skomplikowany, fascynujący moment historyczny, czas bardzo trudnych wyborów, nieoczywistych, niejednoznacznych. A z drugiej strony to, co przyciąga uwagę widza, to jest coś prostego, walącego obuchem po głowie. A te bardzo nieoczywiste czasy fajnie byłoby uchwycić, trochę opisać.

Marcin: To na czym Pan ostatnio był w kinie?

Niedawno na “Bohemian Rhapsody” z synem.

Maciej: Tak a propos komercjalizacji. (śmiech)

Nie będę krytykował tego filmu. Przynajmniej koncert na koniec dali, ale jest „lekkie rozczarowanie”.

Marcin: Jest jakaś osoba w polskiej historii, której biografię z chęcią by Pan przerobił na film?

Na pewno Gombrowicz jest taką osobą. Cały czas uciekał od łatek. W gruncie rzeczy, przez swoją inność, większość życia spędził na marginesie. Był bardzo pewny siebie, wiedział doskonale, że jest geniuszem. Ale nikt mu nie chciał płacić za to, że jest geniuszem.

Maciej: Skoro pojawił się zespół Queen, to przejdźmy teraz do muzyki. Kiedy na początku “Córki trenera” pojawia się Zbigniew Wodecki, a w “Kamperze” utwór specjalnie skomponowany przez Pezeta, zastanawiam się, czy to jest taki rodzaj sentymentalnego powrotu do lat związanych z tenisem? Powrotu do przeszłości, niczym zespół Mitch&Mitch przerabiający utwory Wodeckiego?

Troszkę też. Najważniejszy ukłon jest w stronę King Crimson. Śmieję się, że nie mogłem osiągnąć sukcesu w sporcie, jeśli jako muzykę motywacyjną puszczał mi “I Talk to the Wind”. Trzeba było puścić “Eye of the Tiger”, “We are the Champions”, albo dobry hip-hop – to jest siła (śmiech). Ale “I Talk to the Wind”: fleciki z tyłu i gość opowiadający o tym, że nie może się porozumieć…

Maciej: Wodecki za to jest świetną muzyką motywacyjną .

Wodecki był już w “Kamperze”, bo przecież pierwszy utwór, który tam się pojawia, to “Opowiadaj mi tak”, kiedy Piotrek tańczy przed Martą. Jeśli chodzi o muzykę, to zrobiłem bardzo mocny ukłon w stronę mojego taty, który mnie wychował na muzyce “Trójkowej”, audycjach Piotra Stelmacha, ale też Niedźwiedzkiego (śmiech). Też na płytach, które przywoził z demoludów, np. z Bułgarii. Stąd ta scena przy ognisku, kiedy sobie gadają o Stingu. Ja raczej nie byłem fanem Stinga.

Marcin: A jak Pana ojcu podobał się film?

Mocne to było przeżycie, mimo że mieliśmy już wszystko wyjaśnione między sobą. Wiedział, że ten film robię po to, by lepiej jego zrozumieć i ucieszył się, że w taki sposób na niego patrzę.

Maciej: Myśli pan, że postać grana przez Karolinę Bruchnicką faktycznie chciała grać w tenisa, czy było to spełnianie ambicji ojca?

Chcieliśmy stworzyć postać, która znajduje się akurat na zakręcie i zadaje sobie pytanie, czy chce to kontynuować. Sam tenis, samo spotkanie się na korcie, nie niesie ze sobą negatywnych emocji dla Wiktorii. Natomiast poświęcenie wszystkiego w imię tenisa to już jest zupełnie inna stawka. Bardzo wielu zawodników i zawodniczek w wieku 17-18 lat zdaje sobie sprawę, że życie jest gdzie indziej. Charakterystyczne dla świata tenisa jest to, że stoją za nim pasjonaci, poświęcający dla niego rodziny, majątki, domy, całe życie. Statystyczny trener tenisa jest 6-7 godzin na korcie, godzinka ogólnorozwojówki.

Trener potem wraca do domu i ogląda tenis na Eurosporcie aż nie uśnie i następnego dnia wraca na kort. Ci, którzy zrezygnowali z kariery zawodowej, bardzo często wracają do tenisa. Ich synowie, córki trenerów, są sami trenerami swoich dzieci i występują w tym filmie, bo są świetnymi zawodnikami, na przykład Magda Szmyd i Joasia Sakowicz. Zadzwoniłem do jednego z kolegów z zaproszeniem na premierę i powiedział mi: “Właśnie jestem w Chorzowie na hali ze swoją córką. Zadzwoń za godzinę.” Oni cały czas są w tourze. Starałem się zrozumieć, czemu tak jest. Tenis tym się wyróżnia, że jest sportem bardzo indywidualnym. Teoretycznie jest zakaz coachowania, choć na naszych turniejach różnie to wygląda, ale generalnie zawodnik jest całkowicie zdany na siebie. Trener nie może cię wymienić, bo tak jak powtarzają w biografiach tenisiści, najczęściej przegrywasz sam ze sobą.

Maciej: Często ma to też podłoże mentalne. Przykładowo Djokovic jak się podpali, to nie może ugrać nawet gema.

Każdego zawodnika dotyka tak zwany hebel. Gdy przychodzi trzeci set, zmęczony organizm wchodzi w taką dziwną fazę, prowadzi się niesamowite dialogi wewnętrzne i wtedy jest źle. Ale jeśli ma się czysty umysł i jest się zjednoczonym z kortem, przyrodą, sytuacją, czyli wygrywa się wewnętrzną batalię, to potem można obserwować fantastyczne mecze na Eurosporcie, więc jest coś w tym sporcie wspaniałego. Druga rzecz to styl życia. Gdy Natalia, moja żona, na etapie pracy nad scenariuszem zapytała mnie, co cechuje życie tenisisty, powiedziałem, że to jest takie trochę życie cyrkowca. Nie masz domu, przyjaciół, cały czas jesteś na wyjazdach.

Maciej: Czy rodzic w ogóle powinien trenować swoje dziecko?

Nie jestem od tego, by powiedzieć, czy coś się powinno czy też nie. Są od tego specjaliści. Życie dyktuje takie, a nie inne trendy. Trenujący rodzic to bardzo powszechne zjawisko. I jakże zrozumiałe – miesięczny koszt trenera to kilka tysięcy złotych, a ten wydatek znika, gdy sami trenujemy swoje dziecko. To już jest gigantyczna oszczędność. Zdecydowana większość trenerów zawodniczek – bo dziewczyny łatwiej trenować niż zawodników – to byli sportowcy. Ojciec Karoliny Wozniacki był piłkarzem, a mój ojciec był przecież siatkarzem. I z różnych powodów czuli, że w zespołowych sportach nie mogą się spełniać.

Marcin: Zarówno w “Kamperze”, “Córce Trenera”, czy nawet teraz, podczas naszej rozmowy, dużo pojawia się z Pana strony wątków autobiograficznych. Czy dużym problemem jest to publiczne obnażanie się ze swoimi przeżyciami, przeszłością?

Chyba raczej opowiadam to, co widzę. “Córka trenera” to opowieść przede wszystkim o moim ojcu, też mocno zakamuflowana. Duży wpływ mieli na ostateczny kształt postaci Jacek Braciak i współscenarzysta Krzysztof Umiński. Więc nie, nie mam problemu.

fot. Kadr z filmu “Córka trenera”

Maciej: Czy przy dobieraniu Karoliny Bruchnickiej do roli wymogiem była umiejętność gry w tenisa? Bo z tego, co pamiętam, Jacek Braciak uczył się grać.

Z Jackiem Braciakiem było tak, że trenował piłkę nożną. Jeśli ktoś kiedyś liznął sportu i ma koordynację ruchową, to będzie mu łatwiej. Jacek nigdy nie grał w tenisa i zaczęliśmy te treningi na osiem miesięcy przed wejściem na plan. Jeżeli chodzi o Karolinę, to chciałem, żeby miała jakieś pojęcie o tenisie, ale nie za duże, bo jeżeli nie miałaby dobrego trenera, to byłaby mocno skrzywiona i trudno byłoby wyprostować to technicznie. Chciałem na ekranie widzieć wysportowaną dziewczynę.

Marcin: Czytałem, że zdjęcia trwały dwadzieścia jeden dni, a ile trwały przygotowania do samego filmu?

Każde z aktorów koło 200h na treningu i drugie tyle na rozmowach ze mną. Z Jackiem na początku musieliśmy wyrobić kondycję, bo był rock’n’rollowcem, który na pierwszym treningu po piętnastu minutach musiał się przywitać z toaletą, a z Karoliną musieliśmy mocno pracować nad nogami. Dopiero potem zaczęliśmy wspólne, równoległe treningi.

Maciej: Czy budowanie relacji między Karoliną Bruchnicką i Jackiem Braciakiem polegało też na wspólnych treningach?

Staram się nie podchodzić książkowo do prowadzenia aktorów. Czułem, że ta więź, którą oczywiście chcielibyśmy zbudować, trzeba tworzyć na salce ogólnorozwojowej, bo na korcie niestety koncentracja na piłce jest na tyle silna, że nic innego nie rejestrujesz. Spotykali się więc na salce treningowej i oprócz tego organizowałem im różne spotkania, w tym wycieczki samochodem. Uczyliśmy się razem tejpowania, spotykaliśmy się tutaj (w domu reżysera – redakcja) i omawialiśmy relacje, jakie Jacek ma z trójką swoich córek, czy Karolina z ojcem.

Maciej: Czy stary Kornet, poza pragnieniem sukcesu dla swojej córki, treningi utożsamia z jedynym sposobem wyrażenia miłości? Czy tenis jest jedynym ogniwem łączącym go z Wiktorią?

Tych ogniw jest znacznie więcej. Oni mieli bardzo podobne poczucie humoru, rozumieli się bez słów i bardzo podobnie patrzyli na rzeczywistość. Powtarzałem Karolinie i Jackowi: jesteście jak stare, dobre małżeństwo, łączy was wszystko poza sferą erotyczną. Gdy jest dwójka tak silnie związanych ze sobą ludzi, mimo że każdy z nich ma swoje wady, które przeszkadzają i powodują kłótnie, to kiedy córka chce przemeblować relację, to wiadomo, że sprawi ból tacie. On nie wyobraża sobie świata bez wspólnego spędzania czasu na turniejach. To też nie jest tak, że Kornet nie miał życia. Kort, hotele, to wszystko, co w nim było, to jest część jego życia. Płacił za nią wysoką cenę, ale to było jego życie. To jest postać dla mnie tragiczna i komiczna zarazem.

I bardzo niejednoznaczna. Wiadomo, że jest też szaleńcem i może irytować swoim uporem oraz pewnością siebie, a z drugiej strony gościu jeździ po Jelczach oraz Oławach i mówi, że będzie na Wimbledonie? To jest wspaniała cecha, dla mnie bardzo inspirująca. Mój tato, mający 70 lat, cały czas jest tym Napoleonem, który zastanawia się, jak wywalczyć coś w urzędzie miasta, jak powalczyć o niepełnosprawnych, jak stworzyć dla nich ośrodek integracyjny. Widzę w nim naiwniaka, który chce zmienić świat wokół nas. I nie wybiera wygodnego życia, bo czym jest wygodne życie? Czy ludzie z głowami w komórkach z rana, pracujący od 9 do 18, a potem jadący do hipermarketu, by zrobić tam zakupy, a przed snem odpalający mielonkę z tv, czy oni mają prawdziwsze życie? Sam takie miałem przez kilka lat, więc nie wydaje mi się.

Marcin:  Agassi w swojej biografii wysuwał poważne zarzuty przeciw ojcu. Miał Pan jakiś problem z unikaniem prostych ocen, żeby nie był to jednoznaczny atak na ojca, czy to przyszło mimowolnie?

Ja się chciałem przede wszystkim dużo o nim dowiedzieć. Gdybym opowiadał o nim z pozycji oceniającej, to by ten film zupełnie inaczej wyglądał. Siłą rzeczy nie myślałem w kategoriach “tu mu pomogę, tu dowalę”. Bazowałem na lekko rozmytych obrazach, które mi utkwiły w pamięci.

Maciej: Czy chodzi o siatkowanie kortu w deszczu?

Tak, tak. Często też kłócił się z sędziami. I zastanawiałem się, czemu on to robi? Dlatego też zrobiliśmy takie sceny, żeby widzowie mogli to wszystko przefiltrować przez siebie. Może się uśmiechną, wzruszą, może pomyślą protekcjonalnie, że to wariat.

Maciej: Czy pół roku po festiwalowej premierze “Córki..” może pan powiedzieć, że faktycznie zrozumiał ojca?

W jakiejś tam mierze odpowiedziałem sobie na pytania, na które poszukiwałem odpowiedzi. Oczywiście to jest też gonienie króliczka. Chcesz coś zrozumieć, ale dowiadujesz się ciągle nowych rzeczy o relacjach międzyludzkich.

Marcin: Chciałbym spytać też o Weronikę Bilską. Ile w sposobie kręcenia “Córki trenera” jest Pana pomysłów, a na ile to efektem jej estetyki i wrażliwości?

Weronika jest artystycznie jedną z najbliższych mi osób. Zarówno przy Kamperze, jak i tutaj, wspólne prace trwały praktycznie od samego początku. Bardzo jestem wyczulony na to, co Weronika mówi, jak odczuwa postaci i historie. Bardzo podobnie widzimy świat i nawzajem próbujemy się inspirować. Ostateczny kształt – podzielenie pracy kamery na sekwencje tenisowe z wykorzystaniem slow motion (bo kiedy długo się gra w tenisa, to ten czas na korcie znacznie wolniej płynie) i “życiowe”; dokumentalne i z ręki – są efektem wielomiesięcznych rozmów i testów. Chodziliśmy też razem na plan, konsultowałem każdą układkę montażową.

Marcin: Wakacyjny klimat “Córki trenera” jest niesamowity. Niemalże namacalna jest ta aura letniej przygody i nadchodzącego końca młodzieńczej niewinności.

Weronika wiedziała, że ciągną się za nami te lata dziewięćdziesiąte, ja też pokazywałem jej różne fotografie z tamtego czasu i dzięki temu wzajemnie się inspirowaliśmy. Pewnego dnia Weronika przyniosła album, będący zbiorem zdjęć i pocztówek z wakacji, z tym tradycyjnym ziarnem, chłodnymi zieleniami, ciepłymi highlightami, specyficznymi kontrastami. I to był nasz wzór, że niby jest to Rybnik 2019, ale niewiele się zmieniło przez te dwadzieścia lat.

Marcin: Właśnie dlatego chciałem przejść do Polski spoza wielkich miast. Jest to bowiem jeden z niewielu rodzimych filmów, w którym prowincja jest zwyczajna. Nie ma tam katolików biegających z krzyżami, pijaków, tylko po prostu normalny świat.

Wychowywałem się w Nysie. W 90 latach była to Polska C z 50 % bezrobociem. Zresztą mój ojciec, poza byciem trenerem, był panem inżynierem w Zakładzie Urządzeń Przemysłowych, który zbankrutował w czasach gospodarczej transformacji, klasyczna historia drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wydaję mi się, że dobrze znam prowincję. Byłem ostatnio w Nysie przez tydzień, niewiele się tam zmieniło. Staram się raczej opisać to, co widzę, bez naddatku moralnego, bo jest to samo w sobie fascynujące. Po co dodawać coś więcej? 

Maciej: Jest jeszcze drobny epizod w Pana filmie, o którym musimy wspomnieć. Czy wygodne życie prowadzi postać grana przez Piotra Żurawskiego?

Chcieliśmy zrobić z niego dziwaka. To też puszczenie oczka dla fanów “Kampera”, że Kamper mieszka w kamperze, ale jest to trochę inna postać, jakaś wariacja na jej temat, co mogłoby się wydarzyć z nim później. Historię Kampera chcieliśmy zamknąć tym, że czujemy, że ma całkowicie nowe otwarcie, że ma wiele opcji do wyboru: czy to powrót do Mani, czy budowa nowego związku z większym bagażem doświadczeń, czy w końcu skok przez okno.

Wybraliśmy bramkę numer 4, czyli że będzie samotnikiem i nie znajdzie swojego miejsca. Dziesięć lat temu, gdy jeździłem po wschodzie Europy- Bułgarii, Rumunii – i nocowałem w hostelach, to poznałem sporo takich Kamperów. Czterdziesto-pięćdziesięcioletnich dziwaków, którzy pierwszego dnia zwierzają ci się z całego życia i po dwóch godzinach ciężko się już ich słucha. Spotykają setki osób na swojej drodze tylko po to, by mieć namiastkę kontaktu z człowiekiem, ale ślizgają się po tej relacji. Nasz Cysorz jest w gruncie rzeczy bardzo smutną postacią.

Maciej: Czy Piotr Żurawski będzie częścią spajająca Pana filmy? Nawet w stylu cameo, gdy będzie siedział i machał z Kampera?

Marcin: Członkiem uniwersum Grzegorzka?

Ja się przywiązuję w ogóle do ludzi i z Piotrkiem, Jackiem, Agatą czy Karoliną nawiązaliśmy bardzo silną relację. Trudno mi sobie wyobrazić film bez tych wszystkich ludzi. Za dwa filmy będę musiał zrobić przez to jakąś sagę. (śmiech) Jeśli chodzi o Piotrka, to mam do niego dużą słabość. Jak pewnie wiecie, dosyć mocno się kłóciliśmy, doszło w pewnym momencie do rękoczynów, ale teraz się bardzo mocno przyjaźnimy.

Marcin: Przejdźmy w takim razie do przyszłości. Czy już Pan nad czymś konkretnym pracuje?

Teraz kończę scenariusz do trzeciego filmu. Tytuł roboczy: „Tak ma być”

Maciej: Czyli znów będzie autobiograficzny?

Jestem ekspertem od własnego życia, najwięcej mam o nim do powiedzenia. I mam jakąś pokorę wobec tej rzeczywistości, obawiam się pochylać nad tematami, których nie do końca czuję. A czuję, że to, co się dzieje wokół mnie jest na tyle fascynujące, że warto o tym opowiedzieć. W skrócie: bohater narzeka jakie ma okropne życie, ale z czasem staje się ono jeszcze bardziej nie do zniesienia. Wszystko jest podlane małomiasteczkowym klimatem, szantażem, romansami i „życióweczką”.

W takim razie nie możemy się doczekać Pana kolejnego projektu. Bardzo dziękujemy za rozmowę!

Od kiedy po raz pierwszy obejrzał “Złodziei Rowerów” zrozumiał, że kino to jego przyszłość, podobnie jak przeprowadzka do Toskanii na emeryturę.  Coraz częściej dochodzi do wniosku, że mumblecore to najlepsze co przydarzyło się kinematografii, choć w jego żyłach od lat płynie miłość do włoskiego neorealizmu. Najskrytsze marzenie – domek nad wybrzeżem, zakurzony projektor i obejrzany z drugą połówką seans “Przed wschodem słońca”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.