Ostatni dialog filmowy – o “Spring Breakers” przed Nowymi Horyzontami

Maciej Kędziora: Każdy z nas w różny sposób celebruje wakacje. Jedni oddają się czytaniu książek, inni nocnym imprezom z dużą dawką napojów wysokoprocentowych. Ja natomiast ostatnimi czasy pokochałem kinofilski sposób spędzania wolnego czasu poprzez jeżdżenie na różnorakie festiwale filmowe. Dlatego też koniec lipca, początek sierpnia (i nie, nie jest to parafraza jednego z tytułów filmów Assayasa) stoi dla mnie pod znakiem Nowych Horyzontów. A co za tym idzie, najnowszego filmu Harmony’ego Korine’a The Beach Bum. Zanim jednak przejdziemy do miłych wczasów ze Snoop Doggiem, warto przypomnieć sobie najgłośniejszy film enfant terrible indie kina w wydaniu amerykańskim, czyli Spring Breakers, opowiadający o grupie przyjaciółek, będących zwolenniczkami nie tylko procentów w butelkach, ale również wszelkiej maści proszków w nosach, liści w skrętach i nabojów w magazynku. Któż nie chciałby dzielić ich życia, nieprawdaż Marcinie? 

Marcin Kempisty: Może jestem już starym człowiekiem, ale rzeczywiście nie chciałbym doświadczać podobnych dylematów, co bohaterki filmu Korine’a. Generalnie chciałbym jak najmniej doświadczać filmów podobnych do Spring Breakers – bezwstydnie infantylnych i bezczelnie nihilistycznych. I nie chodzi nawet o niespójność przekazu z moim światopoglądem, to w tym przypadku ma drugorzędne znaczenie. Sęk w tym, że dla mnie tego typu produkcje są niezwykle szkodliwe. Nie wydaje ci się Maćku, że prezentowana historia nie jest ostrzeżeniem, lecz swego rodzaju pokrętną, perwersyjną apologią beztroski i filozofii życiowej spod znaku “carpe diem”? 

Maciej: To chyba czas zagrać moją ulubioną kartę w przypadku naszych rozmów w postaci odpowiedzi: “I tak, i nie”. Nie wydaje mi się, żeby Korine w swojej twórczości mógł prezentować inne podejście. Zawsze balansował na granicy smaku, moralności i form filmowych, co najlepiej widać w skrajnie prymitywistycznym Trash Humpers (nie mylić i nie łączyć w tym przypadku z prymitywnym). Jednak przy ponownym seansie, pozbawionym już ówczesnego szału medialnego – a machina promocyjna była naprawdę spora – zacząłem odbierać Spring Breakers jako obserwacje starzejącego się hedonisty, który kibicuje swoim dziewczynom, ale nienawidzi Aliena – stąd może fryzura na Seana Paula? Co do “Carpe diem”, o ile jeszcze pierwsza połowa zdaje się wpisywać w tę tezę, o tyle druga część bardziej z mojej perspektywy opowiada o krwiożerczej sile zła, a także daje oręż młodym gniewnym. Swoją drogą nie przypominam sobie tak dosłownej personifikacji tego wyrażenia w kinie. Tu też rodzi się pytanie – czy Twoim zdaniem Korine sam chciałby być częścią tej imprezy i tego życia? 

Zobacz również: Recenzję “Deerskin”

Marcin: Jeżeli rzeczywiście chciałby być częścią zaprezentowanej przez niego imprezy, to uznałbym go za skrajnie głupiego. Wydaję mi się, że Korine od samego początku ostrzega przed “nieznośną lekkością bytu”. Niby ukazywana beztroska jest bardzo ujmująca, wszak kipiąca testosteronem i parująca alkoholem dzieciarnia nikomu krzywdy nie robi, ale jednak wśród tych idyllicznych obrazków przechadza się nicość. Bohaterki marzą o wyjeździe, marzą o oderwaniu się od rzeczywistości, ale gdy już to zrobią, to nie wiedzą, co dalej ze sobą zrobić. Pozostaje im tylko rozpływanie się w tej nicości, pozbywanie się bagażu doświadczeń i pamięci o przeszłości. Pod płaszczykiem efektownych scen tkwi pustka, ale co najważniejsze – i to jest mój główny zarzut wobec Spring Breakers – ta pustka jest jednocześnie na tyle kusząca, że jej istota może być niedostrzeżona przez widownię, zwłaszcza tę młodszą. Dla Korine’a obraz wibrujących, rozgrzanych ciał może być ostatecznym stadium zezwierzęcenia społeczeństwa, zapominającego o granicach w imię krótkotrwałej podniety, ale dla młodych, gdy patrzą na to materialne bogactwo, opalone mięśnie, falujące piersi, może to się wydawać fascynujące, godne naśladowania.

Maciej: Problem w tym, że Korine już opowiedział o tym samym, w sposób jeszcze bardziej bezkompromisowy (i moim zdaniem lepszy) w Dzieciakach, do których pisał jedynie scenariusz. Tu też jest problem jaki mam z Harmonym jako reżyserem, ponieważ nie dorównuje sobie jako scenarzyście. Zatraca on niesamowitą rytmiczność swoich tekstów w fetyszyzująco wizualnych kadrach, neonowych przebitkach i nagich ciałach. A szkoda, bo pod warstwą pięknych, acz pustych inscenizacji, tkwi ciekawa przypowieść o pięknie, wyzwalającym brutalność. Oczywiście, Spring Breakers nie są przeznaczone dla najmłodszych, ale mam wrażenie, że mało kto traktuje je jako zachętę do takiego życia – działa tu raczej casus gier pokroju “GTA” (które możliwe, że były dla reżysera inspiracją). Prywatnie lubiłem odczytywać omawiane dzieło Korine’a jako ukazanie zaplecza disneyowskiego świata – wiernopoddańczego, spokojnego, ułożonego, które jednak prowokuje do zupełnie innych działań, vide hedonistycznych uciech. Z biegiem lat ta interpretacja jednak słabnie, bo Selena Gomez coraz rzadziej kojarzona jest z Czarodziejami.., a Vanessa Hudgens nie przerodziła się w “film selling artist”. Myślisz Marcinie, że z perspektywy czasu role w Spring Breakers pomogły czy zaszkodziły ich karierom? 

Marcin: Myślę, że ten film w żaden sposób nie wpłynął na kariery HudgensGomez. Są to “gwiazdki” kojarzone z zupełnie innymi tytułami, a to drastyczne zerwanie z przeszłością tak naprawdę nikogo nie obeszło. Film Korine’a został zapomniany, był sezonowym hitem i okazją do plotek, ale później już słusznie wielu zauważyło, że Spring Breakers jest wyważaniem otwartych drzwi, z czego naprawdę nic nie wynika. Ponadto nadal będę upierać się za tezą o szkodliwości tego obrazu. Oczywiście to nie jest tak, że ktoś chwali patologię w tej produkcji. Mimo to sposób ukazywania świata jest na tyle atrakcyjny, że z biegiem czasu człowiek zapomina o fabule, zapomina o zwrotach akcji, a przechowuje jedynie te piękne obrazki osiadające na dnie pamięci. To jest klasyczna zasada różowego słonia – poproś kogoś, żeby o nim nie pomyślał, to od razu widok różowego słonia pojawi się przed oczami. Tak też może być w przypadku Korine’a, Projektu X, Euforii, Assassination Nation i wszelkiej maści produkcji efektownych wizualnie, opowiadających o losach młodych ludzi. Niby tkwi w nich przestroga, ale jak mawiał poeta – “kształt ruin znieczula”.

Zobacz również: Recenzję “Świadków Putina”

Maciej: Najgorzej, aż wstyd się mi do tego przyznać, że ja mało obrazków pamiętałem z tego filmu, może poza samym Jamesem Franco i pistoletowym fellatio. Tu też upatruję największej wady Spring Breakers – ten film nie zapada w pamięci. Oczywiście jest neonowo, hucznie i zabawowo, ale a) do niczego to nie prowadzi (poza afirmacją zła), b) w pewnym momencie nuży. Bo o ile nie zgodzę się ze szkodliwością – w końcu był on skierowany do osób kończących okres adolescencji, o tyle ten film szybko wytraca swój dryg. Jest piękną, pustą wydmuszką, która szybko nam ucieka, pewnym best of Korine’a, które nie brzmi tak dobrze jak pojedyncze płyty. Dlatego też liczę, że w swoim najnowszym dziele reżyser będzie powoli przeobraża się i odnajdzie się w nowym dla niego komediowym sznycie. Choć Marcinie musisz przyznać, że dla jednej osoby warto oglądać Spring Breakers – dla Jamesa Franco

Marcin: Pełna zgoda, James Franco świetnie bawi się na planie tego filmu, chociaż nie wiem, czy z korzyścią dla całej produkcji. Rozumiem, że to miało być groteskowe, ale jednak już zbyt grubą kreską została nakreślona jego postać, nawet jak na ten rodzaj kina. Chociaż na pewno fajnie było go w końcu obejrzeć w odrobinę innym emploi. Wspomniałeś o zapadających w pamięć scenach – mi także umknęło pistoletowe fellatio, aczkolwiek po dzień dzisiejszy pamiętam sekwencję z piosenką Everytime w tle. Śpiewająca Britney Spears, “niewinne” buźki wyśpiewujące kolejne wersy i bardzo się w to wczuwające, a to wszystko przeplatane widokiem rozbojów. Brakowało mi więcej takich scen “z jajem”, a nie tylko jednostajnej techniawy. Myślisz w ogóle, że Korine jest w stanie porzucić zaprezentowaną w Spring Breakers estetykę na rzecz innego rodzaju kina?

Maciej: To zależy od tego, o jakiej estetyce mówimy. Jeśli o estetyce hedonistycznych uciech i imprezowania, to śmiem wątpić, bo jest to jego cecha rozpoznawcza, z której nie zamierza rezygnować (przynajmniej patrząc z perspektywy Plażowego Haju vel The Beach Bum). Jestem jednak przekonany, że Korine potrafi kręcić poważne filmy na trudne tematy, co udowodnił chociażby w znakomitym Julien Donkey-Boy, do dziś pozostającego jego najlepszym dziełem. Pytanie tylko – choć nie ma na nie prawie na pewno jednoznacznej odpowiedzi – czy w ogóle chciałby wracać do przerabiania traum, co robił również w Skrawkach. Odnoszę wrażenie, że Harmony i jego bohaterowie nacierpieli się pod koniec lat 90-tych, by w obecnej dekadzie bawić się do upadłego w oparach konopii. Może i ze szkodą dla poziomu artystycznego, ale przynajmniej sam reżyser dobrze się bawi – a jeśli ludzie to lubią, to nie sposób mi negować jego twórczości. 

Marcin: W takich sytuacjach powstaje pytanie, kto ma się najlepiej bawić – widzowie czy twórcy. Nie wierzę w to, że reżyserzy robią filmy tylko dla siebie i zapominają o istniejącym widzu po drugiej stronie ekranu. Skoro zatem otrzymuję takie zgniłe kawałki od Korine’a, to nie wiem, czy chcę dalej uczestniczyć w jego zabawach. Bo może i sprawiają one na krótką chwilę frajdę i dają możliwość oderwania się od otaczającej rzeczywistości, ale na drugi dzień przychodzi po nich kac. A ja nie znoszę kaca.

Od kiedy po raz pierwszy obejrzał “Złodziei Rowerów” zrozumiał, że kino to jego przyszłość, podobnie jak przeprowadzka do Toskanii na emeryturę.  Coraz częściej dochodzi do wniosku, że mumblecore to najlepsze co przydarzyło się kinematografii, choć w jego żyłach od lat płynie miłość do włoskiego neorealizmu. Najskrytsze marzenie – domek nad wybrzeżem, zakurzony projektor i obejrzany z drugą połówką seans “Przed wschodem słońca”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.