“Bambusowe psy” – Recenzja

Pierwsza scena Bambusowych psów przenosi widza do obskurnego budynku i zapowiada neonową odyseję po filipińskim świecie skorumpowanych policjantów oraz bezwzględnych bandytów. Kamera ani na chwilę nie opuszcza bohaterów, wędrując od jednej postaci do drugiej, pokazując jak cienka jest granica między stróżami prawa a ludźmi, którzy winni już dawno siedzieć w więzieniu. Postacie nerwowo poruszają się po korytarzach, bo nic nie poszło po ich myśli. W wyniku nieporozumienia czwórka rzezimieszków zostaje schwytana i musi zostać, mimo wyraźnego niezadowolenia “góry”, eskortowana na posterunek. Rozpoczyna się podróż po ulicach pełnych turystów, zwykłych mieszkańców, jak również osobników szemranego autoramentu.

Gdy oko kamery spogląda poza okna samochodu i rejestruje szum ulicy, to udaje się wychwycić puls żyjącego nocą miasta. Światła migają, próbując odnaleźć dla siebie miejsce na głównych ulicach i w zaułkach. Nie ma czasu na sen, ludzkie mrowisko buzuje życiową energią, bo przecież interesy same się nie zrobią. Mimo że nie ma wiele takich scen, to stanowią one najciekawsze partie filmu Khavna. Problem bowiem polega na tym, że filipiński autor wsadza swoich bohaterów do samochodu i ponad godzinę każe im jeździć.

Zobacz również: „Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” – Recenzja

Wprawdzie może się bronić tym, że prezentowana historia wydarzyła się naprawdę, ale po tak wspaniałym prologu pozostaje jednak wrażenie, że twórca poszedł na łatwiznę. Miał przygotowany początek, znał finał historii, zaś resztę czasu ekranowego wypełnił nic nieznaczącymi dialogami, między innymi o obrzezaniu. Nie wszedł w psychikę bohaterów, nawet pokrótce nie spróbował ich scharakteryzować, ledwie impresjonistyczną kreską zakreślił lokalny entourage, natomiast skupił się na rozmowach dalekich od doskonałości. Nie było w nich zadziorności, humoru, czy próby poszerzenia pola interpretacyjnego. Ot, czwórka policjantów wiozła dobrze im znanych przestępców i wspólnie prowadziła dysputy na wszelkie możliwe tematy.

Bambusowe psy to film pozostawiający poczucie niedosytu. Wprawdzie dziewięćdziesiąt minut projekcji mija stosunkowo szybko, jednakże wydaje się, że ten czas nie został należycie spożytkowany. Khavn pokazał kunszt w pierwszej scenie, by następnie zwinąć zabawki i pozostawić widza ze scenami godnymi pożałowania. Zagwarantował również mocny finał, ale gdy w międzyczasie skutecznie wynudził widza, to nie mógł osiągnąć postawionego celu. Jeżeli reżyser chciał wniknąć w strukturę skorumpowanego filipińskiego społeczeństwa, to swoim dziełem ani trochę się do tego nie przybliżył. Jeżeli chciał jednak pozostać przy formalnej zabawie, to ta sztuka mu się udała. Ze szkodą dla widza.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.